Lekcja serbskiego

Lekcja serbskiego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Z serbskiego punktu widzenia, wynik wczorajszych wyborów parlamentarnych jest optymalny. Radykałowie dostali w nich wystarczająco dużo głosów, by na otępiałą Europę i USA zadziałać jak alarm, na szczęście jednak nie dostali też wystarczająco dużo głosów, by móc samodzielnie zbudować rząd.
W powyborczym pacie języczkiem u wagi staje się partia obecnego premiera, Vojislava Kosztunicy. A o Kosztunicy nawet złośliwi nie mogą powiedzieć, że jest oszołomem.

Nie tylko Unia Europejska, ale i Stany Zjednoczone bardzo długo stosowały wobec Serbii metodę kija bez marchewki. Oznaczało to ciągłe przypominanie o konieczności współpracy z trybunałem w Hadze, żądania głów Radovana Karadżicia i gen. Ratko Mladicia, stawianie do raportu i upominanie. A w tym samym czasie od Serbii po referendum odłączyła się Czarnogóra, a Kosowo z błogosławieństwem USA jest na drodze do wymarzonej niepodległości. Kropką nad "i" była śmierć Slobodana Miloszevicia. Bo nawet tych Serbów, którzy go szczerze nienawidzili ubodło, że była głowa państwa zmarła w tajemniczych okolicznościach w więzieniu, czekając na proces.

Haga to zresztą czuły punkt Serbów. Mają prawo być rozgoryczeni wybiórczą sprawiedliwością trybunału. Wystarczy spojrzeć na listę poszukiwanych. Figuruje na niej zaledwie dwóch albańskich terrorystów. A przecież tzw. Wyzwoleńcza Armia Kosowa, terrorystyczna partyzantka o mafijnych korzeniach i finansowana przez mafię albańską, liczyła lekko licząc kilkanaście tysięcy ludzi. Ludzi odpowiedzialnych za czystki etniczne dokonywane w Kosowie na Serbach i Romach. Te wszystkie powody plus bezrobocie, nie zmniejszająca się bieda i poczucie osaczenia - Rumunia i Bułgaria były ostatnimi krajami, do których Serbowie mogli przyjeżdżać bez wizy - przyczyniły się do popularności radykałów Szeszelja.

To wcale nie mocno przebrzmiałe hasło Wielkiej Serbii czy rzekomy "genetyczny nacjonalizm" popchnęły ponad 28 proc. wyborców do oddania głosów na partię Vojislava Szeszelja. Bardzo dobrze, że aż tylu Serbów tak zagłosowało. To bowiem lekcja dla reszty Europy oraz USA, dla których wnioskiem powinna być zmiana taktyki wobec Serbów. Mniej kija, więcej marchewki.

Bardzo dobrze też z drugiej strony, że tylko tylu Serbów poparło radykałów. Bo gdyby radykałowie otrzymali, jak ostrzegały niektóre sondaże 40 proc. poparcia i stworzyli samodzielny rząd, skutki tych wyborów mogłyby być niebezpieczne dla całego regionu i na pewno nie otworzyłyby Serbii drzwi do Europy. A tak drzwi zostały szerzej otwarte niż przed wyborami. Bo w ten sposób można odczytać zadowolenie europejskich szefów dyplomacji ze zwycięstwa sił demokratycznych. Faktycznie, partie demokratyczne (DSS Vojislava Kosztunicy, DS. prezydenta Borisa Tadicia i G17 Plus) otrzymały w sumie prawie 50 proc. głosów.

Teraz poza stworzeniem rządu, co biorąc pod uwagę kombinacje koalicyjne może być akrobatyczną niemal sztuczką, najważniejsze to, by świat zapamiętał serbską lekcję i naprawdę zaczął przyciągać Serbów, a nie jak dotąd kopniakami odpychać. 

 
 0

Czytaj także