Rzeź na szkolnych zebraniach

Rzeź na szkolnych zebraniach

Sądy i wyroki

Małgorzata również bezsilnie obserwowała proces, który doprowadził do usunięcia ucznia z klasy. I również jako jedyna z rodziców uważała, że karę poniosła ofiara. Wszyscy pozostali byli zadowoleni z finału. – Jakbyśmy zostali wychowani według dwóch różnych kodeksów wartości – mówi. Opowiada: – W klasie był Piotrek, który łatwo dawał się wyprowadzić z równowagi. Chłopcy urządzali sobie jego kosztem zabawę. Dźgali go palcem tak długo, aż kładł się na ziemi i piszczał. Na lekcjach prowokowali go, żeby wchodził na ławkę. W szatni zamykali go w boksie, chowali ubrania, żeby się denerwował. Bardzo ich to śmieszyło. Dziewczyny też brały w tym udział. Pewnego razu osaczony w szatni Piotrek kopnął w brzuch koleżankę. Wtedy zaczął się sąd.

Rodzice dziewczynki zrobili jej obdukcję, nauczyciel na ich wniosek w trybie nadzwyczajnym zwołał zebranie, wszyscy siedzieli z poważnymi minami i oczekiwali rozwiązania sytuacji zagrażającej zdrowiu ich dzieci. Przy czym nikt nie wziął pod uwagę, że tę sytuację stwarzają właśnie ich dzieci, a nie Piotrek. Byłam jedyna, która widziała to inaczej, jednak miałam przeciw sobie 20 osób. Zapadł wyrok, Piotrek poszedł do innej klasy i na następnym zebraniu wszyscy byli już zadowoleni. Mrugali do siebie i wymieniali z wychowawcą żarciki. Taka zgrana grupa rodziców. – W 20-osobowej klasie są dzieci z ADHD, spektrum autyzmu, dysleksją, dyskalkulią, jeden nauczyciel nie poradzi sobie z tak różnymi potrzebami – mówi Maciej Frasunkiewicz, psycholog z Uniwersytetu SWPS, który pracuje także jako psycholog szkolny.

A gdy szkoła zawodzi, sprawy w swoje ręce biorą rodzice. I rozwiązują je według swojego systemu wartości. – Są szkoły z góry ukierunkowane światopoglądowo, bazujące na zdefiniowanych wartościach, np. katolickie czy waldorfskie. Tam rodzice na tym podstawowym poziomie dochodzą do porozumienia – mówi Maciej Frasunkiewcz. – Za to w szkołach publicznych w jednej klasie spotyka się cały przekrój społeczny. I tam każdy może tę samą sytuację oceniać różnie. Magdalena, matka ucznia ze starszej klasy, też wzięła sprawy w swoje ręce, tylko inaczej. Jej syna zaczepiał agresywny kolega. – Dyrektorka była rozumiejąca, mówiła, ż dziecko ma problemy i że nad nim pracują – opowiada. – Ale nic się nie zmieniało. Pewnego dnia podeszłam więc przed szkołą do matki tego chłopca i powiedziałam jej dokładnie to, co on mówił mojemu dziecku: że wbiję jej nóż w głowę, jeśli jej syn nie przestanie grozić mojemu. I przestał. Aneta, mama pięciolatka, zderzenie wartości przeżyła, gdy rodzice omawiali temat prezentów na mikołajkową imprezę.

– Zaproponowałam, żeby dzieci same zostały Mikołajami. Niech z pomocą rodziców przygotują paczki dla dzieci, które nie dostaną prezentów, bo np. są biedne. Maluchy będą miały radość, że robią komuś prezent, a przy okazji uwrażliwią się na innych. Rodzicom to się nie spodobało, bo dzieci będą smutne, jeśli w przedszkolu nic nie dostaną. Smutne! Przecież one w paczkach dostają pierdoły, o których zaraz zapominają. Zaproponowałam więc, żeby pieniądze na prezenty przeznaczyć na jedną fajną rzecz dla wszystkich. Udało mi się, przewalczyliśmy to. Ale dzień przed świętami dostałam e-maila od jednego z ojców, że zepsułam jego synowi święta. Jeżeli tylko odejdziesz od ustalonego schematu, narażasz się na gniew.

