Jak nie kijem, to pałką

Jak nie kijem, to pałką

Jacek Czaputowicz
Jacek Czaputowicz / Źródło: Newspix.pl / TEDI
Komisja Europejska zaczyna dogadywać się z polskim rządem. Jednak jej rolę w grillowaniu PiS mogą teraz przejąć niemieccy socjaliści, którzy opanowali kluczowe resorty w nowym rządzie Niemiec.

Widok wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa mówiącego o dobrej atmosferze spotkania z szefem polskiej dyplomacji i optymistycznych perspektywach dogadania się z rządem w Warszawie to coś, na co PiS czekał od dłuższego czasu. Nie wiadomo, jak twardo graliby nasi rządzący, przedłużający się konflikt z Komisją nie służy ani interesom Polski, ani wizerunkowi rządu. Nic więc dziwnego, że goszczący Timmermansa w polskim przedstawicielstwie w Brukseli minister Jacek Czaputowicz nie wykluczył nawet możliwości modyfikacji kontrowersyjnych zmian w sądownictwie. A to one są przecież jednym z głównych powodów zadrażnień z Komisją. Ta zmiana szykowała się już od kilku tygodni, gdy szefem rządu został Mateusz Morawiecki, zwiastując nowe otwarcie w polskiej polityce zagranicznej. Co prawda Timmermans, odsądzany od czci i wiary przez obóz rządzący w Polsce, przywitał nowego premiera uruchomieniem procedury mogącej prowadzić do kompletnej izolacji rządu Morawieckiego w UE, ale kto wie, czy nie był to właśnie krok, który wymusił na Komisji złagodzenie kursu. Różne źródła w Komisji sugerowały, że Timmermans pospieszył się z uruchamianiem artykułu 7, nazwanego opcją atomową. Rzeczywiście moment był nieszczęśliwy, bo tuż po tym, jak Polacy zdobyli się na rekonstrukcję rządu, mającą m.in. załagodzić relacje z Komisją. Nic więc dziwnego, że na kilka dni przed wizytą Czaputowicza także Timmermans zmienił nieco ton. – Polska powinna pisać europejskie menu, a nie być jego częścią – mówił podczas spotkania z polskimi dziennikarzami. O tym, że szykuje się zmiana klimatu wokół Polski, było głośno już od kilku dni. Przecieki prasowe sugerowały, że z powodu przeciągającego się sporu z Polską, za którego eskalację winą obarczano Timmermansa, jego pozycja w Komisji znacznie osłabła. Mowa była wręcz o odsunięciu wiceprzewodniczącego na boczny tor, żeby tylko zachęcić Polskę do podjęcia rozmów. Pytany przez „Wprost” o komentarz do tych doniesień Timmermans dosłownie zamarł, ale szybko się zreflektował, odpowiadając: – Ja się nigdzie nie wybieram. To, że mamy dialog z Polską, to bardzo dobra wiadomość, bo to oznacza, że dwa lata moich wysiłków nie poszły na marne.

Statystyczne czary-mary

To niejedyna oznaka wskazująca, że otwarta wojna z Komisją przechodzi w fazę znacznie spokojniejszych negocjacji. Widać to także w sprawie nieudanego programu relokacji imigrantów, który został odrzucony przez rząd Beaty Szydło, co w efekcie skończyło się pozwaniem Polski przed Trybunał UE. Okazuje się, że odsądzana dotąd od czci i wiary za brak solidarności Polska może już dziś liczyć w Komisji na odrobinę zrozumienia. Natasha Bertaud, rzeczniczka Komisji ds. migracji, przyznaje w rozmowie z „Wprost”, że program relokacji to była kontrowersyjna decyzja, wymuszona przez większość państw członkowskich. – Złamano dżentelmeńską umowę, wedle której w kwestiach wrażliwych dla bezpieczeństwa państw członkowskich w Radzie Europejskiej szukamy jednomyślności – mówi Bertaud, dodając, że niezależnie od kontrowersyjnego trybu forsowania relokacji decyzja jest prawnie wiążąca i Polska powinna ją wykonać.

