Politycy wybiorą Indusom prezydenta

Politycy wybiorą Indusom prezydenta

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto przejmie władzę w Indiach? (fot. PAP/EPA)
Weteran indyjskiej polityki Pranab Mukherjee jest murowanym faworytem czwartkowych wyborów prezydenckich. Choć reprezentuje rządzącą koalicję skupioną wokół Indyjskiego Kongresu Narodowego, głosować na niego zamierzają nawet ugrupowania opozycyjne.

Nowego prezydenta wybierze kolegium elektorskie, składające się z 4896 posłów i senatorów z parlamentu krajowego i stanowych. Prezydenta w Indiach wybiera się na 5-letnią kadencję, a konstytucja nie ogranicza ich liczby. Do zwycięstwa w wyborach prezydenckich potrzebna jest ponad połowa elektorskich głosów. Indyjskie gazety twierdziły w środę, że 77-letni Pranab Mukherjee dostanie ich co najmniej dwie trzecie, nie da najmniejszych szans swojemu głównemu rywalowi, kandydatowi opozycji Purno Agitokowi Sangmie i zostanie trzynastym prezydentem Indii.

Prezydent Indii pełnił dotychczas funkcje ceremonialne, nie posiadał władzy. Stanowisko to powierzano ludziom cieszącym się wielkim autorytetem, ale odgrywającym najwyżej drugorzędne role w polityce. Obecna prezydent Prathiba Patel została pierwszą kobietą, sprawującą urząd szefa państwa. Jej poprzednik, A.P.J Abdul Kalam zdobył uznanie jako naukowiec, pracujący nad indyjskimi arsenałami atomowymi.

Tym razem jednak, na ceremonialne stanowisko prezydenta rządzący Indyjski Kongres Narodowy (INC-I) zgłosił jednego ze swoich najważniejszych przywódców. Pranab Mukherjee jest weteranem indyjskiej polityki. Przez połowę życia (ma 77 lat) zasiadał w parlamencie i kolejnych rządach, w których sprawował stanowiska ministrów handlu, dyplomacji, obrony, a ostatnio finansów. W tej ostatniej roli zarządzał finansami trzeciej potęgi Azji, przeżywającej ostatnio gospodarczą zadyszkę.

Uznawany za „szarą eminencję” indyjskiej polityki od lat zajmował się politycznymi targami i intrygami, zawiązywaniem koalicji, łagodzeniem kryzysów. Stając się mistrzem w kuluarowej polityce zyskał sobie szacunek we wszystkich politycznych obozach.

Właśnie dlatego Kongres wystawił go na prezydenta. Od lat w indyjskiej polityce nasila się proces decentralizacji. Wielkie partie krajowe, jak Kongres czy opozycyjna Indyjska Partia Ludowa (BJP) tracą na znaczeniu, zaś rosną w siłę partie regionalne i stanowe.

W 2014 r. Indie czekają kolejne wybory, a ich wynikiem będzie zapewne jeszcze bardziej rozdrobniony parlament, w którym żadna partia nie będzie w stanie samodzielnie utworzyć rządu. Przypadający prezydentowi ceremonialny dotąd przywilej powierzania politykom misji tworzenia rządów zaczyna stawać się narzędziem rzeczywistej władzy. Kongres liczy, że doświadczenie i talenty Pranaba Mukherjee'ego ułatwią mu po wyborach stworzenie rządzącej koalicji, a potem pozwolą uniknąć wyniszczających, koalicyjnych kłótni.

Uwikłanie w koalicyjne przepychanki, targi i konieczność zawierania nieustannych kompromisów z sojusznikami wyhamowało zawrotne jeszcze do niedawna tempo rozwoju indyjskiej gospodarki. Ustępstwa wobec zachłannych, populistycznych koalicjantów sprawiły, że po ostatnich wyborach w 2009 r. reformy sprowadzone zostały do półśrodków. W rezultacie tempo wzrostu gospodarczego spadło do najniższego od 2004 r. poziomu 5,3 proc. Wzrósł za to budżetowy deficyt, a koalicyjny handel rządowymi posadami wywołał plagę korupcji.

zew, PAP

 0

Czytaj także