Najdroższa wersja solidarności

Najdroższa wersja solidarności

Jednym z najbardziej złowieszczych zwrotów używanych przez unijnych polityków i przywódców dużych państw UE jest „solidarność europejska”. Gdy te dwa wyrazy zaczynają być odmieniane przez wszystkie przypadki, wiadomo, że najsilniejsi w Unii Europejskiej chcą zmusić słabszych do niekorzystnych dla nich rozwiązań.

Solidarność europejska” ma zupełnie inne znaczenie, gdy wypowiadana jest w Brukseli, Berlinie czy Paryżu, a inne, gdy pada w Warszawie, Budapeszcie czy Atenach. W pierwszym przypadku zwykle ma oznaczać troskę o jedność Unii, jej przyszłość i spójność, w drugim jest najczęściej przedstawiana jako objaw egoizmu, niedojrzałości czy ksenofobii. Ta zasada tak głęboko wryła się w świadomość znacznej części polskich elit politycznych, że same używają tego zwrotu jako antidotum na wszystkie kryzysy w UE. Co więcej, za pomocą tych dwóch słów atakują politycznych przeciwników, próbując stworzyć alternatywę: albo solidarność europejska, czyli przyjmowanie uchodźców według rozdzielnika zaproponowanego przez przewodniczącego Komisji Europejskiej, albo staniemy się pariasami Europy, wyrzuconymi poza nawias ksenofobami, z którymi nikt nie będzie chciał rozmawiać.

Polityka imigracyjna

Nawoływanie do solidarności europejskiej w kontekście fali uchodźców i imigrantów maszerujących przez południe Europy do Niemiec nie jest pierwszym przypadkiem próby podzielenia się przez Berlin odpowiedzialnością za błędną politykę. Trzeba jednak przyznać, że jest wyjątkowo niebezpieczne. Oto Komisja Europejska i Berlin chcą zmusić wszystkie kraje Unii, by zrezygnowały ze swojej polityki imigracyjnej – jaka by ona nie była – by ratować Niemcy przed kryzysem. Jest to nie tylko sprzeczne z traktatem lizbońskim, ale przede wszystkich pokazuje, jak bardzo te dwa ośrodki decyzyjne nie liczą się z suwerennością państw Europy Środkowej.

W ustach Jean-Claude’a Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, Martina Schulza, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, czy niemieckiego ministra spraw wewnętrznych Thomasa de Maizière’a „solidarność europejska” oznacza wyłącznie solidarność w jedną stronę. Dla nich nie jest istotne, że każdy z krajów Grupy Wyszehradzkiej prowadzi własną politykę imigracyjną. Nawet jeśli tę w polskim wydaniu oceniamy niezbyt wysoko, to jest niezaprzeczalnym faktem, że zapobiegła ona napięciom na tle rasowym. Na przykład żydowskie szkoły w Polsce nie są – jak we Francji – otaczane kilkumetrowym murem, a faszyzujące partie nie rosną w siłę – jak w Niemczech. Demonstracje narodowców są w naszym kraju raczej groteskowe niż groźne. W Niemczech kończą się próbami podpalenia obozów uchodźców. Jest niezaprzeczalnym faktem, że na ten spokój zapracowaliśmy sobie w dużej mierze sami – choćby nie przyznając imigrantom wysokich świadczeń socjalnych. Oni umieją liczyć, więc wybierają Niemcy, Holandię czy Szwecję. Choć ceną tej polityki jest zapaść demograficzna, to jednak uchroniła nas od sporów na tle narodowościowym. Dla Berlina nie ma to jednak większego znaczenia. Niemieccy politycy uważają, że zastosowany przez nich model imigracyjny jest właściwy i powinien być powielany w innych krajach.

Energia ze źródeł odnawialnych

Nie dotyczy to zresztą tylko tej dziedziny. Obłędny model polityki energetycznej polegający na wyłączaniu elektrowni atomowych i większym wykorzystaniu energii ze źródeł odnawialnych przez długie lata był wyłącznie problemem niemieckim. Ponieważ jednak prowadzi do drastycznego wzrostu kosztów energii w Niemczech, pomysł trzeba było rozszerzyć na całą Unię.

Wtedy także pojawił się zwrot „solidarność europejska”. W jej imieniu wszystkie kraje zostały zobowiązane do wytwarzania kilkudziesięciu procent swojej energii ze źródeł odnawialnych. Pomysł ten najsilniej uderzał w Polskę, która produkuje tani prąd, ale energetyka jest oparta na węglu. W ramach solidarnościowej dbałości o klimat Polska musi więc uruchamiać elektrownie wiatrowe, słoneczne czy napędzane biomasą. Okazało się, że technologie, które w tej dziedzinie można zastosować, pochodzą głównie z Niemiec. Nasz kraj musi więc importować technologie, by sprostać narzuconym przez Brukselę i Berlin normom. Wszystko oczywiście w ramach „solidarności europejskiej”.

