To miał być rutynowy zabieg. Zwykła wizyta w szpitalu skończyła się śmiercią

To miał być rutynowy zabieg. Zwykła wizyta w szpitalu skończyła się śmiercią

Szpitalny korytarz
Szpitalny korytarz Źródło: Pexels / adrian vieriu
Zwykła wizyta w szpitalu w Radomiu skończyła się tragedią. Pacjent zmarł po prostym zabiegu nastawienia barku po urazie, a rodzina oskarża szpital o poważne zaniedbania. Jak do tego doszło?

45-letni Maciej pojechał do Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu, aby nastawić bark po urazie. Zabieg miał być rutynowy. Znieczulenie ogólne wykonał lekarz na SOR-ze, bez udziału anestezjologa. Po około 20 minutach pacjent przestał oddychać. Rozpoczęto reanimację, wykonano tracheotomię – rurkę wprowadzono bezpośrednio do tchawicy. Oddech udało się przywrócić, ale Maciej nie odzyskał przytomności.

Po reanimacji pacjent trafił na oddział intensywnej terapii. Szpital nie poinformował rodziny o stanie Macieja, siostra dowiedziała się dopiero, gdy go odwiedziła. Badania wykazały obrzęk mózgu i ciężkie uszkodzenia wskutek niedotlenienia. Lekarze skierowali pacjenta do hospicjum, gdzie zmarł dwa dni później.

– Nie możemy się z tym pogodzić. Maciej nie żyje, musiałyśmy z mamą organizować mu pogrzeb. Nie możemy się też pogodzić z tym, że nikt nam nie wyjaśnił, co się stało i kto ponosi odpowiedzialność za jego śmierć. Szpital nas po prostu zbył – mówi dziennikarzom Gazety Wyborczej Magda, siostra Macieja.

– Nie wyobrażam sobie, żeby osoby, które zawiniły i doprowadziły do śmierci brata, nie odpowiedziały za to, a mam wrażenie, że szpital niewiele robi, żeby sprawę wyjaśnić. Nie wyobrażam sobie, żeby lekarz, który popełnił błąd, w wyniku którego nie żyje człowiek, mógł nadal wykonywać swój zawód – stwierdza kobieta.

Braki w obsadzie i niejasne procedury

Sprawa trafiła do prokuratury – zawiadomienie złożyli pracownicy oddziału. Z pisma, które wpłynęło do śledczych wynika, że lekarz SOR-u do znieczulenia ogólnego Macieja nie wezwał anestezjologa, a sam nie miał takiej specjalizacji. Miał samodzielnie „uśpić” pacjenta, nie podpinając jednocześnie urządzeń monitorujących jego funkcje życiowe. Po 20 minutach osoba z personelu zorientowała się, że Maciej nie oddycha – rozpoczęto więc reanimację, wykonano tracheotomię i przywrócono mężczyźnie oddech. Przytomności jednak nie odzyskał.

– Autorzy zawiadomienia do prokuratury opisali zachowanie lekarza, który przeprowadzał zabieg. Na uwagę, że błędem było niepodpięcie monitorów, miał ich straszyć, że jak ta sprawa „wyjdzie„, to on się postara, żeby stracili pracę – prokurator Cezary Ołtarzewski zacytował fragment pisma, które trafiło do prokuratury.

Jak informują dziennikarze, matka i siostra Macieja wystąpiły do szpitala o wyjaśnienia, ale odpowiedzi jeszcze nie otrzymały. Chcą zawiadomić rzecznika praw pacjenta i prokuraturę.

Szpital odpowiedział za to redakcji Gazety Wyborczej”.W odpowiedzi na przesłane pytania informujemy, że trwa postępowanie wyjaśniające”.

Co się dzieje w szpitalu w Radomiu? Maciej nie jest wyjątkiem

Sprawa śmierci Macieja nie jest jedynym przypadkiem. W maju 2024 roku do szpitala trafił nieprzytomny mężczyzna. Na SOR-ze nie było wtedy lekarza, więc reanimację przez 20 minut prowadziły pielęgniarki. W tym samym czasie próbowano wydzwonić jakiegokolwiek lekarza. Pielęgniarki dodzwoniły się do kardiologa i ortopedy, którzy odmówili zejścia ze swoich oddziałów. Po 20 minutach walki o życie pacjenta z OIOM-u przybiegł lekarz anestezjolog. Choć przejął reanimację, mężczyzny nie udało się uratować.

Lekarz po zdarzeniu w systemie informatycznym wpisał notatkę o tym, że na SOR-ze zabrakło dyżurnego internisty, wspomniał też o odmowie przybycia dyżurnych SOR, ortopedy i chirurga. Jak zaznacza Gazeta Wyborcza, „następnie miał pod naciskiem zarządu szpitala usunąć z notatki zdania mówiące o braku lekarza internisty i odmowie przyjścia przez dwóch innych”.

Sprawa trafiła na prokuraturę, a śledztwo trwa.

Rok wcześniej, bo w 2023 roku pacjentka z nowotworem płuc trafiła do szpitala z dusznością i migotaniem przedsionków. Pomimo podejrzenia choroby serca, pacjentka została przyjęta na zwykły oddział, bez monitorowania oddechu czy pulsoksymetru. Następnego ranka rodzina otrzymała wiadomość o jej śmierci. – Nikt nie pochylił się nad tym, że może tym razem to jest choroba serca. Mamę położono na zwykłej sali, z dala od dyżurki pielęgniarek… Rano około godziny 8 dostaliśmy telefon ze szpitala, że mama zmarła w nocy – mówi dziennikarzom córka pacjentki.

Przyczyna śmierci? W karcie zgony lekarze wpisali nieokreśloną niewydolność oddechową i zatrzymanie oddechu. Szpital takie właśnie wyjaśnienie podał bliskim szpital, przekonując, że kobieta zmarła w wyniku choroby nowotworowej.

Czytaj też:
Pacjent cierpiał, ale szpitale nie chciały go przyjąć. „Nie miałem siły się ruszyć ani mówić”
Czytaj też:
Spektakularny wyczyn polskich lekarzy. Usunęli guz niemal niemożliwy do usunięcia

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza