Literatura teczkowa

Literatura teczkowa

Teczka, a nie fantasy czy wspomnienia o papieżu, jest najmodniejszym gatunkiem literackim sezonu 2006
W księgarniach nic nie schodzi lepiej niż teczki. "Donos na Wojtyłę. Karol Wojtyła w teczkach bezpieki" Marka Lasoty lada chwila przekroczy sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Świetnie idą teczki profesorów w tomie Ryszarda Terleckiego "Profesorowie UJ w aktach UB i SB". I relacje tajniaków szpiegujących "Solidarność" na tamtejszym uniwersytecie ("Co o nas wiedzieli?" Wiesława Zabłockiego). Lawina ruszyła. Teczka staje się gatunkiem literackim, jak nowela czy reportaż.

Teczka z dynamitem
Publicystka Ewa Berberyusz zgromadziła dane z własnego życiorysu (w tym ewidentne haki) i zatytułowała je "Moja teczka". Czym się różni jej teczka od zwyczajowych wspomnień? Tym, że autorka "Teczki" wywleka z własnego życiorysu materiały idealne dla potencjalnego szantażysty. Taką Berberyusz można by - powiedzmy - zmusić do milczenia, powołując się na to, że w PIW była ulubienicą Jacka Różańskiego, kata stalinowskiej bezpieki z więzienia na Rakowieckiej. W propagandowej nagonce można by wywlec jej zaniedbywanie syna. Patent sprawdzony na poetce Barbarze Sadowskiej, której syna zakatowano na posterunku milicji. Albo bodaj wytknąć jej "nieuporządkowane życie seksualne", jak to uczynił krytyk Wiesław Paweł Szymański wobec Marii Dąbrowskiej po lekturze jej "Dzienników". Więc Ewa Berberyusz uprzedza atak i na ochotnika publikuje swoją teczkę. A to dopiero początek kariery teczki w sztuce.
Nad wystawieniem własnych teczek pracuje poznański Teatr Ósmego Dnia. Dane z IPN przerabia na sektakl. Inspiracja przyszła z Internetu. Aktorką Ewą Wójciak zatrzęsło, gdy po opublikowaniu listy Wildsteina przeczytała komentarz: "Na liście jest moja szefowa, na bank, bo ma rzadkie podwójne nazwisko, ale ja mam to w dupie, czy na kogoś donosiła, bo jest dobrą szefową i tylko to się liczy". Ewa Wójciak się oburza: "Bycie esbekiem może być postrzegane jako mniej okropne niż bycie politykiem wymądrzającym się w telewizji". Czy więc "ósemki" otworzą swoje teczki z zemsty na esbekach i donosicielach? Skąd! Teczka świetnie pokazuje Polskę z jej kłamstewkami, pozoranctwem i bałaganem. "To są archiwa robione przez fachowców od zaciemniania" - przypomina Wójciak. Ze spektaklu ma więc wyniknąć przestroga: każde państwo musi mieć służby, służby muszą mieć teczki. Ale każda teczka to kilogram dynamitu, zadekowany pod najważniejszymi fotelami w kraju.