Frakcje i elity

Relacje rodziców na szkolnych zebraniach i imprezach to świat równoległy do tego, co dzieje się między dziećmi. Matka najpopularniejszego ucznia jest zazwyczaj popularna wśród innych matek (ojcowie wciąż rzadko bywają w tym gronie), a matka outsidera zwykle trzyma się na uboczu. – Na pikniku szkolnym zawsze stoi grupka matek w świetnej komitywie, na mnie nie zwracają uwagi – mówi Małgorzata. – Kiedy się spóźnię na zebranie, moje wejście zauważa tylko wychowawca, a kiedy wejdzie matka liderki, cała sala wesoło się wita. Mojej córce dzieci tych matek robią to samo. Działa to w obie strony. – Przyszła do mnie mama dziewczynki z pierwszej klasy, chciała wsparcia w konflikcie córki z koleżanką – opowiada Frasunkiewicz. – Gdy zaczęliśmy nad tym pracować, wyszło na jaw, że tak naprawdę konflikt powstał między matkami, a one przeniosły go na dzieci. Kłótnie o zasady w szkole to kłótnie o wyznawane metody wychowawcze, styl życia. Czy zadawać prace domowe? Czy wyprowadzać przedszkolaki na dwór niezależnie od pogody? Dyscyplinować na lekcjach czy może pobudzać inwencję? Rodzice kłócą się jak lewacy z prawakami, jak PiS z PO. – Mam wrażenie, że każde zebranie w szkołach moich dzieci to Polska w pigułce – mówi Ewa.

Konkurs na rodzica roku

Magdalena wróciła z pierwszego zebrania w przedszkolu młodszej córki wyczerpana psychicznie. – Półtorej godziny na mikroskopijnym krzesełku i dyskusje, jakie kredki kupić do piórnika. Mniej czy więcej kolorów? Jedna matka zadawała serię pytań, jak uczyć dziecko kolorować, żeby nie wyjeżdżało za linię, pani cierpliwie odpowiadała, a reszta słuchała. 15 minut zajęła debata, co posiać w przedszkolnym ogródku warzywnym. Potem roztrząsano, czym obszyć materacyk do wyciszania się: flanelką, płócienkiem czy bawełną. Jakbym siedziała w kurniku. Matki miały potrzebę wygadania się i mnożyły szczegóły. Było tam też dużo fałszywego zainteresowania sprawami przedszkola, potrzeba wkupienia się w łaski nauczycielki. – Być może matka, która drobiazgowo opowiada o swoim dziecku, ma potrzebę wzmocnienia samej siebie jako matki – mówi Frasunkiewicz. Małgorzata takie drobiazgowe omawianie spraw szkolnych czy przedszkolnych odbiera jak zawody na rodzica roku.

– Pokazują, że wiedzą, co się dzieje w szkole i u ich dzieci, że nie odpuszczają – mówi. – Nie mam szans na sukces w tych zawodach, nie przykładam wagi do średniej ocen, nie martwiłam się, że córka w pierwszych klasach rysowała w zeszytach księżniczki. Kiedy na zebraniach słuchałam tych matek, lepiej zorientowanych w szkolnych szczegółach niż nauczyciel, czułam się od nich gorsza. W starszych klasach przesadne zaangażowanie szybko zmienia się w obojętność. Rodzic próbujący jeszcze wyrwać z apatii pozostałych napotyka na mur. Magdalena próbowała namawiać rodziców do głosowania na remont szkolnego boiska. Przed szkołą wisiał baner, na korytarzu stał komputer, w którym przy pomocy dyżurnych można było oddać głos, wysłano wszystkim e-maile z linkiem do głosowania. Projekt przepadł. – Zagłosowała niewielka część rodziców – rozkłada ręce Magdalena. – Odechciało mi się angażować.

Więcej możesz przeczytać w 38/2019 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.