Koalicja niepewna. Alternatywą jest rząd mniejszościowy
Koalicja rządowa wisi na włosku. Jeśli jednak PO i PiS się dogadają, niewykluczone, że za kilka miesięcy koalicja się rozpadnie. Politycy PiS w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że są przygotowani do stworzenia rządu mniejszościowego i do przedterminowych wyborów. Rząd Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości rodzi się w bólach. Sytuacja przypomina wojnę pozycyjną. Obie strony mocno okopały się w twierdzach swoich żądań i usiłują wydrzeć przeciwnikowi choć skrawek terenu. Bitwa toczy się na kilku polach - struktury rządu, programu, także personaliów. - Platforma Obywatelska chciałaby, aby propozycje dotyczące programu rządu i jego składu pokazywały wyraźnie, że PO jest równym partnerem dla PiS - mówi Donald Tusk.
Spory między obydwoma ugrupowaniami dotyczą nie tylko podziału ministerstw, ale przede wszystkim programu wspólnego rządu. Chodzi głównie o koncepcję programu ekonomicznego. W nieoficjalnej rozmowie z dziennikarzami jeden z ważniejszych członków programowego zespołu negocjacyjnego PO nie zostawił suchej nitki na projekcie ekonomiczno-finansowym PiS. - Tam nie ma żadnych propozycji oszczędności - żachnął się. Dał wyraźnie do zrozumienia, że jego zespół negocjacyjny będzie się upierał, aby rząd realizował program ekonomiczny PO.
Spory dotyczą jednak także innych spraw. Prawo i Sprawiedliwość zgadza się np. na oddanie resortu zdrowia Platformie. Chce jednak, żeby polityk PO realizował program PiS, czyli mało efektywny sposób finansowania służby zdrowia z budżetowych pieniędzy. Platforma odmawia. Nie zgadza się także na inne pomysły potencjalnego koalicjanta, zwłaszcza te, które zostały rzucone w trakcie kampanii wyborczej, m.in. na wprowadzenie ubezpieczenia od bezrobocia. W sumie jednak spór programowy jest bardzo ogólny i dotyczy głównie założeń polityki fiskalnej i społecznej.
Władze PiS usiłują zmusić Platformę do rozmów i nakłonić do koalicji. Wtorkowa informacja o poparciu przez to ugrupowanie Józefa Zycha na stanowisko marszałka Sejmu była jedną z takich akcji. Przeciek do mediów był dokładnie zaplanowany. Jeśli szantaż nie uda się, i PO nie wejdzie do koalicji, PiS zapewni sobie wdzięczność PSL. A to oznacza 28 głosów w Sejmie i większe poparcie dla ewentualnego rządu mniejszościowego.
Na razie jednak mimo kłótni wiele wskazuje na to, że koalicja PO-PiS powstanie. Po wzajemnym straszeniu się obie strony nieco zmniejszą swoje żądania i dojdzie do porozumienia. PiS wycofa się z najbardziej kosztownych pomysłów socjalnych i gospodarczych. Odda także część resortów gospodarczych Platformie. Ta będzie mogła kontrolować dokładniej prowadzenie reform. PiS zapewne przyjmie także proponowane przez PO pomysły organizacji służby zdrowia. Dzięki temu w razie kłopotów będzie mógł całą winę zrzucić na koalicjanta. I nie będzie się przed tym wahał.
Krótka kadencja
Jednak w to, że oba ugrupowania razem będą rządziły przez cztery lata, nie wierzy w Sejmie nikt. Politycy PiS już teraz w kuluarowych rozmowach przyznają, że są gotowi stworzyć autorski rząd mniejszościowy. Poza ludowcami taką opcję poprze zapewne Samoobrona.
- Zdajemy sobie sprawę, że taki twór nie będzie działał długo. Zapewne najdalej za dwa lata nastąpiłyby przedterminowe wybory. My jednak osiągniemy założone przez nas cele - mówi anonimowo polityk z kręgu bliskiego braciom Kaczyńskim.
W takiej sytuacji PiS będzie mogło liczyć na wsparcie ze strony Andrzeja Leppera. Samoobrona za wszelką cenę chce odsunąć od władzy Platformę oraz zdyskredytować jej pomysły ekonomiczne.
W przypadku rozpadu koalicji lub stworzenia na początku kadencji rządu autorskiego PiS gabinet Marcinkiewicza nie będzie mógł liczyć na wsparcie Platformy nawet przy sensownych projektach ekonomicznych. Liderzy tej partii mają w pamięci, co się stało z Unią Wolności po rozpadzie koalicji AWS-UW. Unia, mimo że oficjalnie nie rządziła, wspomagała rząd. W efekcie wyborcy obarczyli ją winą za sytuację w kraju. Platforma nie chce powtórzyć tego samego błędu. To będzie oznaczało, że gospodarką rządziliby przez kilkanaście miesięcy etatyści z Prawa i Sprawiedliwości uzależnieni od poparcia populistów z Samoobrony. W praktyce Samoobrona i PSL głosowałyby jedynie za prosocjalnymi rozwiązaniami, natomiast w innych kwestiach PiS nie miałby zdolności wprowadzania ustaw. W praktyce większość działań rządu polegałaby wówczas na administrowaniu.
