Chemiczny Olek

Chemiczny Olek

Dodano:   /  Zmieniono: 
Reporterzy "Wprost" na tropie broni chemicznej Aleksandra Łukaszenki.
Trzysta kilometrów od granicy Polski może się znajdować broń chemiczna. Reporterzy "Wprost" odkryli tajemnicze magazyny białoruskiej armii w miejscowości Staryja Darohi. W ich pobliżu znaleźliśmy skażony sprzęt drużyny obrony przeciwchemicznej. Zaobserwowaliśmy też kolumny ciężkich pojazdów transportowych, których wygląd zaniepokoił pytanych przez nas ekspertów wojskowych. Czterdzieści kilometrów od Starych Daroh rozlokowane są rakiety, którymi można przenosić broń chemiczną. Były żołnierz sił specjalnych, wyjaśniający z nami tajemnice bazy w Starych Darohach zginął w niejasnych okolicznościach.

Co odkryliśmy w bazie wojsk chemicznych?

Kilka miesięcy temu razem z białoruskim dziennikarzem Wasilem Siemaszką (publikował m.in. w dzienniku "Biełoruskaja Diełowaja Gazieta") skontaktowaliśmy się z Pawłem Szegunowem. W czasach sowieckich był on żołnierzem wojsk KGB, specjalizującym się w kontrwywiadowczej osłonie środków transportu. W latach 1988-1991 Szegunow służył w jednostce specjalnej KGB "Tantal". Służba skończyła się tym, że postawiono go przed wojskowym sądem i na podstawie spreparowanych materiałów skazano (w tajnym procesie) na piętnaście lat więzienia. Na wolność wyszedł po dziesięciu latach. Kiedy siedział w więzieniu, wielu jego kolegów z oddziału zmarło w nie wyjaśnionych okolicznościach. Nie żyje też już śledczy, który prowadził dochodzenie w sprawie Szegunowa - jego zwłoki, ze skręconym karkiem, wyłowiono z rzeki.

Przez kilka tygodni razem z Szegunowem śledziliśmy dziwne ruchy wojsk wokół jednostki w miejscowości Staryja Darohi, położonej ponad sto kilometrów na południowy wschód od Mińska. Zainteresowały nas kolumny złożone z nieznanego typu ciężkich pojazdów wojskowych, przemieszczające się drogą pomiędzy jednostką wojsk chemicznych w Starych Darohach (dowodzoną przez płk. Olega Bołotkę) a bazą sił powietrznych w Maczuliszczach pod Mińskiem. W Starych Darohach, które są nieoficjalnym centrum białoruskich wojsk chemicznych, znajduje się 8. Warszawski Pułk Wojsk RChB (obrony radiologicznej, chemicznej i biologicznej). W połowie lat 80. pułk ten uczestniczył w usuwaniu skażeń wywołanych eksplozją reaktora jądrowego elektrowni w Czarnobylu na Ukrainie. Pułk liczący około 400 żołnierzy podlega naczelnemu dowództwu sił zbrojnych Białorusi. W Starych Darohach rozlokowane są jeszcze trzy inne jednostki: 602. baza remontu i składowania wojsk RChB, 288. centralna baza rezerwy technicznej i 1734. baza samochodowa (łącznie około 310 żołnierzy).

Ładunek specjalny

Szegunowowi i Siemaszce udało się sfotografować zarówno jednostkę w Starych Darohach, jak i tajemnicze konwoje. Bazę chroni potrójny płot z drutem kolczastym. Co sto metrów stoją masywne wieże strażnicze. Przy wejściu na teren jednostki żołnierzom odbierane są wszelkiego rodzaju materiały łatwopalne, np. zapałki i papierosy, czego raczej nie praktykuje się na przykład w składach paliw. Między jednostką wojsk chemicznych a bazą lotniczą w Maczuliszczach poruszała się kolumna sześciu ciężkich pojazdów. Dowodził nią podpułkownik jeżdżący samochodem GAZ 66 razem z grupą oficerów. Wiele wskazuje na to, że ochronę konwoju, oprócz mundurowych, stanowili też cywile (najprawdopodobniej z KGB). Nad kolumną pojazdów leciał również śmigłowiec szturmowy Mi-24, prawdopodobnie zabezpieczający z powietrza przejazd konwoju.

Eksperci z wojsk obrony przeciwchemicznej byli wyraźnie zaniepokojeni widocznymi na fotografiach ciężkimi pojazdami Kamaz. Ich uwagę zwróciła niska część ładunkowa za kabiną kierowcy. - Nie jest to żadna znana mi instalacja do odkażania i dezaktywacji - mówi gen. Władysław Karcz, były szef wojsk obrony przeciwchemicznej. Jego zdaniem, sfotografowane pojazdy mogą być cysternami ze specjalnym zabezpieczeniem, przeznaczonymi do przewozu szczególnie niebezpiecznych chemikaliów. Inny ekspert, absolwent moskiewskiej akademii wojsk obrony przeciwchemicznej, zwrócił uwagę na nie znaną w jednostkach chemicznych strukturę cysterny, podzielonej na kilka (cztery, pięć) segmentów, z niewielkimi otworami.

Na trasie Staryja Darohi - Słuck, przy której znajduje się sfotografowana przez nas jednostka, Siemaszka i Szegunow widzieli kolumnę żołnierzy w mundurach maskujących. Napotkany później żołnierz poinformował nas, że w jednostce znajdują się wojska podległe białoruskiemu MSW. - Jeżeli obecność pododdziałów MSW w Starych Darohach potwierdziłaby się, mogłoby to oznaczać, że w bazie znajdują się środki wymagające wzmocnionej ochrony - uważa gen. Władysław Karcz. Podstawowym zadaniem wojsk MSW Białorusi, oprócz tłumienia antyprezydenckich demonstracji, jest ochrona konwojów z ładunkami specjalnego znaczenia. Paweł Szegunow, w przeszłości specjalista od kontrwywiadu transportowego, twierdził, że zanim wojska MSW wyruszą z ważnym ładunkiem, wysyłają czasem fałszywe transporty. Tego typu triki oraz stały ruch wojskowych kolumn pieszych i zmotoryzowanych utrudniają wytropienie ładunku zarówno przez satelitę, jak i metodami klasycznego wywiadu.

Zabójczy wyciek?

W lesie, kilkaset metrów od bazy wojskowej w Starych Darohach, Siemaszka i Szegunow znaleźli resztki płaszczy ochronnych i maski (po siedem sztuk) nowoczesnego typu. Sprzęt był porzucony razem ze szmatami pozostałymi po przeciwchemicznym ekwipunku ochronnym. Pokrywał je szaroniebieski nalot. Substancja drażniła błony śluzowe oczu, drapała w gardle i nosie. Dokuczliwe objawy nasiliły się podczas jazdy samochodem, do którego Siemaszka wrzucił znalezione przedmioty (by później przeprowadzić ekspertyzę). Po kilku godzinach Siemaszka i Szegunow poczuli zmęczenie i wyraźne spowolnienie reakcji.

Wyrok KGB?

Chociaż Paweł Szegunow dbał o to, by zbierając informacje o ruchach wojsk chemicznych w rejonie Starych Daroh, nie zwrócić uwagi białoruskiego kontrwywiadu, najprawdopodobniej on i Siemaszka znaleźli się na celowniku tych służb. Po trzech tygodniach od przyjazdu do Starych Daroh Wasil Siemaszka zauważył, że jest śledzony. Odkrył też, że ktoś manipulował przy jego samochodzie. Ani Siemaszka, ani Szegunow nie przeczuwali, że ich śledztwo sprowadziło na nich śmiertelne niebezpieczeństwo.

O tym, co się zdarzyło w niedzielę 30 listopada 2003 r., wiemy z relacji żony Pawła Szegunowa. Wspomina ona, że tego dnia mąż wstał rano i wyszedł do kuchni przygotować śniadanie. Zanim ponownie zasnęła, usłyszała dzwoniący telefon, który Paweł odebrał. Gdy Aksana Szegunowa obudziła się godzinę później, w kuchni ujrzała męża powieszonego na przegródce komina pieca kaflowego (śmierć nastąpiła około 8.30 rano). Sekcja zwłok niczego podejrzanego nie wykazała. - Być może dawni zwierzchnicy Szegunowa uznali, że stał się on niebezpieczny i złożyli mu propozycję nie do odrzucenia: albo skończysz z sobą sam, albo my załatwimy twoją rodzinę. - Mogło mu się zrobić żal żony i dzieci, więc wolał sam umrzeć - mówi oficer operacyjny Zarządu Kontrwywiadu WSI.

Jan Czuryłowicz, Jarosław Jakimczyk

Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost". W sprzedaży od poniedziałku, 16 lutego.

 0

Czytaj także