Pazurem - Popłuczyny

Pazurem - Popłuczyny

Mamy wielowiekową tradycję oblewania pomyjami znienacka. W dodatku zawsze nie tego, co trzeba
W Toruniu narodziła się właśnie "nowa świecka tradycja". I już mi się podoba. Tradycja polega na tym, że turyści za umiarkowaną opłatę ("miejsca stojące, bezpłatne, bez rezerwacji") mogli obejrzeć incydent z roku 1404. Wydarzyło się, co następuje. Podczas gdy król Jagiełło uroczyście nawiedzał Toruń, jedna mieszczka z ulicy Szerokiej miała akurat huk roboty na łbie i pełne wiadro pomyj. I tak wypadło, że gdy król z orszakiem sunął dołem, to ona z góry - wieloletnim gospodarskim odruchem - wylała wiadro nieczystości przez okno. Reszta jak z Flipa i Flapa - król odbiera hołdy z podwyższoną dystynkcją, a tu mu się - w sekundzie - pomyje leją na majestat. I ten historyczno-slapstikowy skandal miał mieć publiczną replikę na ulicy Szerokiej ("miejsca stojące, bezpłatne itd."). Skandal objął wysokim patronatem ambasador Litwy (Jagiełło!). W rolach króla i mistrza krzyżackiego, wkrótce poległego pod Grunwaldem Ulricha von Jungingena - kwiat toruńskiego aktorstwa. A fatalna mieszczka? Sama Miss Polonia 2005, niech imię jej będzie zapomniane. Bo miss była opłacona, żeby się wychylić i chlusnąć. Na króla, który był eksponowany, a i to wskazano go jej palcem - dla bezpieczeństwa imprezy. Ale jak miss (z miską) zobaczyła obiektywy, to zaczęła się zwyczajowo przeginać i pomyje jej całkiem z głowy wywietrzały. I chlusnęła ot, tak, żeby było chluśnięte. W rezultacie polało się z góry nie na króla, lecz na trzeciorzędnego dworaka. Dworak w szoku, król zdziwiony, władze miasta w konfuzji. Co uwielbiam, bo świadczy o ciągłości narodowej tradycji. Tradycji oblewania pomyjami znienacka. W dodatku zawsze nie tego, co trzeba.
I to się nadaje na inscenizację. Dotychczas wystawialiśmy tylko to, co skrajnie wzniosłe. Aktor Janusz Zakrzeński z doczepionymi wąsami bywa wpuszczany w okolicznościowy tłum jako schyłkowy Piłsudski. W Poznaniu co roku Paderewski potrząsa siwą grzywą nad głowami Wielkopolan na trasie dworzec PKP - hotel Bazar, czym w 1918 r. wywołał jedyne zwycięskie powstanie polskie, a dziś umiarkowany aplauz grupki fanów, którzy przytupują na mrozie. Rekonstruktorzy (tak, to nowy fach!) z Pułtuska odtwarzają w lipcowym żarze (butelka wody z przenośnego stoiska - 7 zł) napoleońską bitwę o miasto z grudnia 1806 r. Pod Grunwaldem corocznie bity bywa Krzyżak, a pod Ossowem bolszewik, w ramach ponawianego "cudu nad Wisłą". A rekonstrukcje schodzą niżej. Minionego czerwca, w okrągłą rocznicę Radomia, wykonano na miejscu "ścieżki zdrowia" historycznymi pałami. W każdym razie utarło się, że jak odtwarzamy, to zasadniczo ktoś kogoś leje - jak nie mieczem, to pałą. Taka historia, taka trauma, takie upodobania.
A mnie się podoba ta "nowa świecka tradycja" z ulicy Szerokiej. Wystawmy - na Boga! - jakąś zgrywę, jakieś qui pro quo, zwłaszcza że mamy tego pełno na stanie. Wystawmy - żeby nie sięgać zanadto w głąb - takiego Piotra Skrzyneckiego. Niekoniecznie tego z Piwnicy, z dzwoneczkiem. Wystawmy Skrzyneckiego, który jest instruktorem robotniczego teatru w barakach w Nowej Hucie w czasie heroicznej budowy. Próby odchodzą o czwartej nad ranem - bo tylko wtedy mogą grać "aktorzy" zarówno z pierwszej, jak i z trzeciej zmiany. Więc na deskach płomienna fabuła o stachanowcach, a "aktorzy" co chwila przysypiają. Ale litościwy Skrzynecki nie każe budzić - grają tylko ci, co się akurat ocknęli. Za kilka lat będzie się to nazywało szumnie "teatr absurdu". I z szumem przywędruje z Paryża. I druga odsłona. "Aktorzy" z Nowej Huty, wdzięczni za możliwość dospania na scenie, biorą inteligencika Skrzyneckiego na złodziejską wyżerkę do Krakowa. Siadają w restauracji, zamawiają, jedzą. Na jeden gwizd jednocześnie uciekają bez płacenia. Z tym że - uwaga! - Skrzyneckiego sadzają najbliżej drzwi. Ludzki instruktor - pozwolił się wyspać na przedstawieniu, niech ma największe szanse.
Wystawmy nawet role nieme. Nawet to lepsze niż "hurrra!" z pałą w dłoni. Ks. Józef Tischner, azymut przyzwoitości przez całe wyboiste lata 90., zamilkł w roku 1998. Rak zżerał mu krtań. Oddychał rurkami wystającymi z ust i nosa. Więc, żeby było mówione to, co Tischner miał do powiedzenia, w Nowym Targu zebrało się grono filozofów góralskich. Górale filozofują, zupa stygnie, a "ostomiłego" nie widać. Wreszcie - jest. Twarz w rurkach (fotografowie opuszczają obiektywy), na wychudłych ramionach góralska guńka. Gardło przeżarte, więc Tischner tylko słucha tych góralskich mądrości i niespiesznie potakuje. Ale nie wytrzymał. Wstał, nalał sobie kubeczek siwuchy, uniósł do toastu. Wszyscy powstali. A Tischner z głębi krtani, której już nie było, wychrypiał: "Na zdrowie!". Przechylił kubek, otarł usta rękawem (te cholerne rurki!) i wyszedł. To było ostatnie, co miał do powiedzenia rodakom.
"Na zdrowie!". Więc może powtórzyć?

Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 36/2006
Więcej możesz przeczytać w 36/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także