Rodzice wracają do szkoły

Rodzice wracają do szkoły

Za kilka dni matki i ojcowie zaczną systematyczną pracę przy LEKCJACH, KLASÓWKACH, NA ZEBRANIACH. Początek roku szkolnego absorbuje dziś bardziej rodziców niż dzieci.

Wakacje były piękne. Raj. Wychodziłam na miasto, każdy wieczór dla mnie – wzdycha Anna, matka dwójki dzieci w wieku szkolnym (trzecia i szósta klasa) i jednego w przedszkolnym. – Dzieci cztery tygodnie spędziły na wyjazdach z dziadkami, a ja, chociaż pracowałam, to żyłam jak za czasów studenckich. Ale koniec tego, wracamy do szkoły i do obowiązków. Właśnie idę kupić podręczniki. Koniec wakacji to koniec wolności nie tylko dla dzieci. One oczywiście mają najgorzej, ale szkoła ze swoim rozkładem zajęć, wymagań i oczekiwań reguluje życie całej rodziny. I początek roku szkolnego dotyczy także rodziców, nie tylko uczniów. Dlatego 1 września przeżywają oni podobne uczucia, jak za czasów własnego dzieciństwa.

– Zaczną się obowiązki szkolne, klasówki, prace domowe – wylicza Anna. Bo to także jej obowiązki, nie tylko dzieci. To ona musi pilnować, co jest zadane, wiedzieć, na kiedy jest zaplanowany sprawdzian i z jakiego materiału. – Strasznie mi się nie chce. Ciężko się przestawić z wakacyjnego luzu na ten rytm. To jak powrót z urlopu – mówi. To nieprawda, że odrabianie lekcji należy do dziecka, a rodzic sprawdza tylko, czy dobrze zrobione. Tak wygląda świat w poradnikach, według których wszystko się układa bezproblemowo. Owszem, niektórzy rodzice zapewniają, że tak jest w ich domach. Być może, ale na pewno nie w domach naszych rozmówców. – Pytam, czy jest coś zadane, i zazwyczaj słyszę, że nic nie jest albo jest bardzo mało, za to chłopaki z sąsiedztwa pytają, czy córka może się z nimi pobawić. I dopiero po zabawie na drzewie, po wieczornym odcinku „Violetty” na kanale dziecięcym, po kolacji, tuż przed wieczorną kąpielą, a więc około godziny 21, okazuje się, że jednak zadane jest dużo – opowiada Maurycy, ojciec Basi, która idzie teraz do trzeciej klasy. I wtedy trzeba usiąść i odrabiać: 20 plus... równa się 45. 56 minus... równa się 12. Cztery wiewiórki odkładają w dziuplach orzeszki na zimę, każda ma po siedem, ile jest orzeszków. I tak przez dwie godziny. Kiedy robi się późno, a zadań do rozwiązania wciąż jest dużo, Maurycy pisze w dzienniczku, że Basia nie zdążyła wszystkiego odrobić, ale wtedy nauczycielka jest niezadowolona. – Wzywa mnie do szkoły i pokazuje puste miejsca w zeszycie ćwiczeń. Strofuje, że Basia nie odrabia regularnie lekcji. Że nie przepisała zeszytu do kaligrafii, że robi błędy ortograficzne, nie stawia kropki na końcu zdania, nie zna tabliczki mnożenia. I ona, nauczycielka, bardzo prosi, żebyśmy więcej w domu pracowali i nadrobili braki. A ja się czuję, jakbym sam był uczniem. Robię się przy nauczycielce malutki, obiecuję poprawę i wychodzę ze szkoły nastawiony na wojnę: „Koniec żartów, Basiu, od dziś będziesz siedzieć, aż zakujesz”.

ODRUCH POSŁUSZEŃSTWA

Na szkolnym korytarzu Maurycy widział niedawno matkę kolegi Basi z klasy. Stała skulona, jakby chciała się pomniejszyć przy nauczycielce, pokazać swoją niższość. Ręce miała złożone i energicznie przytakiwała temu, co nauczycielka do niej mówiła. Potem podeszła inna matka, obok stał jej syn. Nauczycielka zauważyła, że chłopiec nie odrobił lekcji, bo nie wziął ze szkoły do domu podręcznika. Matka obiecywała, że to się zmieni, a nad chłopcem wymachiwała palcem: „Dlaczego zapominasz?”.