Pionier Światło
Czy "literatura teczkowa" zaczęła się w Polsce razem z listą Wildsteina? Ależ skąd. Teczkę jako gatunek bliski literaturze wylansował pułkownik Józef Światło, wicedyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 r. uciekł na Zachód. A rok później z anteny Wolnej Europy kompletował teczkę Bieruta i członków jego ekipy. Jako zawodowiec trafiał w sedno. Zamiast krzyczeć przez radio, że Bierut to sprzedawczyk, podliczał mu zastawę w Belwederze: "Przy jednej ścianie, na niskim kredensie - wyszukane owoce południowe, importowane z zagranicy, najrozmaitsze słodycze, zagraniczne papierosy i wyszukane soki owocowe. Pod drugą ścianą na większym kredensie: wódki, likiery, zagraniczne wina (...). A obok baterii butelek, na cieniutkiej zagranicznej porcelanie i na srebrnych paterach kawiory, łososie, homary...". Bierut szalał. Zorientował się od razu - ujawniona teczka ma moc zabójczą. Kiedy zmarł w Moskwie w niejasnych okolicznościach, rodacy żartowali, że padł z wrażenia, gdy dostał "rachunek za Światło".
Jerzy Andrzejewski zorientował się od razu: teczka to idealny gatunek dla polskiej powieści. Od lat 60. zaczął gromadzić materiały do teczek znaczących postaci. Pochodzenie, kontakty, dochody, kochanki, krewni: wszystko pod czytelnymi pseudonimami. To był materiał wyjściowy dla "Miazgi" - powieści, która miała otwierać teczki polskiej inteligencji. Marzenie! SB ani na chwilę nie pogodziła się z istnieniem konkurencji. Cięła maszynopis już na etapie redakcyjnym. Owszem, "Miazga" po setnych przeróbkach ukazała się w drugim obiegu w 1979 r., ale do tego czasu gomułkowskie papiery zwietrzały. Ale teczka - nie.
Pisarz lewicowy Tadeusz Hołuj skompletował literacką, a wzorowaną na ubeckiej, teczkę krytykowi Ignacemu Fikowi i wydał ją pod tytułem "Osoba" (1974). Było tam wszystko - zaświadczenia, donosy, sprawozdania. Jak władza zechce - sugerował Hołuj - to może na podstawie takiej teczki dać Krzyż Zasługi, ale może też posadzić na długie lata. Ważne, żebyś czytelniku wiedział, że i ty masz taką teczkę i siedział cicho. Zaraz, zaraz - rozumował literat Władysław Terlecki - przecież Polska od dziesięcioleci dosłownie śpi na teczkach: a to policji pruskiej, a to carskiej Ochrany. I o(d)tworzył teczkę, której katolicka Polska raczej nie chciała oglądać. Była to teczka paulina z Jasnej Góry Kacpra Macocha. Ten w 1909 r. okradł z wotów cudowny obraz, własnego brata wspólnika zarąbał siekierą, a w przerwach między sprawowaniem kapłańskich obowiązków balował w warszawskim Bristolu w towarzystwie miejscowych panienek. Powstała z tego powieść stylizowana na wpisy z archiwów carskiej Ochrany, zatytułowana "Odpocznij po biegu". Terlecki pisał jednak stylem tak gęstym, że cenzura na tę powieść teczkową przymknęła oko.

Druga młodość teczki
Drugą młodość przeżyła teczka w latach 90. Funkcjonariusze byłego systemu na ochotnika kompletowali donosy na siebie i sprzedawali w wysokich nakładach. Wariant: byłem w oku cyklonu, więc oferuję najlepszy towar. Zeznania w tym tonie składał pułkownik redaktor Wiesław Górnicki, do końca stojący twardo przy generale Jaruzelskim ("Teraz już można", 1994). "Protokołowałem spotkania na szczycie w najwęższym możliwym składzie" - zachwalał. "Siedziałem wśród ekspertów delegacji polskiej na tajnych spotkaniach Układu Warszawskiego. Przygotowywałem projekty supertajnych listów i czytywałem dla potrzeb bieżących dokumenty, o których wolałbym zapomnieć, nim je wziąłem do ręki" - mówił. Ale potem to już żadnych tajemnic.
Albo taki wariant: byłem w tajnych służbach, ale jako lojalny funkcjonariusz, a nie łaps. Pogadajmy jak fachowiec z fachowcem. Pokażę ci swoją teczkę i opowiem, jak się takie teczki kompletowało - zapowiada Henryk Piecuch ("Byłem gorylem Jaruzelskiego", 2001). Piecuch obietnicy dotrzymuje po swojemu: na 250 stronicach przekonuje, że agenci PRL-owskich służb to byli na przemian paranoicy i kapuściane głąby. On sam raz czuł się jednym, raz drugim. Jego historia łamania charakterów została opatrzona mottem z księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".
I wreszcie wariant stosowany przez bywalców ze sfer artystycznych, którzy o ubecję ocierali się na każdym kroku: byłem wszędzie, znałem wszystkich, więc SB mi nie imponowała. Często wiedziała mniej niż ja - Janusz Atlas ("Atlas towarzyski", 1995). Poza tym to były cienkie Bolki, których nie wpuściliby za próg SPATiF-u, a ja tam byłem zakolegowany z szatniarzami i ocierałem się o Słonimskiego. Z Atlasa SB zrezygnowała z żalem już przy pierwszej próbie werbunkowej: dużo wie, ale tupeciarz i nieobliczalny. I teraz redaktor sam kompletuje rok po roku swoją teczkę. Najnowszy raport "Atlas figur przeróżnych" (2004) zapodaje - przykładowo - jak to młody Falandysz zamierzył uczynić Atlasa magistrem na podstawie pracy o "przypadkach wykroczeń karnych po gorzale". Atlas spłodził całych 25 stron, a przecież mógłby sto razy tyle. W ten sposób uratował własny autorytet dziennikarski, a pogrążył PRL. Pierwszy sukces "prozy teczkowej" już mamy.

Czytaj także

Czytaj także