Pakiet klimatyczny

To jednak nie wystarczyło i w ramach solidarnego dbania o płuca Europejczyków UE, pod naciskiem Niemiec i Francji, wprowadziła pakiet klimatyczny. Nakłada on na Polskę tak drakońskie limity emisji dwutlenku węgla, że po 2030 r. energia w naszym kraju będzie jedną z najdroższych w Europie. Porozumienie to podpisała premier Ewa Kopacz i gdy z Brukseli wróciła do Warszawy, mówiła o… sukcesie, ponieważ utworzony został specjalny fundusz na modernizację energetyki, z którego Polska będzie mogła skorzystać. To miało być dowodem na zrozumienie przez Brukselę naszych potrzeb, a więc „solidarność europejską”. Co z tego, że pakiet klimatyczny oznacza konieczność przeprowadzenia rewolucji w polskiej energetyce i obniżenie naszego bezpieczeństwa? W późniejszych komentarzach pojawił się zawsze aktualny argument: nie możemy się odwracać do Europy plecami, czyli lżejsza wersja „solidarności europejskiej”. Warto w tym miejscu przypomnieć inny niemiecki projekt związany z CO2, który na szczęście umiera śmiercią naturalną. Tamtejsi inżynierowie opracowali interesującą, ale bardzo kosztowną metodę odzyskiwania dwutlenku węgla z kominów zakładów przemysłowych. Dzięki niej można obniżyć emisję gazów cieplarnianych, a więc łatwiej wypełnić unijne normy. Niemcy uruchomili nawet jedną taką instalację, która miała być wzorem dla innych. Wszystko to działo się oczywiście w ramach ogólnoeuropejskiej troski o czyste powietrze.

Zanim się obejrzeliśmy, w Polsce powstała odpowiednia ustawa, która powołuje operatora zarządzającego dwutlenkiem węgla odzyskanym z kominów. Gdy dwie polskie firmy zaczęły wydawać miliony na podobne (na szczęście tylko testowe) instalacje, okazało się, że Niemcy swoją wyłączyli. Okazała się zupełnie nieopłacalna. Na szczęście w tym wypadku „solidarność europejska” okazała się zbyt droga dla tych, którzy jej wymagali.

Wspólne zakupy gazu

„Solidarność europejska” nabiera jednak zupełnie innego znaczenia, gdy domagają się jej takie kraje jak Polska. Sztandarowym tego przykładem jest inicjatywa Donalda Tuska o tworzeniu unii energetycznej, której celem byłyby m.in. wspólne zakupy gazu w Rosji. Dzięki temu takie kraje jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja, Czechy, Bułgaria nie byłyby już narażone na energetyczny szantaż Kremla. Z punktu widzenia znacznej części Unii pomysł ten był więc godny pochwały. Biorąc pod uwagę, że dla znacznej części państw – zwłaszcza na zachodzie Unii – był on obojętny, to opór mógł się pojawić głównie w jednej stolicy – Berlinie.

Wspólne zakupy gazu nie tylko stawiałyby pod znakiem zapytania specjalne relacje Niemiec i Rosji, ale podważałyby sens innej inicjatywy o skrajnie niesolidarnościowym charakterze, czyli biegnącego po dnie Bałtyku Gazociągu Północnego. Donald Tusk usłyszał więc od Angeli Merkel krótkie „nein” i „solidarność europejska” made in Poland pękła jak bańka mydlana. Smutnym dopełnieniem tej historii jest podpisanie przez niemieckie, holenderskie, francuskie i rosyjskie firmy umowy o budowie drugiej nitki Nord Streamu. Stało się to w czasie obowiązywania sankcji wobec Moskwy, które miały być dowodem na wspólne stanowisko wobec agresora.

Stosunki z Rosją

Oczywiście bylibyśmy naiwni, gdybyśmy się tego nie spodziewali – przecież w sporach z Rosją nigdy nie mogliśmy liczyć na „europejską solidarność”. Przypomnijmy sobie pozorny sukces dyplomatyczny Jarosława Kaczyńskiego, który kwestię rosyjskiego embarga na polskie mięso włączył do agendy rozmów Unia – Rosja. Rozmowy się odbyły, ale Kreml embarga nie zniósł. Choć zachowanie Moskwy było sprzeczne z umowami, Unia nie zastosowała żadnych retorsji. Miejsce polskich eksporterów chętnie zajęli producenci mięsa z Austrii czy Danii. Nawet w pierwszej fazie konfliktu na Ukrainie, gdy za polską aktywność Rosja nałożyła embargo na polskie produkty rolne, powstałą lukę szybko wykorzystały firmy z Austrii, choć w tym czasie słowa „solidarność europejska” były powtarzane tak często jak dziś.

Używanie tego pięknego symbolicznego zwrotu prędzej czy później przekłada się na pieniądze. A wezwanie do „europejskiej solidarności” w rzeczywistości oznacza poszukiwanie chętnych na zapłacenie rachunków. Cudzych. ■

Okładka tygodnika WPROST: 39/2015
Więcej możesz przeczytać w 39/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0