Maurycy pomyślał, że zachowanie tych matek jest dziwne, bo nauczycielka jest miła, ale wtedy przypomniał sobie, jak sam się kulił, kiedy pani wypunktowała błędy jego córki. – Rodzice, nawet świadomi, wchodzą z nauczycielem w taką relację, jaką zapamiętali ze swojej szkoły – mówi Agnieszka Stein, psycholog specjalizująca się w sprawach rozwojowych i współpracująca ze szkołami i przedszkolami. – Kiedy przychodzą na zebrania i siadają w tych malutkich ławeczkach, czują się, jakby sami byli uczniami.

Dlatego potem łatwo wzbudzić w nich odruch posłuszeństwa, wyuczony w dzieciństwie. A wtedy oni sami próbują zmusić do posłuszeństwa swoje dzieci. Tym bardziej że szkoła lubi delegować na nich swoje obowiązki. Bo przecież, tak szczerze mówiąc, to Maurycy powinien mieć pretensje do pani, że jego córka nie stawia kropek na końcu zdania. Ale nie ma.

POWRÓT PRYMUSA

– Wołam raz: „Julka, weź się za lekcje”. Tak na początek. Ale drugi raz już oczekuję, że się weźmie – opowiada Grażyna, właścicielka firmy szkoleniowej z Biłgoraja, matka Julki, która idzie teraz do szóstej klasy, i Zosi, która idzie do zerówki. – I najgorzej, kiedy mnie wtedy coś odciągnie, zadzwoni klient czy młodsza córka czegoś potrzebuje. W każdym razie, jak nie sprawdzę, czy Julka się wzięła, to sprawa wyjdzie na wierzch dopiero wieczorem, przed snem. A jak nie wyjdzie, to Julka raczej sama z siebie nie pokaże: „Mamusiu, o tu mam nieodrobioną matmę”, tylko zadowolona pójdzie spać.

Bo problemem rodziców jest nie tylko wspólne siedzenie z dziećmi nad zadaniami, ale przede wszystkim przymuszenie ich do tego. – Mordęga – mówi Grażyna. A gdyby rodzice tego nie robili? Gdyby tak się zbuntowali i nie odrabiali lekcji, nie gonili do kaligrafii, nie sprawdzali podręczników i nie zmuszali dzieci do nadrabiania zaległości? Cóż, zazwyczaj rodzice wracają do szkolnych obowiązków na własne życzenie. Zależy im na tym, żeby dzieci uczyły się jak najwięcej.

– Zaproponowałam kiedyś na zebraniu, żeby nie zadawać prac domowych. Uważam, że w trzeciej klasie to nie jest konieczne, a dzieci wracają do domu o godzinie 17-18 zmęczone i nie czuję się na siłach zaganiać jeszcze córki do pracy – opowiada Katarzyna, matka drugoklasistki. – Nauczycielka nawet nie musiała nic mówić. To rodzice zaprotestowali. Niektórzy zaczęli się ze mnie śmiać, inni tłumaczyli cierpliwie, że w drugiej klasie trzeba uczyć dzieci systematyczności, bo potem sobie nie poradzą. A jedna z matek zaapelowała, żeby raczej zadawać więcej, bo dzieci same z siebie nie chcą przerabiać dodatkowych zadań. – Wie pani, ile czasu poświęcają na naukę drugoklasiści w systemie edukacji domowej? – pyta na to psycholog Agnieszka Stein. I odpowiada: do dwóch godzin dziennie albo trzy tygodnie przed egzaminami. Bo oprócz tego, że w domu nie sprawdza się listy obecności, nie doprowadza się klasy do porządku, to też nie trzeba przerabiać wszystkich zadań z podręcznika. Ważne jest, co dziecko rozumie, a nie co umie na pamięć. A w szkole nauczyciel najczęściej się boi, że jak czegoś nie przerobi, to rodzice albo dyrektor będą mieli do niego pretensje. A wiele z tych zadań jest po prostu niepotrzebnych. Matka dziewczynki z drugiej klasy mogłaby więc zbuntować się i powiedzieć, że jeśli ktoś chce więcej pracować z dzieckiem, to niech pracuje. Ale ona nie będzie odrabiać lekcji z córką, bo to nauczycielka dostaje pieniądze za uczenie jej. A jak ona będzie chciała się tym zająć, to zapisze córkę do edukacji domowej.

