Bunt amantów

Bunt amantów

Johnny Depp, Brad Pitt, Colin Farrell, Christian Bale, Matthew McConaughey. Hollywoodzkim gwiazdom ciąży etykieta symbolu seksu. W dzisiejszym kinie w cenie są ciekawi faceci z przeszłością.

Nudziłem już nie tylko widzów, ale i siebie. Ostatnie, czego bym sobie życzył, to wyglądać w filmach jak ja – mówi Johnny Depp. W „Pakcie z diabłem” jest nie do poznania. Z billboardów i plakatów na widzów patrzy łysawy facet w ciemnych okularach, w skórzanej kurtce opiętej na brzuchu. Tak niedawny pirat z Karaibów wraca do oscarowej gry. I do korzeni, do kina, które zmusza do długiego wchodzenia w rolę i zmiany wizerunku.

– Johnny przeszedł totalną transformację – podkreśla reżyser Scott Cooper. – Na co dzień jest traktowany jak gwiazda rocka. Niesie w sobie tajemnicę, ma charyzmę, która sprawia, że ludzie go lubią i są go ciekawi. Kiedy kręciliśmy, widziałem go właśnie takiego codziennie rano, jak wysiadał z samochodu. Potem znikał na kilka godzin w charakteryzatorni. Wychodził stamtąd całkowicie odmieniony: nie tylko wyglądał inaczej, ale też mówił i się zachowywał. Nie poznawałem typa.

Depp wciela się w Jimmy’ego Bulgera, jednego z najbardziej bezlitosnych przestępców USA. „Pakt z diabłem” to opowieść o grze, jaką prowadził on z FBI. O szerokiej sieci nieformalnych układów, dziwnej równowadze między prawem i bezprawiem, która sprawiła, że siatka przestępcza mafiosa z Chicago bezkarnie dokonywała wymuszeń, oszustw i morderstw przez ponad dekadę. To film o lojalności wobec przyjaciół z podwórka, moralności i prawie, które wchodzą sobie w drogę. Ale i o cenie, jaką za ten układ muszą wszyscy zapłacić. Cooper złożył hołd dawnemu kinu gangsterskiemu w stylu Martina Scorsese. I zaproponował kolejną hollywoodzką produkcję, z której sączy się gorycz. To dla Johnny’ego Deppa idealna okazja do przypomnienia o sobie i ucieczki z pla- katów w pokojach nastolatek. Podobną drogą idzie dzisiaj wielu aktorów. Bo uroda i wyrzeźbione na siłowni mięśnie to zbyt mało, by dziś utrzymać się na szczycie.

RÓWNOUPRAWNIENIE SYMBOLI SEKSU

Kiedyś oszpecanie się do roli było domeną kobiet. To z nich media robiły kociaki i to je ustawiały w klasyfikacji najbardziej seksow- nych. Dopiero wyzbywając się próżności, piękne gwiazdy miały szansę pokazać swój talent i zdobyć Oscara. Hilary Swank dostała statuetkę za rolę Brandona z „Nie czas na łzy”, transseksualnego nastolatka zamordowanego za odmienność w miasteczku w Nebrasce. Nicole Kidman – po tym jak na planie „Godzin” przyczepiała sobie sztuczny nos jako Virginia Woolf. Charlize Theron – kiedy w „Monster” zagrała zmęczoną życiem prostytutkę ze zniszczoną cerą, podwójnym podbródkiem i tłustymi włosami.

Po drodze jednak popkultura nauczyła się robić z mężczyzn tzw. ciacha. Nic więc dziwnego, że Depp niechętnie biega po Karaibach z szablą w dłoni. Już raz się naciął na „type casting”, czyli obsadzaniu po warunkach, i utożsamieniu z rolą. Po serialu „21 Jump Street” opowiadał: – Miałem dość, utknąłem w tej produkcji, grając stale w tej samej charakteryzacji i powtarzając słabo napisane dialogi. Wtedy postanowiłem się zmieniać w każdej roli. Zamiast być aktorem plakatowym, zostać charakterystycznym. Ale wpadł z deszczu pod rynnę. Bo chcąc odetchnąć po filmach Kusturicy i Polańskiego, przyjął rozrywkową ofertę zagrania pirata: – Nigdy wcześniej nie myślałem o kinie komercyjnym. Szefowie wytwórni w czasie zdjęć patrzyli mi na ręce, myśląc, że wszystko położę. Stało się dokładnie na odwrót. Ale popularność znowu szybko zaczęła mu ciążyć. Dzisiaj znów próbuje się jej pozbyć. Nie jest to jednak proste. Brad Pitt od lat walczy ze swoją etykietą najseksowniejszego mężczyzny na ziemi. Wciela się w szumowiny w najgorszych możliwych stylizacjach. I nie zawsze osiąga zamierzony efekt. W „Tajne przez poufne” braci Coenów wyglądał i zachowywał się jak idiota. Ale na weneckiej konferencji prasowej tego filmu o głupocie dzisiejszej Ameryki telewizyjna dziennikarka przebrana w strój cheerleaderki pytała go: „A gdybym ćwiczyła na twojej siłowni, poleciałbyś na mnie?”. Z tego wszystkiego w zasadzie przestał udzielać wywiadów. Podobnie Matthew McConaughey, który jeszcze niedawno królował w internecie na zdjęciach z plaży, prezentując muskularny tors. Don Phillips, reżyser castingu, chwalił go: „Ma trzy cechy, jakie powinna mieć gwiazda — jest inteligentny, utalentowany i szaleją za nim dziewczyny”. A on podkreślał, że chce tworzyć postacie „prawych ludzi”: – Takich, żeby każdy ojciec mógł zabrać syna do kina, pokazać mu mojego bohatera i powiedzieć: „Popatrz, tak trzeba postępować”.

To było dziesięć lat temu. Dzisiaj w „Detektywie” gra zapitego, zapuszczonego oficera śledczego, na którego prawość nikt by nie postawił złamanego centa, a jako makler z „Wilka z Wall Street” jest cwaniakiem nafaszerowanym kokainą. Ale przełomową kreację stworzył w „Witaj w klubie” Jeana-Marca Valléego. W roli wycieńczonego, walczącego z AIDS mężczyzny jest mizerny (schudł 25 kg), ma wklęsłe policzki, wąsy i organizuje nielegalny punkt handlu lekami. – Dzisiaj liczy się dla mnie istotna, ciekawa rola – tłumaczy w wywiadach. – Produkcja dała mi cztery miesiące na przygotowanie się do „Witaj w klubie”. Co tydzień zrzucałem kilka funtów i cały czas czytałem o epoce i moim bohaterze. Zresztą i tak nie mogłem wyjść z przyjaciółmi do restauracji. Samo cielesne przeobrażenie wpływało na psychikę postaci. Dzięki rolom wieloznacznych bohaterów stał się szanowanym aktorem. Właśnie w sieci pojawiły się zdjęcia z planu jego nowego filmu – „Złota”. Taki brzydki nie był jeszcze nigdy: w idiotycznym krawacie, półłysy (specjalnie wygolił część włosów), gruby, w garniturze jak ze złego snu krakowskiego krawca. Ze sztucznymi zębami i atrapą nosa.

GORYCZ FABRYKI SNÓW

Dzisiejsze Hollywood dla nastolatków ma ofertę w postaci bezmyślnych „Transformersów” czy „Zmierzchów”. Natomiast dojrzali widzowie stracili już wiarę nie tylko w komedie romantyczne, ale i historie o amerykańskim śnie. Od Oscara dla „To nie jest kraj dla starych ludzi” zapanowała moda na niezależne filmy o upadku narodowych mitów. Statuetki dla najlepszych reżyserów zdobywają Kathryn Bigelow czy Ben Affleck za zrealizowane poza wielkimi studiami opowieści o wojnach i imperializmie USA. W aktorskich kategoriach zwycięża Jennifer Lawrence za rolę w „Do szpiku kości” o degrengoladzie etosu jankeskiej wsi. Nawet hity kasowe stają się mroczne – jak adresowana do młodzieży seria „Igrzyska śmierci” – antyutopia państwa totalitarnego. Może dlatego również w mężczyznach coraz mniej interesuje widzów gładka skóra i sztywny kręgosłup moralny. W cenie są pęknięcia. Bo to one czynią bohaterów ciekawymi. No i od kiedy wszyscy mają internet, nikogo już nie podnieca, że typ o wyglądzie greckiego herosa prześpi się z młodą Barbie.

Dlatego też niegrzeczny chłopiec Hollywood, dawny symbol seksu Colin Farrell, przejął rolę po Matthew McConaugheyu w „Detektywie”, gdzie jest obolałym facetem na trwającym od lat życiowym zakręcie. Jest odpychający fizycznie i moralnie. Odtrąca dziewczynę, którą kocha, cedząc: „Nie dorastam do twojej ligi”. Aktor wraca też na swój rodzinny kontynent, szukając ról u europejskich twórców. I dla nich gotowy jest zmienić swój wygląd. W tym roku do Cannes przyjechał z filmem Greka. – Zakochałem się w twórczości Yorgosa Lanthimosa po obejrzeniu „Kła” – opowiadał.

– To jedno z najbardziej niezwykłych doświadczeń, jakie ostatnio przeżyłem w kinie. I kiedy przyszła możliwość zagrania w „Lobsterze”, nie wahałem się ani chwili. Chociaż do dzisiaj nie rozgryzłem, o co w tym chodzi. Film, który wejdzie na polskie ekrany na początku przyszłego roku, to futurystyczna wizja specjalnego ośrodka dla singli. Opowieść o związkach, samotności, potrzebie bliskości. Farrell znacząco do niej przytył. – Ludzkie ciało jest jak laboratorium – wspomina. – Eksperymentowałem z nim, zastanawiałem się, jak na mnie wpłynie tusza. Inaczej spałem, miałem inną energię, mowę ciała. Inaczej się do mnie odnoszono. To było fascynujące. Żartem Farrell przyznaje, że wysyłał przyjaciołom selfie z brzuchem. Bo metamorfozy są dziś dumą aktorów. Niemal wyścigami, kto zrzuci więcej kilogramów albo bardziej przytyje, kto się bardziej zmieni. A później te nowe wizerunki świetnie się sprzedają w mediach i internecie. Mistrzem w tej konkurencji jest Christian Bale. Dekadę temu do roli faceta cierpiącego na chroniczną bezsenność w „Mechaniku” zrzucił 28 kg (ważył 54). Ostatnio przytył 18 kg dla postaci podupadłego oszusta z lat 70. w „American Hustle”. Były Batman na ekranie ociężale się poruszał i obleśnie się drapał po wielkim brzuchu, siedząc nad basenem. A zaraz później z powrotem schudł do kolejnej roli.

NA PRZYSZŁOŚĆ

Te wszystkie przemiany to dla aktorów także dobra polisa ubezpieczeniowa. Bo przecież widzieli kariery gwiazdorów minionych pokoleń. Wielkich sław, które na ekranie zawsze były sobą. Paul Newman zawsze w swoich rolach pozostawał Paulem Newmanem. Ale w pewnym momencie to przestało wystarczać. Bo ci giganci kina zmieniali się, starzeli, tracili wdzięk i seksapil, które przykuwały widzów do ekranów. Kiedyś w samolocie do Marlona Brando podeszła stewardesa, podsuwając mu zdjęcie z „Tramwaju zwanego pożądaniem” i prosząc o autograf. A wściekły aktor podniósł fotografię i zapytał: „Serio? Przypominam ci tego faceta?”.

Nie da się ukryć, nawet seksowni aktorzy się starzeją. Depp na festiwalu w Wenecji po eksperymentach w „Pakcie z diabłem” był już inny. Napuchnięta twarz, ledwo dopinająca się na brzuchu zielona marynarka, włosy nażelowane i zaczesane na bok jak u lokalnego mafiosa z lat 90. Zmiana, którą obserwujemy w kinie, otwiera furtkę dla bardzo dojrzałych artystów. Wracają dawni mistrzowie, jak Al Pacino, Robert Redford czy Dustin Hoffman, o których po drodze zrobiło się ciszej. A niedawni amanci wchodzą do ligi weteranów. – Dzisiaj już z pewnością nie jestem „nowym Jamesem Deanem” – mówi o swoim wizerunku Depp. – Raczej czekam na role dla „starego Johnny’ego Deppa”. I pewnie może na nie liczyć. Bo już przyzwyczaja widzów i producentów do siebie ze zmarszczkami, bez włosów i z brzuchem. Niedługo zapewne nie będzie potrzebował do tego charakteryzacji. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

METAMORFOZY PO POLSKU

Najciekawsi współcześni polscy aktorzy również chętnie zmieniają swoje emploi. Tomasz Kot po roli Zbigniewa Religi w „Bogach” zagrał umierającego na raka mężczyznę w „Żyć, nie umierać”. Choć on sam śmiał się z tej dyskusji, portale nieustannie spekulowały, ile schudł do roli. Marcin Dorociński nie dał się zamknąć w szufladzie przystojnego amanta i tworzył dramatyczne postacie w filmach Wojciecha Smarzowskiego czy Marcina Krzyształowicza. Robert Więckiewicz, kanalarz z „W ciemności”, wcielił się w tytułowego bohatera filmu „Wałęsa”. Młodszy Dawid Ogrodnik potrafił być chłopakiem z blokowiska w „Jesteś Bogiem”, bigbitowcem z lat 60. w „Idzie” i sparaliżowanym chłopcem usiłującym udowodnić, że nie jest rośliną, z „Chce się żyć”. Metamorfozom ulegają też aktorki. Katarzyna Figura kiedyś zapomniała o próżności i image’u seksbomby – w roli zniszczonej przez życie bohaterki „Żurku”, teraz zaś dała z siebie zrobić osiemdziesięciolatkę w „Paniach Dulskich”. Krystyna Feldman stworzyła kreację życia w roli malarza prymitywisty w „Moim Nikiforze”. A w „Body/ciało” w dziwnej fryzurze, całkowicie odarta z seksapilu, nie do poznania okazała się Maja Ostaszewska. „Pani jest taka ładna” — powiedział na konferencji prasowej w Berlinie zdziwiony niemiecki dziennikarz.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2015
Więcej możesz przeczytać w 42/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także