Spory między obydwoma ugrupowaniami dotyczą nie tylko podziału ministerstw, ale przede wszystkim programu wspólnego rządu. Chodzi głównie o koncepcję programu ekonomicznego. W nieoficjalnej rozmowie z dziennikarzami jeden z ważniejszych członków programowego zespołu negocjacyjnego PO nie zostawił suchej nitki na projekcie ekonomiczno-finansowym PiS. - Tam nie ma żadnych propozycji oszczędności - żachnął się. Dał wyraźnie do zrozumienia, że jego zespół negocjacyjny będzie się upierał, aby rząd realizował program ekonomiczny PO.
Spory dotyczą jednak także innych spraw. Prawo i Sprawiedliwość zgadza się np. na oddanie resortu zdrowia Platformie. Chce jednak, żeby polityk PO realizował program PiS, czyli mało efektywny sposób finansowania służby zdrowia z budżetowych pieniędzy. Platforma odmawia. Nie zgadza się także na inne pomysły potencjalnego koalicjanta, zwłaszcza te, które zostały rzucone w trakcie kampanii wyborczej, m.in. na wprowadzenie ubezpieczenia od bezrobocia. W sumie jednak spór programowy jest bardzo ogólny i dotyczy głównie założeń polityki fiskalnej i społecznej.
Władze PiS usiłują zmusić Platformę do rozmów i nakłonić do koalicji. Wtorkowa informacja o poparciu przez to ugrupowanie Józefa Zycha na stanowisko marszałka Sejmu była jedną z takich akcji. Przeciek do mediów był dokładnie zaplanowany. Jeśli szantaż nie uda się, i PO nie wejdzie do koalicji, PiS zapewni sobie wdzięczność PSL. A to oznacza 28 głosów w Sejmie i większe poparcie dla ewentualnego rządu mniejszościowego.
Na razie jednak mimo kłótni wiele wskazuje na to, że koalicja PO-PiS powstanie. Po wzajemnym straszeniu się obie strony nieco zmniejszą swoje żądania i dojdzie do porozumienia. PiS wycofa się z najbardziej kosztownych pomysłów socjalnych i gospodarczych. Odda także część resortów gospodarczych Platformie. Ta będzie mogła kontrolować dokładniej prowadzenie reform. PiS zapewne przyjmie także proponowane przez PO pomysły organizacji służby zdrowia. Dzięki temu w razie kłopotów będzie mógł całą winę zrzucić na koalicjanta. I nie będzie się przed tym wahał.
Krótka kadencja
Jednak w to, że oba ugrupowania razem będą rządziły przez cztery lata, nie wierzy w Sejmie nikt. Politycy PiS już teraz w kuluarowych rozmowach przyznają, że są gotowi stworzyć autorski rząd mniejszościowy. Poza ludowcami taką opcję poprze zapewne Samoobrona.
- Zdajemy sobie sprawę, że taki twór nie będzie działał długo. Zapewne najdalej za dwa lata nastąpiłyby przedterminowe wybory. My jednak osiągniemy założone przez nas cele - mówi anonimowo polityk z kręgu bliskiego braciom Kaczyńskim.
W takiej sytuacji PiS będzie mogło liczyć na wsparcie ze strony Andrzeja Leppera. Samoobrona za wszelką cenę chce odsunąć od władzy Platformę oraz zdyskredytować jej pomysły ekonomiczne.
W przypadku rozpadu koalicji lub stworzenia na początku kadencji rządu autorskiego PiS gabinet Marcinkiewicza nie będzie mógł liczyć na wsparcie Platformy nawet przy sensownych projektach ekonomicznych. Liderzy tej partii mają w pamięci, co się stało z Unią Wolności po rozpadzie koalicji AWS-UW. Unia, mimo że oficjalnie nie rządziła, wspomagała rząd. W efekcie wyborcy obarczyli ją winą za sytuację w kraju. Platforma nie chce powtórzyć tego samego błędu. To będzie oznaczało, że gospodarką rządziliby przez kilkanaście miesięcy etatyści z Prawa i Sprawiedliwości uzależnieni od poparcia populistów z Samoobrony. W praktyce Samoobrona i PSL głosowałyby jedynie za prosocjalnymi rozwiązaniami, natomiast w innych kwestiach PiS nie miałby zdolności wprowadzania ustaw. W praktyce większość działań rządu polegałaby wówczas na administrowaniu.