Maurycy natomiast mógłby wejść z nauczycielką w dyskusję. Basia nierówno pisze? Ja też. Nie zna tabliczki mnożenia? Ja zdałem maturę na piątkę, nie mnożąc z pamięci. Może pani oczekiwania są pozbawione sensu? – Chodzi o to, żeby rodzice zdawali sobie sprawę z tego, kto tu odpowiada za jakość nauczania – mówi Agnieszka Stein. I, jak sądzi, nie musieliby się bać, że taka wymiana poglądów odbije się negatywnie na dziecku. – Pracowałam kiedyś w szkole i wiem, że w takich sytuacjach kadra współczuje uczniowi, że ma takich głupich rodziców, ale na nim samym raczej się nie mści – mówi. Tylko kto się odważy spróbować? W teorii to proste, ale na rozmowie z nauczycielem, w tej małej ławeczce, kiedy wracają wspomnienia... Poza tym według wielu rodziców odrabianie lekcji i spełnianie nie zawsze sensownych oczekiwań szkoły ma pewną zaletę – uczy małego człowieka, że w dorosłym życiu nie wszystko będzie przyjemne. Że można mieć głupią pracę, której regułom trzeba będzie się podporządkować, a w niej głupiego szefa, z którym jakoś będzie trzeba żyć. Jednak Agnieszka Stein nie zgadza się z takim poglądem. – W żadnym późniejszym momencie życia człowiek nie jest tak upupiony, ubezwłasnowolniony, jak w szkole – dowodzi. – Są różne prace, dla introwertyków i ekstrawertyków, dla tych, co lubią pracować powoli i pod presją czasu, nawet dla tych, co lubią późno wstawać. A ze szkołą nie ma takiego wyboru. Zazwyczaj jest to najbliższa szkoła rejonowa, niewielu ma szczęście, że jego rodzice mogą wybrać inaczej. No i ośmiolatek gorzej znosi stres niż człowiek dorosły. A wtedy całe oparcie psychiczne dziecko ma w rodzicu. I to też jest dla rodzica trudne. Jak lawirować między oczekiwaniami nauczycieli a prawem dziecka do wypoczynku? Jak zachęcić je do nauki, ale nie zmuszać? Jak wytłumaczyć, że system jest głupi, ale trochę musimy się nagiąć, jeśli nie chcemy ciągle walczyć, więc weź siadaj i zrób to zadanie domowe? Koszmar. Ale taka jest szkoła.

ZDĄŻYĆ NA CZAS

To nie wszystko. Druga rzecz to logistyka. – Razem z wakacjami kończy się luz w planowaniu, teraz każdy ruch związany z pracą i szkołą trzeba z sobą godzić – mówi Grażyna, która mieszka z dziećmi sama. – Rano muszę się pozbierać do pracy, ale jednocześnie sprawić, że jedna córka dojedzie do szkoły na ósmą, a druga – do przedszkolnej zerówki między ósmą a dziewiątą. Uda się, jeśli będzie przestrzegany precyzyjny plan. Bo jeśli Grażyna nie zacznie budzić dzieci odpowiednio wcześnie, wszystko się posypie już z samego rana. Popędzane będą złe i marudne. Trzeba więc dać im pół godziny na rozruch, potem na ubieranie, na spokojne śniadanie. Wiadomo, dzieci jedzą powoli, zwłaszcza rano przed szkołą. A czas leci. Potem trzeba je rozwieźć do szkoły i do przedszkola, na szczęście w Biłgoraju nie ma korków. W dużych miastach są. Tam rodzice muszą doliczać więcej czasu, zanim przed pracą pozbędą się pociech.

