Dwa lata wojny, setki tysięcy ofiar i nowy cel Putina. Gen. Polko dla „Wprost”: Ukraina może paść

Dwa lata wojny, setki tysięcy ofiar i nowy cel Putina. Gen. Polko dla „Wprost”: Ukraina może paść

Gen. Roman Polko
Gen. Roman Polko Źródło: Newspix.pl / Mateusz Baj
– Warto uświadomić ludziom, choć nie chcę straszyć, że jeżeli Ukraina nie otrzyma teraz wystarczającego wsparcia od Zachodu, to może paść. Jeżeli zostanie pozostawiona sama sobie, Rosjanie naprawdę mogą ją przejąć. To byłby największy grzech zaniechania, jaki można sobie wyobrazić – mówi w wywiadzie dla „Wprost” gen. Roman Polko. Były szef GROM wskazał również, która decyzja Wołodymyra Zełenskiego nosi znamiona rosyjskiego stylu.

Magdalena Frindt, „Wprost”: Mijają dokładnie dwa lata od czasu, kiedy Rosja rozpoczęła pełnowymiarową agresję na Ukrainę. Radosław Sikorski po niedawnym spotkaniu w Brukseli powiedział, że sytuacja zaczyna być dramatyczna. W tym kontekście mówił m.in. o upadku Awdijiwki, o tym, że Rosjanie nacierają na kilku kierunkach. Ponowił też apel ukraińskiego ministra o dostawy amunicji. Na koniec padło podszyte pesymizmem zdanie: „Jest już być może prawie za późno”.

Gen. Roman Polko, były szef GROM: Minister Sikorski, jako wytrawny dyplomata, apeluje do emocji Zachodu, który w pewnym sensie zapomniał o Ukrainie. Pakiety pomocowe od samego początku docierały zbyt późno, a teraz tempo jest po prostu karygodne.

Czas to jedno, ale dostawy są realizowane też nie w takich ilościach, jak obiecywano. W grę wchodzi również jakość. Wiele krajów pozbywało się sowieckiego sprzętu, a to w sposób oczywisty generowało duże ograniczenia dotyczące technologii i jej nowoczesności. Funkcjonowano też w myśl zasady: udzielamy pomocy, ale w taki sposób, żeby Ukraińcy przypadkiem nie mogli razić Rosjan na głębokich tyłach. A to właśnie na głębokie tyły trzeba uderzać, żeby paraliżowane były tzw. drugie rzuty, tamte zgrupowania wojskowe.

Ważną rolę odgrywa także upadek czy obniżenie morale samej armii ukraińskiej. Utrata Awdijiwki nie jest tak groźna, jak właśnie utrata ducha walki. A to wiąże się z trzecim czynnikiem: korupcją.

Kilka tygodni temu Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała o wykryciu procederu, w ramach którego „wyparowało” ok. 40 mln dolarów przeznaczonych na zakup amunicji dla armii. SBU trafiła także na trop afery łapówkarskiej – za pieniądze miały być wystawiane fikcyjne zaświadczenia o niezdolności do służby.

Jakie morale ma mieć żołnierz, który widzi te wszystkie problemy, a jednocześnie ma świadomość, że jego kolega, który wyemigrował do jakiegoś europejskiego kraju, dobrze zarabia i jego rodzina wiedzie szczęśliwe życie? Ten siedzi w okopie, a tamten ma lepsze warunki niż w czasie pokoju.

Ważna jest też kwestia dotycząca sporów wewnętrznych. Zamiast posłuchać Walerija Załużnego, prezydent Zełenski – niestety – trochę w rosyjskim stylu, odsunął niepokornego generała i awansował takiego, który będzie bardziej posłuszny. Zamieszanie na szczycie dowództwa też z pewnością nie sprzyja walce.

Ale spójrzmy na ostatnie dwa lata z nieco innej perspektywy. NATO jest wzmocnione o Finlandię, a wkrótce pewnie i Szwecję. To kraje nowoczesne, które mocno poprawią nasze bezpieczeństwo. Widać też na nowo ofensywę dyplomatyczną, która jest realizowana chociażby przez polską stronę. Mam nadzieję, że wszystkie te działania zaowocują swego rodzaju przebudzeniem Europy. I może nawet nieprzemyślane do końca słowa Donalda Trumpa sprawią, że członkowie NATO zaczną poważnie myśleć o własnym bezpieczeństwie. Bo nadal, po dwóch latach wojny w Ukrainie, niektóre kraje nie wydają 2 proc. PKB na obronność. To karygodne.

W jakim punkcie jest dzisiaj Ukraina, biorąc pod uwagę to, co dzieje się na froncie?

Każda strata, tak jak np. utrata kontroli nad Awdijiwką, podkopuje morale. Jest takie powiedzenie, że nigdy nie zostawia się towarzysza broni. Jakby nie ubierać tego w słowa, wycofanie z Awdijiwki było realizowane w sposób chaotyczny. Zostali tam ranni, zabici. Jednocześnie z operacyjnego punktu widzenia to miasto nie odgrywa kluczowej roli. Wystarczy spojrzeć na mapę. Linia frontu przesunęła się o trzy-cztery kilometry.

Myślę, że nastał czas, by posłuchać w końcu głosu gen. Załużnego. Ukrainy nie stać w tej chwili na prawdziwą kontrofensywę. Musi, wzorem rosyjskim, przejść do obrony, umocnić się poprzez pola minowe, różnego rodzaju zapory, zasieki. Musi zbudować armię, która będzie w stanie właściwie użytkować dostarczany jej nowoczesny sprzęt. Trzeba też zgromadzić odpowiednią ilość zasobów materiałowych, a także zmobilizować ludzi, którzy do tej pory unikali służby wojskowej.

Od początku rosyjskiej agresji z Ukrainy do krajów Unii Europejskiej wyjechało 650 tys. mężczyzn w wieku poborowym – podało kilka miesięcy temu BBC.

Można powiedzieć, że w Europie jest obecnie druga armia Ukrainy. Są to głównie mężczyźni, którzy za łapówki uniknęli poboru. Ukraina musi też wyciągnąć lekcje z popełnionych już błędów, a one, przy wsparciu Zachodu, pomogą jej przygotować realny dwu-trzyletni plan odzyskania okupowanych terytoriów.

Putin nie chce oddać tych bezprawnie zagrabionych przez Rosję terenów. Agencja Reutera niedawno poinformowała, że miał poprzez swoich pośredników wysyłać sygnały do Stanów Zjednoczonych, że jest gotowy rozważyć kwestię zawieszenia broni w Ukrainie, ale wykluczył wycofanie się rosyjskiej armii z terytoriów, nad którymi okupanci przejęli kontrolę. Waszyngton miał odrzucić tę propozycję, nie chcąc zgodzić się na negocjacje z pominięciem Kijowa.

Rosja dużym kosztem, ale jednak „oderwała” kolejny kawałek Ukrainy. Ale jasne jest też to, że nie ma potencjału bojowego, żeby prowadzić dalszą ofensywę. W takiej sytuacji można oczywiście udawać gołębia pokoju, który nie chce przelewu krwi. I taka strategia pewnie jest realizowana.

Mówi się, że Rosja wykorzystałaby ewentualne zawieszenie broni jako pauzę taktyczną.

Po stronie Rosji nie ma żadnych uczciwych zamiarów. Już od 2014 roku wykorzystywała przerwy w działaniach militarnych do własnych celów. Kiedyś Rosjanie wysyłali białe konwoje niby z pomocą humanitarną, które tak naprawdę dostarczały uzbrojenie. Relokowali też swoich żołnierzy, aby poprawić ich pozycje.

Dużym problemem Rosji jest to, że ona nie dysponuje inteligentną armią, która potrafi zręcznie manewrować na polu bitwy. Jest to po prostu w dużej mierze „mięso armatnie”.

Władimir Putin miał postawić sobie cel, który zakłada zajęcie całego obwodu ługańskiego w ciągu najbliższych trzech tygodni. Tak wynika z raportu przedstawiciela wywiadu wojskowego Ukrainy gen. Wadyma Skibickiego. Wskazany termin nie jest przypadkowy, bo wówczas odbędą się wybory prezydenckie w Rosji. Putin może chcieć osiągnąć propagandowy sukces.

