Pacjent cierpiał, ale szpitale nie chciały go przyjąć. „Nie miałem siły się ruszyć ani mówić”

Pacjent cierpiał, ale szpitale nie chciały go przyjąć. „Nie miałem siły się ruszyć ani mówić”

SOR w szpitalu
SOR w szpitalu Źródło: Shutterstock / FotoDax
31-letni Anil przez tydzień chodził od lekarza do lekarza ze spuchniętą twarzą i koszmarnym bólem głowy. Dopiero wyjazd do innego miasta przyniósł mu diagnozę, która najprawdopodobniej uratowała mu życie.

Anil – z pochodzenia Hindus – od kilkunastu lat mieszka w Toruniu. Przyjechał do Polski na studia, ukończył informatykę, dziś pracuje jako kucharz w jednej z popularnych włoskich restauracji. Jego żona Zuzanna mówi wprost, że gdyby nie jej determinacja, dziś zostałaby wdową z dwójką małych dzieci.

Ból głowy zaprowadził go na SOR. Dostał antybiotyk, ale objawy się nasiliły

18 stycznia Anil zaczął odczuwać silny ból głowy. Miasto walczyło z gołoledzią, karetki kursowały bez przerwy. Tabletki nie pomagały, a większość przychodni była już zamknięta. Zuzanna zdecydowała, że pojadą na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Miejskim Szpitalu Specjalistycznym im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– Pani w rejestracji powiedziała, że nie widzi, by mąż wymagał pomocy medycznej. Kazała nam wracać do domu – relacjonuje Zuzanna w rozmowie z dziennikarzami Gazety Wyborczej. Dopiero po żądaniu odmowy na piśmie zlecono tomografię komputerową bez kontrastu. Badanie wykazało stan zapalny, pacjentowi przepisano antybiotyk i pacjent został wypisany.

Wizyta jednak nie przyniosła ulgi – wręcz przeciwnie, w ciągu kolejnych dni objawy Anila tylko się nasiliły. Pojawił się ból zębów, obrzęk twarzy i coraz silniejsze dolegliwości. Prywatny dentysta odmówił leczenia, zmienił jedynie antybiotyk. Ulga była chwilowa. – Ten ból nie był normalny. Nie mogłem mówić ani się ruszać – mówi Anil. W nocy Zuzanna wezwała do męża pogotowie ratunkowe, jednak – jak twierdzi małżeństwo – ratownicy nie zbadali uskarżającego się na ból pacjenta. – Zapytali, po co dzwonię po karetkę i dlaczego sama nie zawiozłam męża do szpitala. Nawet go nie dotknęli – opowiada Zuzanna.

– Mój kolor skóry ich odstraszył – dodaje Anili i stwierdza, że „gdyby był Polakiem, potraktowano by go inaczej”. Dopiero po groźbie wezwania policji karetka zabrała chorego do szpitala.

Diagnoza, której nikt wcześniej nie postawił

W toruńskim szpitalu wykonano tomografię komputerową z kontrastem oraz badania krwi. Wskaźnik CRP wynosił 148 miligramów na litr – poziom świadczący o ciężkim stanie zapalnym. Po sześciu godzinach lekarz rozpoznał ostre zapalenie zatok i skierował pacjenta do szpitala dziecięcego, gdzie – jak się okazało – nie było laryngologa dla osób dorosłych.

Wyczerpani wrócili do domu. Kilka godzin później Anil nie mógł już otworzyć oka. Zuzanna zapakowała męża do samochodu i pojechała do Szpitala Uniwersyteckiego im. dr Antoniego Jurasza w Bydgoszczy.

Tam pacjent został przyjęty natychmiast. – Lekarze powiedzieli, że tego samego dnia musi być operacja. W takim stanie powinien być przewieziony karetką – relacjonuje Zuzanna. Anil przeszedł dwie operacje. Lekarze uratowali mu życie, ale do dziś zmaga się z niedowładem twarzy i zapaleniem oczodołu.

Małżeństwo zapowiada złożenie skargi do Rzecznika Praw Pacjenta oraz pozew przeciwko toruńskiemu szpitalowi.

– Gdybym go nie zawiozła do Bydgoszczy, dziś byłabym wdową – mówi Gazecie Wyborczej Zuzanna. – To, co nas spotkało, przechodzi ludzkie pojęcie – dodaje.

Czytaj też:
Tragiczna śmierć 41-letniej pacjentki w ciąży. Oto co wykazała kontrola w szpitalu
Czytaj też:
Oszczędności na talerzu. Szpitale biją na alarm

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza