O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Są dwa powody tych incydentów. Po pierwsze w Azji toczy się regionalny wyścig zbrojeń. Jego głównym powodem jest zdobycie przewagi na morzu, bo to właśnie morska przewaga jest kluczem do panowania w Azji. Większość gospodarek tych krajów - i to jest drugi powód - jest uzależnionych od dostępu do portów. Prosta blokada portu w Szanghaju czy Tokio - np. za pomocą min magnetycznych - dałaby już wyraźną przewagę strategiczną ich rywalom. Dlatego lepiej zawczasu znać reakcję przeciwnika i pod nią dostosować swoje plany.
Inną sprawą jest to, że kraje Azji do tej pory nie rozliczyły się z przeszłością. Brak rachunku sumienia nie jest bowiem wyłączną domeną Europejczyków. Wzajemne pretensje - największe kierowane w stronę Japonii (za jej mocarstwową przeszłość) powodują, że kraje te nie mogą się od lat dogadać w sprawie granicy morskiej. Wulkaniczne niezamieszkane wyspy Tokto są tylko jednym z elementów regionalnych animozji. Do tego dochodzą Wyspy Kurylskie, Wyspy Paracelskie i Spartly na Morzu Południowochińskim (roszczenia Chin, Wietnamu i Filipin) czy spór o kawałek skały niedaleko Singapuru, do którego pretensje rości sobie Malezja. Dziś stoi tam latarnia morska w której mieszka jeden Singapurczyk. Nie ma potomstwa więc konflikt niedługo może wejść w nową fazę.
Grzegorz Sadowski