Lwowskie prowokacje

Lwowskie prowokacje

Dodano:   /  Zmieniono: 
Skandal, który 9 maja wybuchł we Lwowie, ukraińscy publicyści zgodnie określają mianem „prowokacji”. Miejscowi nacjonaliści starli się z przybyłymi z Krymu przedstawicielami prorosyjskich organizacji.
O desancie zwolenników Wielkiej Rusi na Zachodnią Ukrainę było wiadomo od kilku miesięcy. Przewodniczący ruchu „Russkoje Jedinstwo", Siergiej Juchin, zapowiedział go już zimą. Władze Lwowa, czując pismo nosem, zabroniły wszelkich manifestacji w Dniu Zwycięstwa. Nie zapobiegło to jednak ulicznym starciom. Drogówka przepuszczała jadące z Południa  autobusy pełne bojowo nastawionych młodych mężczyzn, dając wiarę zapewnieniom, że chłopcy jadą na wycieczkę albo w gości. A przecież gdyby krymscy aktywiści nie przedostali się do miasta, zapewne nie doszłoby do znieważenia przez galicyjskich nacjonalistów rosyjskiego konsula generalnego ani do palenia flag. Do takiej eskalacji przemocy wcześniej nie dochodziło, ani na wschodzie, ani na zachodzie kraju.

Stosunek do drugiej wojny światowej dzielił Ukrainę od początku uzyskania niepodległości w 1991 r. W Galicji i na Wołyniu pamięć o Ukraińskiej Armii Powstańczej pozostała silna, jednak próby rehabilitacji UPA na szczeblu państwowym kończyły się fiaskiem. Nie udało się to nawet za kadencji Wiktora Juszczenki, który prowadził dość jasno zdefiniowaną politykę symboliczną i nadał Stepanowi Banderze tytuł bohatera Ukrainy (co charakterystyczne - Wiktor Janukowycz zaraz po objęciu urzedu anulował tę decyzję).

Historia to ulubiony temat sporów ukraińskich polityków. Społeczno-gospodarcze programy największych w tym kraju partii niewiele się od siebie różnią (łączy je populizm). Dlatego politycy, by zaakcentować swą odmienność, tak chętnie sięgają po historyczne konflikty. I podkręcają je w imię bieżących korzyści. Tak jest i tym razem.
Napięcie wokół Dnia Zwycięstwa znacznie wzrosło po kontrowersyjnej decyzji Rady Najwyższej o rehabilitacji radzieckiej flagi. Aż 75 proc. mieszkańców zachodniej części kraju było temu stanowczo przeciwnych. Tego typu kontrowersje to woda na młyn dla ruchów nacjonalistycznych i nabijanie elektoratu partii Swoboda, której wpływy - co pokazały wybory lokalne w 2010 r. - konsekwentnie rosną. A przecież Wiktorowi Janukowyczowi wzrost popularności Swobody jest  bardzo na rękę. Elektorat tej partii skupia się bowiem prawie wyłącznie na zachodzie kraju, w tradycyjnym bastionie pomarańczowych sił. Nie od dziś wiadomo, że polityczną ambicją prezydenta jest zneutralizowanie wpływów  Julii Tymoszenko i jej partii Batkiwszczyny. Jeśli mogą to zrobić nacjonaliści – to czemu nie?

Opozycja w postaci nacjonalistycznej Swobody, której liderzy twierdzą na przykład, że Ukraina powinna mieć własną bombę atomową, byłaby niezmiernie wygodna dla urzędującego prezydenta - jako straszak zarówno dla wschodniej części kraju, jak i zachodnich sąsiadów.  W takim towarzystwie Partia Regionów i jej lider prezentowaliby się jako wzór cnót demokratycznych. I dlatego teorie o „prowokacji" wcale nie muszą być bezpodstawne.

 0

Czytaj także