Dzięki reformie o szkole myślimy nawet w wakacje

Dzięki reformie o szkole myślimy nawet w wakacje

Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / Dmitry Vereshchagin
Reforma edukacji ma to do siebie, że nie pozwala o sobie zapomnieć nie tylko w trakcie roku szkolnego, ale także wtedy, kiedy uczniowie i ich rodziny mają od szkoły odpocząć.

Wakacje, licea ogłaszają listy przyjętych uczniów. To nic nowego, ale w tym roku zaczęła w tym procesie działać reforma. Ponieważ w przyszłym roku o miejsce w liceum będą walczyć dwa roczniki, czyli pierwsi ósmoklasiści i ostatni gimnazjaliści, szykując się na oblężenie dyrektorzy szkół w tym roku przyjmują mniej chętnych. Zmniejszają liczebność klas, albo ich liczbę, więc wielu z tych młodych ludzi, którzy rok temu dostaliby się do wybranej szkoły w tym nie mają na to szans. Do niektórych z nich nie dostają się nawet prymusi z czerwonym paskiem i bardzo wysoką liczbą punktów za egzamin. Polskim absolwentom podstawówek, którzy walczą o miejsce w szkole średniej reforma zamieniła więc wakacje w jeden wielki stres. Niektórzy będą go czuli do ostatniego dnia sierpnia, bo szkoły będą podawać wyniki rekrutacji uzupełniającej.

To nie pierwszy raz, kiedy reforma zatruwa obywatelom dni przeznaczone na odpoczynek. Wielu rodziców do dziś pewnie wspomina Boże Narodzenie 2016. Kilka dni przed Wigilią minister edukacji ogłosiła wtedy, że zmniejsza sumy, jakie przypadają na ucznia który kształci się w edukacji domowej. Z formy tej korzystają dzieci, które z jakiś powodów – zdrowotnych, psychicznych, osobowościowych nie czują się dobrze w szkołach systemowych. Rodzice zapisują je do edukacji domowej, ale uczą się one w przypominających kameralną szkołę punktach przystosowanych do ich potrzeb. Dla niektórych z nich, na przykład dzieci autystycznych, które są w intelektualnej normie, taka forma nauki jest często jedynym sposobem na to, żeby przejąć przez szkołę bez urazów psychicznych i pogorszenia zdobytych we wczesnym dzieciństwie rezultatów terapeutycznych. Reforma niszczy ten cenny model, bo szkoły działające w systemie edukacji domowej, żeby się utrzymać muszą podnosić czesne, a to zagraża ich bytowi. Ciekawe, jak autorzy zmian czują się z tą wiedzą.

O reformie myślimy na co dzień. Dzieci, które kształcą się indywidualnie przed nią mogły przychodzić do szkoły, a teraz nie mogą. Mają uczyć się w domach, z dala od rówieśników, do szkoły może chodzić tylko ten, kto jest na tyle silny, by podlegać uniwersalnym regułom. To nie koniec nowości dla dzieci słabszych. Te z orzeczeniami od stycznia dostaną swoje dodatkowe zajęcia terapeutyczne tylko wtedy, kiedy prowadzący je nauczyciele i specjaliści zostaną zatrudnieni na etat. Nawet, jeśli przychodzą dwa razy w tygodniu. Tym samym prowadzenie małych, przyjaznych dzieciom orzeczeniowym szkół prywatnych staje się znowu bardziej kosztowne. Czasami zasadne wydaje się pytanie: czy autorzy tych zmian nie lubią dzieci ze specjalnymi potrzebami? Bo jak wyjaśnić ich upór w zatruwaniu im życia?

O reformie myślą nieustannie od roku uczniowie, którzy idą teraz do ósmej klasy i ich rodzice. Po piekle zgotowanym przez nowe podstawy programowe, przez które musieli przejść w ostatnim roku szkolnym teraz szykują się na kolejne – rywalizację o miejsce w szkole średniej, która rozstrzygnie się w kolejne wakacje.

Od kiedy minister edukacji Anna Zalewska zabrała się za reformę, nikt nie może być spokojny. Energia rodzin dotkniętych reformą koncentruje się na tym, jak ją obejść, albo sprostać jej utrudniającym życie i niebezpiecznym dla przyszłości dzieci rozwiązaniom. Ja bym nie czuła się dobrze będąc autorką tak znienawidzonych przez ich adresatów zmian. Zwłaszcza, że ci adresaci to dzieci.

Czytaj także

Czytaj także