Funkcjonariusz SOP miał zabić 4-letnią córkę. Formacja podjęła stanowczą decyzję

Funkcjonariusz SOP miał zabić 4-letnią córkę. Formacja podjęła stanowczą decyzję

Pojazdy służbowe SOP, zdjęcie ilustracyjne
Pojazdy służbowe SOP, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Shutterstock / FotoDax
Funkcjonariusz, który miał zabić swoją czteroletnią córkę, został wydalony ze Służby Ochrony Państwa – ustalili dziennikarze.

Nowe informacje ws. tragedii, do której doszło w Ustce na Pomorzu, przekazała rozgłośnia RMF FM.

Mężczyzna służył w SOP od 23 lat.

Tragedia w Ustce. Formacja prowadzi postępowanie, oto planowane działania

Redakcja zaznaczyła, że „decyzja szefa SOP [pełniącym obowiązki komendanta jest pułkownik Tomasz Jackowicz – przyp. red.] nie kończy sprawy”. Formacja, poza wydaleniem 44-latka, zamierza podjąć także inne działania. Mają one na celu znalezienie odpowiedzi na kluczowe pytania – jedno z nich dotyczy długiego stażu pracy podejrzanego: Jak to możliwe, że oficer, który w służbach był tak długo, dopuścił się tak brutalnego ataku?

SOP ma zamiar przeanalizować kolejne lata historii zawodowej 44-latka. Przedstawiciele formacji zamierzają sprawdzić czy podejrzany zgłaszał problemy i czy reakcja jego przełożonych była odpowiednia. Kolejnej analizie poddana zostanie dokumentacja medyczna z jego badań okresowych – przekazał RMF we wtorek (10 lutego).

44-latek podejrzany jest o spowodowanie tragedii w Ustce (doszło do niej pod koniec stycznia). Śledztwo w tej sprawie prowadzi prokuratura. Ze wstępnych ustaleń organów ścigania wynika, że ataku nic nie zapowiadało – miał on nie być poprzedzony awanturą.

Zabójstwo dziecka na Pomorzu. Co już wie prokuratura? „To był impuls”

Jaki przebieg miało wstrząsające zdarzenie? Po przesłuchaniu 44-latka w środę (28 stycznia) w Słupsku prokurator okręgowy ujawnił wstępne ustalenia służb. Jak informował, rodzina oficera SOP przyjechała kilka dni wcześniej z Warszawy na Pomorze, by spędzić w Ustce ferie zimowe. Wszystko miało być w porządku, dopóki nie nastąpił nagły wybuch agresji.

– Grali w karty. Nie było kłótni, żadnych napięć. Atmosfera była spokojna i miła. W pewnym momencie po prostu przestali grać i… wtedy doszło do ataku. (...) To był impuls. Pokrzywdzeni nie zauważyli żadnych niepokojących sygnałów. Nie było żadnego „zapalnika”. Zostali zaatakowani znienacka – zrelacjonował prok. Patryk Wegner.

Czytaj też:
Rutynowa egzekucja zamieniła się w koszmar. Wstrząsające odkrycie komornika
Czytaj też:
Matka podejrzanego po śmierci 16-letniej Mai wciąż szokuje. Trzy tys. zł za każdy obraźliwy wpis

Źródło: RMF FM/RMF 24