Szkoda czasu na dzieciństwo

Szkoda czasu na dzieciństwo

Polskiej edukacji szkodzą dwa mity: beztroskiego, jak najdłuższego dzieciństwa oraz równości. Selekcja w szkołach na uczniów lepszych i gorszych to zamach na demokrację. W takim histerycznym tonie lewica, wspierana przez Unię Wolności, wypowiadała się, gdy wyszło na jaw, że w publicznych szkołach podstawowych i gimnazjach (na przykład w Lublinie i Warszawie) różnicowano klasy pod względem programu i poziomu. Selekcja w szkołach była, jest i będzie, a oburzanie się na to jest zwykłą hipokryzją.
Z kolei przedłużanie dzieciństwa nie służy dzieciom, lecz je upośledza. I najczęściej wynika z egoizmu rodziców bądź opiekunów: po prostu jak najdłużej chcą się dziećmi bawić. Przecież już czterolatki mogą chodzić do szkoły, jak jest na przykład w Luksemburgu czy Irlandii. Rozpoczynanie szkoły w wieku siedmiu lat to ogromne marnotrawstwo, bo czterolatek jest już tak samo sprawny intelektualnie jak siedmiolatek, a w dodatku szybciej się uczy. W Polsce powinno się obniżyć wiek szkolny do czterech lub pięciu lat.

- Nie ma dzieci lepszych i gorszych. Zgodnie z konstytucją dostęp do edukacji jest równy dla wszystkich. Jestem zdecydowanie przeciwna selekcji dzieci - mówi "Wprost" wicepremier Izabela Jaruga-Nowacka. I jest hipokrytką, bo swoją córkę posłała do płatnej szkoły społecznej, gdzie selekcja jest istotą naboru. - Po to jest system edukacji publicznej, żeby wyrównywać i dawać jednakowe szanse życiowe - mówi Zbigniew Siemiątkowski, polityk SLD. Sam jednak posłał swoje córki do społecznych szkół podstawowych, czyli takich, gdzie funkcjonuje selekcja. To właściwie norma na lewicy: wnuczka byłego premiera Leszka Millera uczęszcza do jednej z najdroższych szkół w kraju - World Hill Academy (czesne 30 tys. zł rocznie). I to akurat jest racjonalne, bo szkoła ta osiąga najlepsze wyniki w testach kompetencyjnych do gimnazjów. Tyle że lewica, jak zwykle, unika jak ognia tego, co innym zaleca.

Edukacyjna urawniłowka propagowana przez lewicowych polityków oraz tzw. obrona dzieciństwa to utrzymanie zasady równania w dół, czyli de facto selekcja negatywna. Kim byłby Albert Einstein, gdyby już od trzeciego roku życia nie ćwiczył umysłu, tylko przeżywał beztroskie dzieciństwo? Einstein czytał, mając trzy lata, a jako pięciolatek potrafił w pamięci robić skomplikowane obliczenia. Nie mogąc się porozumieć z rówieśnikami, popadł niemal w autyzm. Kim byłby Alexander Graham Bell, wynalazca telefonu, gdyby nie zaczął czytać w wieku trzech lat, a jako czterolatek grać na pianinie? Jego rodzice pozwalali mu jedynie robić to, co go interesowało. J.R.R. Tolkien, autor "Władcy pierścieni", mając trzy lata, uczył się języków, kaligrafii i rysunku. Wolfgang Amadeusz Mozart napisał pierwsze utwory w wieku pięciu lat, a Fryderyk Chopin - siedmiu lat. O tym, że przedłużanie dzieciństwa i traktowanie dzieci jak zabawki wyłącznie im szkodzi, przekonuje program telewizji TVN "Dzieciaki z klasą". Okazało się, że jedenasto-, dwunastolatki są zdolne nie tylko przyswoić sobie ogromną wiedzę, ale także bardzo sprawnie się nią posługiwać. I prawie wszystkie te dzieci nie miały beztroskiego, czytaj: leniwego, dzieciństwa. Nieprzypadkowo ponad trzy miliony widzów oglądało ten program: dla wielu z nich był to pierwszy tak ewidentny dowód, że dziecko trzymane pod kloszem i traktowane infantylnie niepotrzebnie zatrzymuje się w rozwoju. Uczestnicy programu bynajmniej nie pochodzili z rodzin bogatych czy inteligenckich. To były typowe dzieci, najczęściej z prowincji.