Z drugiej strony jednak wiadomo, że cały program relokacji jest wygaszany, bo okazał się kompletną klapą. I to wcale nie z powodu Polski. Co prawda obecnie Komisja chwali się wykonalnością postanowienia na poziomie 93 proc., ale są to tylko statystyczne czary-mary. W rzeczywistości z przewidzianych do relokacji 160 tys. imigrantów forsujące ten program państwa przyjęły tylko 32 683 ludzi, czyli 20 proc. Żeby chybiony program mógł na papierze wyglądać na sukces, Komisja zmieniła kryteria, stwierdzając, że pomyliła się w szacunkach i że do relokacji nadawało się nie 160 tys., a jedynie 35 245 osób. W rozmowie z „Wprost” Natasha Bertaud sugeruje, że przyjęcie choć części z pozostałych do stuprocentowego sukcesu 2562 ludzi pozwoliłoby wyjść Komisji z twarzą z całego zamieszania. Co prawda premier Mateusz Morawiecki twardo mówi, że nie przyjmie ani jednego imigranta, ale przecież są różne furtki, żeby obejść te deklaracje. Węgrzy, którzy też ostro krytykowali program relokacji i przeprowadzili nawet referendum w sprawie zakazu przyjmowania imigrantów, przyznali niedawno, że potajemnie wzięli do siebie ponad 2 tys. uchodźców z Bliskiego Wschodu. Skoro Komisja tak zręcznie żongluje statystykami, to czy nie dałoby się uznać, że przyjęcie przez Polskę 50 rodzin syryjskich chrześcijan jest naszym wkładem w relokację? Zwłaszcza że większość z nich i tak jest już dawno w Niemczech.

POLSKA W GRZE

Wszystkie te gesty nie wzięły się stąd, że unijni komisarze są pod wrażeniem swobody, z jaką premier Morawiecki posługuje się językiem angielskim. Tak jak w przypadku fiaska relokacji, tak i próba uruchomienia artykułu 7 traktatu lizbońskiego, wymierzona w Polskę, może zakończyć się porażką Komisji, i to już na wstępnym etapie. Wiele krajów otwarcie popierających wątpliwości co do zmian w sądownictwie polskim obawia się jednocześnie, że KE wykorzysta spór z Polską do wzmocnienia swojej pozycji i stworzenia precedensu pozwalającego w przyszłości naciskać w ten sposób w innych prawach na każde państwo członkowskie. Może się więc okazać, że Polsce uda się zebrać dość głosów sprzeciwu, żeby dyskusja nad uruchomieniem artykułu 7 w ogóle nie weszła pod obrady Rady Europejskiej, tworzonej przez państwa członkowskie. To byłaby kolejna porażka Komisji, stąd więc próba uspokojenia sytuacji i jednoczesnego delikatnego odcięcia się od Timmermansa, którego w razie porażki będzie można obarczyć wyłączną winą. Sam wiceprzewodniczący KE pytany przez „Wprost” o to, co zrobi, jeśli Polsce uda się zablokować dalsze procedowanie artykułu 7, odpowiada wymijająco: – Procedura jest ważniejsza niż głosy kilku krajów.

Problem w tym, że w obecnej sytuacji jest dokładnie odwrotnie. Komisarz ds. budżetu Günther Oettinger chce zakończyć skomplikowane negocjacje w sprawie nowego budżetu UE jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Znawcy procedur uważają to za bardzo trudne zadanie. Debaty nad poprzednim budżetem trwały prawie 3 lata, a wybory do PE odbędą się już w maju przyszłego roku. Polska, będąca największym beneficjentem unijnych subwencji, może swoim oporem wywrócić cały plan do góry nogami. Prowadzenie kampanii do PE w ogniu dyskusji o podziale pieniędzy może zaś skończyć się wejściem do europarlamentu całej masy eurosceptyków, którzy wywrócą do góry nogami dotychczasowy układ sił w UE. Stąd np. stopniowe wyciszanie przez Komisję gróźb powiązania wysokości subwencji z UE od przestrzegania praworządności przez rząd w Warszawie. Autorka tego pomysłu, komisarz sprawiedliwości Věra Jourová, ma być nakłaniana przez Jeana-Claude’a Junckera do złagodzenia stanowiska. Potwierdzić tych doniesień u źródeł się nie udało, bo jej przedstawiciel, umówiony na spotkanie z polskimi dziennikarzami, dosłownie zapadł się pod ziemię. Polski głos może się też przydać w rozpędzającej się dyskusji na temat trybu wybierania następnego szefa Komisji Europejskiej. Jean-Claude Juncker dostał posadę w wyniku zakulisowych negocjacji między Niemcami, głównymi partiami politycznymi w UE i brukselską biurokracją. Procedurę wystawiania wiodącego kandydata, tzw. Spitzenkandidat, wymyślił ówczesny szef europarlamentu Martin Schulz, licząc, że sam stanie na czele Komisji. Dziś większość państw członkowskich jest przeciwna jej powtarzaniu, żeby nie potwierdzać oskarżeń o niedemokratycznym charakterze całej Komisji. Poza szefem Komisji Junckerem, który ze zrozumiałych względów broni tego trybu wyłaniania następcy, za są jedynie Włosi, Hiszpanie i Irlandczycy. Niemcy są w tej sprawie podzieleni, a do tego osłabieni po sformowaniu w wielkich bólach rządu, dalekiego od marzeń wyborców. Reszta, z Francją na czele, jest zdecydowanie przeciw, domagając się większej przejrzystości i ograniczenia wpływu brukselskiej biurokracji na cały proces. W takiej sytuacji trudniej więc jest karać Polskę za zmiany w sądownictwie, przedstawiane przez rząd w Warszawie jako próba zerwania z praktyką, że sędziowie wybierają się sami bez niczyjej kontroli. Analogie między tą sprawą a trybem wybierania szefa KE nasuwają się same. Zwłaszcza że zwolennicy zmian, do których zalicza się też Polska, dysponują analizami prawnymi wskazującymi, że obecny sposób wyłaniania szefa KE narusza także unijne traktaty.

Schulz na horyzoncie

Mimo obiecujących sygnałów płynących z Brukseli, polski rząd wcale nie może liczyć na taryfę ulgową. W Berlinie konstytuuje się nowy rząd, w którym niechętni PiS socjaliści z SPD zapewnili sobie zaskakująco duże wpływy, przejmując kluczowe resorty, jak finanse, praca czy dyplomacja. Komentatorzy niemieccy piszą wręcz o lewicowym rządzie, który firmuje swoją twarzą szefowa chadeków Angela Merkel. Socjaliści w finansach Niemiec to nie tylko zapowiedź większych wydatków socjalnych w kraju, lecz także ściślejszej współpracy z francuskim prezydentem Emmanuelem Macronem, który chce wspólnego ministra finansów strefy euro. W tle jest także zapowiedź większej szczodrości niemieckiego podatnika dla zadłużonych krajów śródziemnomorskich, z czym dotąd walczyli kontrolujący finanse chadecy. Zacieśnianie integracji strefy euro jest zaś niekorzystne dla Polski, która dystansuje się od unii walutowej. Podobnie jak możliwość odpływu funduszy na południe Europy.

Niebezpiecznie wygląda także z polskiego punktu widzenia objęcie przez SPD kontroli nad federalnym resortem pracy. Zwiastuje to bowiem przyspieszenie forsowanej przez Francję walki z dumpingiem socjalnym, o który na zachodzie UE oskarżane są polskie firmy, np. transportowe. Dotąd zmiana dyrektywy o pracownikach delegowanych, której ostro sprzeciwia się polski rząd, rozbijała się głównie o biurokratyczne zawiłości związane z ich wprowadzeniem. Jednak teraz prace mogą ruszyć z kopyta i wcale nie po polskiej myśli. Z wizerunkowego punktu widzenia dla Polski najgorsze może być jednak objęcie ministerstwa spraw zagranicznych przez Martina Schulza. Były szef europarlamentu kompletnie nie sprawdził się w roli zbawcy SPD w Niemczech i po podpisaniu umowy koalicyjnej z chadekami Merkel zrezygnował z kierowania partią. Na otarcie łez został szefem dyplomacji i nie ma się co pocieszać, że za politykę zagraniczną Niemiec odpowiada głównie Angela Merkel. Polityk taki jak Schulz, o wielkich, choć zawiedzionych ambicjach, może w nowej roli napsuć polskiemu rządowi wiele krwi. Zwłaszcza jeśli uzna, że kto, jeśli nie on, może przejąć od KE rolę kuratora niesfornych Polaków. Włoski premier Silvio Berlusconi, rozjuszony kiedyś rzucanymi przez Schulza w europarlamencie oskarżeniami, zaproponował mu rolę kapo w filmie o obozach koncentracyjnych. Jakkolwiek obraźliwe byłoby to stwierdzenie, dobrze oddaje zdolności Martina Schulza do generowania złych emocji. W Polsce nie brak chętnych do stanięcia z nim w szranki, co może w jednym momencie zniwelować majaczące na horyzoncie szanse Polski na uspokojenie relacji z Komisji Europejską. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 7/2018
Więcej możesz przeczytać w 7/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także