Piekło zamarzło, gdy prezydent USA ogłosił ograniczenie amerykańskiej obecności na manewrach w Korei Południowej, prowadzonych nieprzerwanie od 1976 r. Żołnierze amerykańscy i południowokoreańscy ćwiczą na nich odpieranie ataku komunistycznej północy. Jej przywódca Kim Dzong Un został przez Donalda Trumpa określony jako fajny gość, z którym świetnie się dogaduje.
Media światowe zalała ta sama melasa lamentów, co w przypadku Europy. Nagłówki krzyczą o odwrocie USA z Azji i pozostawieniu sojuszników na pastwę Chin i przyklejonej do Pekinu północnokoreańskiej dyktatury tak samo, jak wcześniej krzyczały o tym, że Trump rzuca bezbronną Europę na pastwę putinowskiej Rosji.
Gdyby jednak spłukać tę melasę strumieniem wody pod ciśnieniem, rysuje się zupełnie inny obraz sytuacji. Jaki? To najlepiej ilustruje reakcja wojowniczej siostry Kim Dzong Una, która jest w Korei Północnej drugą po bracie postacią reżimu.
Korea zwleka z inwestycjami w USA
Kim Yo Jong jako jedyna chyba w świecie, zamiast emocjonować się rzekomą rejteradą Trumpa z Azji, rozpoznała prawdziwe intencje amerykańskiej administracji. Siostra Kima oświadczyła, że Korea Północna nie da się zwieść opowieściom o ograniczeniu obecność USA na manewrach, na których od pół wieku ćwiczy się wojnę z jej krajem.
Żeby było śmieszniej, nic nie wskazuje na to, żeby Amerykanie wycofali się z tych manewrów.
Aktualne cyfrowe wydanie tygodnika dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
