Chodzi o zerwanie z nią przed dziewięcioma laty umowy na sprzedaż ziemi pod inwestycję. Wyrok jest nieprawomocny.
Sąd nakazał także dwóm skazanym, by solidarnie, w ciągu czterech lat spłacili 5 mln zł gminie, która poniosła straty. Ile z tej kwoty zapłaci każdy z nich, będzie m.in. zależeć od ich zdolności płatniczych. Decyzją sądu zarówno Jurczyk, jak i Wieczorek nie mogą przez najbliższe cztery lata zajmować stanowisk w organach państwowych i samorządowych. Mają też ponieść koszty postępowania sądowego.
Postępowanie wobec pozostałych pięciu oskarżonych w tej sprawie, czyli innych byłych członków zarządu i radnych miejskich umorzono, ponieważ - zdaniem sądu - osoby te miały mniejszy zakres kompetencji i nie miały pełnego wglądu do dokumentacji związanej z umową. Oprócz Jurczyka i Wieczorka na ławie oskarżonych zasiadali byli szczecińscy radni SLD, a wówczas członkowie zarządu: Jan Dużyński, Henryk Jerzyk i Waldemar Kuś, a także Grzegorz Kołodziejski i Katarzyna Kantorska.
W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że obaj skazani jako jedyni w zarządzie znali pełną treść korespondencji z niemiecką firmą i treść opinii prawnych nt. umowy. Zarządowi zaś przedkładali do wglądu jedynie niektóre dokumenty. Wspólnie i w porozumieniu nie dopełnili staranności, odstępując od zawarcia umowy - zaznaczył sąd.
Jak powiedział PAP obrońca Jurczyka mec. Marek Padee, czwartkowy wyrok na pewno będzie zaskarżony. Sam Jurczyk poproszony o komentarz przez dziennikarzy po ogłoszeniu wyroku uznał go za "krzywdzący". Mówił, że ze swojej emerytury nie będzie w stanie zapłacić orzeczonej przez sąd kwoty. "To chore, nie o taką wolną Polskę walczyłem, żeby zapadały takie niesprawiedliwe wyroki" - mówił.
Prokurator zarzucił ówczesnemu zarządowi Szczecina, że zrywając umowę z Niemcami w grudniu 1998 roku wyrządził miastu szkodę znacznych rozmiarów i naraził je na straty, które wyniosły 9,5 mln zł. W ocenie prokuratury, członkowie zarządu przy podejmowaniu tej decyzji nie zachowali szczególnej ostrożności i zerwali umowę, mimo iż firma wpłaciła 5 mln zł zadatku na poczet przyszłej transakcji, wartej łącznie 13 mln zł.
W grudniu 2003 r. Sąd Najwyższy uznał, że umowę z firmą zawarto skutecznie, a odstępstwo od niej, skutkujące jej zerwaniem, było nieuzasadnione. Zasądził na rzecz spółki 5 mln złotych odszkodowania od miasta wraz z ustawowymi odsetkami, co dało kwotę blisko 10 mln zł.
Przed sądem Jurczyk podtrzymał swe wcześniejsze zeznania złożone przed prokuratorem. Zeznał wówczas, że nie wiedział o tym, iż zaliczkę pobraną od Euroinvest Saller zmieniono na zadatek. Zapewniał też, że nigdy nie podejmował żadnych decyzji bez zapoznania się z opiniami prawników.
Wieczorek utrzymywał zaś, że miał świadomość, iż cena gruntu, który chciał nabyć Euroinvest Saller, została zaniżona, bowiem jej faktyczna wartość rynkowa była o 3 mln zł większa; za lepsze wyjście uważał więc unieważnienie umowy i sprzedaż ziemi innemu oferentowi za wyższą kwotę. Według b. wiceprezydenta ówczesną decyzję podjęto "w dobrej wierze, zgodnie z interesem gminy".
Cała sprawa zaczęła się jesienią 1998 r., kiedy to władze Szczecina ogłosiły przetarg w formie rokowań na sprzedaż 5- hektarowej działki. Jednym z warunków postawionych przez miasto było wpłacenie zaliczki w wysokości 5 mln zł. Firma Euroinvest Saller wpłaciła ją, a po uzgodnieniu protokołu, który mówił o sprzedaży działki za 13 mln zł - zaliczka została przekształcona w zadatek. W listopadzie 1998 spółka wpłaciła brakującą kwotę.
W końcu grudnia zarząd Szczecina podjął jednak uchwałę o unieważnieniu przetargu, mimo że opinie prawne, którymi się wtedy posiłkował, były rozbieżne co do możliwości zerwania umowy i związanych z tym konsekwencji dla miasta. Zarząd argumentował wówczas m.in., że niemiecka firma jako spółka z obcym kapitałem nie ma zgody resortu spraw wewnętrznych na zakup ziemi w Polsce. Jednak wówczas, zgodnie ze stanowiskiem MSWiA, cudzoziemiec przystępujący do przetargu miał prawo, ale nie obowiązek posiadania takiej zgody. W efekcie miasto zwróciło spółce 13 mln zł i ogłosiło kolejny przetarg.
Euroinvest Saller złożył pozew w sądzie, domagając się zwrotu zadatku, ale już w podwójnej wysokości. Zdaniem Niemców, negocjacje zerwano bez podstawy prawnej, a gmina nie przystąpiła do umowy notarialnej. Sąd Najwyższy przyznał im rację.
pap, ss