Dzieciaki z klasą

Adam Chudziak, zwycięzca "Dzieciaków z klasą", pokazał, że jedenastolatek doskonale radzi sobie ze stresem i rywalizacją. Bzdurą jest więc twierdzenie, że tzw. wyścig szczurów, przed którym rzekomo chroni się dzieci, jest szkodliwy i moralnie obrzydliwy. Całe życie to wyścig szczurów i wbrew pozorom nie jest to wcale epitet - w końcu szczury to jedne z najinteligentniejszych i najbardziej uspołecznionych zwierząt. - Syn mógłby przez 10 lat najlepiej grać w piłkę na podwórku i nie byłby tak poważany jak po zwycięstwie w programie "Dzieciaki z klasą". Rówieśnicy zaczęli go podziwiać, a wielu postanowiło mu dorównać. Dotarło do nich, że nauka ma sens - opowiada Mirosław Zieliński z Gliwic, ojciec Maćka, jednego z finalistów programu. Zresztą chłopiec już wcześniej był liderem w klasie i potrafił zmobilizować kolegów do osiągania lepszych wyników. Maciek Zieliński chodzi do tzw. szkoły społecznej, gdzie rywalizacja i selekcja są na porządku dziennym. I nie ma tu żadnego upośledzenia. W wielu szkołach tego typu, na przykład w I Społecznym Liceum w Poznaniu, najlepsi uczniowie przechodzą do klasy "A" - dla liderów. Klasyfikacja jest jawna i każdy ma szansę się do tej klasy dostać. I nie słychać słów potępienia dla tej formy selekcji, lecz dążenie do tego, by być najlepszym.

Z badań Bernarda Sacka z Uniwersytetu Szczecińskiego wynika, że w szkołach, gdzie nie stosuje się żadnej selekcji, dzieci osiągające ponadprzeciętne wyniki z czasem się zniechęcają, bo stają się obiektem agresji miernot. I dla świętego spokoju równają w dół. Elżbieta Barańska, matka Mateusza, innego bohatera programu "Dzieciaki z klasą", zwraca uwagę na dyskryminowanie zdolnych dzieci w wielu szkołach. Mniej zdolnym nauczyciele poświęcają więcej uwagi - oczywiście w imię równości. Matka Dominika Dyczka, który chodzi do szkoły publicznej, mówi, że udział w "Dzieciakach z klasą" był dla jej syna pierwszą okazją do prawdziwej rywalizacji z rówieśnikami. W szkole publicznej, gdzie o selekcji mówi się jak o przestępstwie, nie ma z kim rywalizować. Nie ma tam więc konkurencji, czyli testu, ile wiedza jest warta. Potwierdza to przykład Jacka, syna Teresy Grzeszak, który również brał udział w programie "Dzieciaki z klasą". Najpierw posłano go do publicznej szkoły rejonowej, ale nie mając tam żadnych wyzwań, po prostu się nudził. Po przeniesieniu do szkoły społecznej odżył intelektualnie.

Zdecydowana większość uczestników programu "Dzieciaki z klasą" pochodzi z rodzin średnio zamożnych, dla których wydatki na edukację to często największe obciążenie. Rodzice są gotowi płacić nawet więcej, byleby ich dzieci nie gnuśniały. Jest charakterystyczne, że tak jak w wypadku Mateusza Płaczka ze wsi Łączany pod Opolem większość dzieci sama zaczynała czytać i uczyć się w wieku czterech lat. Jako pięciolatek najchętniej poszedłby do szkoły, jednak mało kto poważnie traktował edukacyjne aspiracje malca.

Mariusz Cieślik. Współpraca: Monika Florek, Kaja Szafrańska, Paweł Rusak

Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost". W sprzedaży od poniedziałku, 30 sierpnia

Czytaj także

 0