– A jak umówię się na ważne spotkanie, to około 15-16 koniecznie muszę kończyć, żeby odebrać dzieci – opowiada dalej Grażyna. I kiedy już je odbierze, to znowu zaczyna rozwozić. Julkę – na zajęcia tańca, jazdy konnej i dwa razy w tygodniu na angielski, Zosię – na taniec i dwa razy w tygodniu na plastykę. – Wychodzi siedem zajęć w pięciodniowym tygodniu – podsumowuje Grażyna. No, a potem oczywiście lekcje, sprawdzian, pakowanie tornistra... Jeśli ktoś w wakacje nie zdążył umówić się z nią na kawę, to musi wstrzelić się w grafik albo zaczekać do czerwca. – Dla mnie więc wakacje to czas, kiedy mogę spokojnie pracować, dzieci jadą na obóz, do dziadków, a ja mogę oddać się własnym sprawom – mówi Grażyna. Do planu dnia dochodzi plan roku. Grażyna pracuje w domu, ale rodzice, którzy zarabiają na etacie i codziennie jeżdżą do biura, muszą jeszcze pogodzić oczekiwania szefów z zebraniami w szkole, wycieczkami, basenem, na który zawsze powinno pojechać chociaż dwoje rodziców, piknikami rodzinnymi, jasełkami. Dlatego wakacje to dla nich czas psychicznego relaksu, nawet jeśli nie wychodzą z biura.

DAWAJ PIENIĄDZE

Ale to nadal nie koniec. Podręczniki, wyprawka. – Dziewczyny w szkole podstawowej bardzo chcą mieć tornistry na kółkach – mówi Anna. Ten jej córki kosztował 400 zł, ale można kupić za 150 zł. Wycieczki, zielone szkoły, składki na komitet rodzicielski, na świetlicę, na wodę do klasy, na nową wykładzinę, bo nie doczekamy się, aż dyrekcja wymieni, a dzieci siedzą na podłodze. I to wszystko na pierwszym zebraniu. A już poszła pierwsza opłata do szkoły językowej, do której dzieci chodzą na dodatkowy angielski.

Nauczyciela, który na pierwszym zebraniu musi poinformować o tych wszystkich składkach, witają głębokie westchnienia. Nic dziwnego, wrzesień to dla rodziców miesiąc finansowo równie trudny jak grudzień. Niektórzy rozkładają ciężar i kupują część wyprawki już w czerwcu, tylko co to da, skoro potem trzeba zapłacić za wakacje? – Szkoły publiczne mają wobec rodziców spore oczekiwania finansowe – mówi Dariusz Chętkowski, nauczyciel polonista i publicysta, który pisze o edukacji. – Dyrekcja naciska na wychowawcę, że ma na zebraniu powiedzieć, co trzeba kupić. Przyzwyczaili się, że wyciągają pieniądze od rodziców, bo od nich łatwiej niż od gminy.

Podaje przykład. Wymagane jest, aby egzamin maturalny odbył się przy laptopie i rzutniku. Niby to wiadomo od dawna, ale nadchodzi pora matur i trzeba zdobyć te urządzenia. Oczywiście najlepiej byłoby w gminie, tylko zanim tam rozpatrzą wniosek, odpowiedzą, załatwią, to już lepiej urządzić składkę. Albo schody. Nadzór budowlany zrobił kontrolę i uznał, że schody wejściowe do szkoły nie nadają się do użycia. Trzeba wyremontować albo zamknąć wejście. Naturalna kolej rzeczy jest taka, że gmina da pieniądze na remont. Ale kiedy to będzie? Lepiej powiedzieć rodzicom, że zamykamy schody i wchodzimy tylnym wejściem albo się składamy. – To tworzy barierę w kontaktach z rodzicami, część z tych niezamożnych nie przychodzi na zebrania, bo boi się kolejnych oczekiwań szkoły – mówi Chętkowski. Dlatego początek roku szkolnego to znacznie szerszy problem niż rozpoczęcie nauki w kolejnej klasie. To początek ciężkiej pracy rodziców i czas dziur w domowych budżetach. �

Okładka tygodnika WPROST: 35/2014
Więcej możesz przeczytać w 35/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0