Brak sukcesów na polu walki nie przeszkadza Rosji ogłaszać „sukcesów”. Oni nawet, gdy wycofywali się spod Kijowa, ogłaszali sukces. To jest smutne, ale Rosja wygrywa wojnę o umysły tych, którzy śledzą np. media społecznościowe i trafiają na preparowane fake newsy. Rosyjska propaganda produkuje ich mnóstwo, chociażby wykorzystując bieżące wydarzenia, np. incydenty na granicy polsko-ukraińskiej, protesty rolników.

Z pewnością Putin przed wyborami rzuci wszystko co ma. Chce zbudować sobie jak najsilniejsze poparcie, aby po wyborach, które i tak wygra, móc mieć jeszcze większą siłę oddziaływania na społeczeństwo i różnego rodzaju obserwatorów. Chce pokazać, że to on jest tym jednowładcą w Rosji i bez niego ani rusz. W Rosji do głosu dochodzi też element zastraszania i mordowania wszystkich tych, którzy myślą inaczej. Sądzę, że morderstwo Aleksieja Nawalnego, bo nie była to zwykła śmierć, wpisuje się w tę strategię.

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow zapowiedział, że Ukraina może przystąpić do kontrofensywy w 2025 roku. Co można wyczytać między wierszami tej informacji?

To wcale nie jest długa perspektywa. Był taki okres, kiedy HIMARS-y zmieniały sytuację na polu walki, kiedy Ukraina realnie przejęła inicjatywę i była w stanie iść za ciosem, tylko nie miała wystarczających zasobów, żeby inicjatywę utrzymać i ostatecznie ją straciła, bo pomoc Zachodu nie była wystarczająca. To zresztą była doskonała lekcja dla Rosjan, którzy wykorzystali pewnego rodzaju przestój, umocnili się, zgromadzili dodatkowe siły, czekając na zapowiadaną, wielką ofensywę Ukrainy, która tak naprawdę nie nastąpiła, bo w dalszym ciągu nie było czym uderzyć.

Potrzeba roku, żeby zgromadzić sprzęt i ludzi, przeszkolić ich, zgrać, skoordynować. Ja, jako dowódca GROM-u, a teraz technologia jest przecież dużo bardziej zaawansowana, potrzebowałem roku, żeby uznać, że nowi ludzie są zdolni do prowadzenia działań specjalnych na podstawowym poziomie. Rok jest takim realnym, a nawet krótkim okresem, żeby rzeczywiście zgromadzić wystarczające zasoby, aby ofensywa nie była tylko myśleniem życzeniowym, a czymś, co ma szansę na powodzenie w praktyce. 365 dni to naprawdę mało na tego typu działania.

Konflikt w Ukrainie może rozlać się na inne państwa?

Warto uświadomić ludziom, choć nie chcę straszyć, że jeżeli Ukraina nie otrzyma teraz wystarczającego wsparcia od Zachodu, to może paść. Jeżeli zostanie pozostawiona sama sobie, Rosjanie naprawdę mogą ją przejąć. To byłby największy grzech zaniechania, jaki można sobie wyobrazić.

Władimir Putin w wywiadzie dla Tuckera Carlsona został zapytany, czy wyobraża sobie scenariusz, w którym wysłałby rosyjskie wojska do Polski, członka NATO. – Tylko w jednym przypadku, jeśli Polska zaatakuje Rosję – odpowiedział. Ale wiadomo też, jakie deklaracje Putin składał przed atakiem na Ukrainę. W jednym z ostatnich sondaży blisko 50 proc. Polaków wyraziło obawy, że Rosja może zaatakować Polskę.

Najważniejsze, żeby strach nie paraliżował. Dobrze mieć świadomość zagrożenia: przygotuj się na najgorsze, oczekuj najlepszego. Trzeba też zdawać sobie sprawę z potencjału NATO i Rosji. A gdy spojrzy się na liczby, przestaniemy mówić o tym, że boimy się Władimira Putina. Rosja ma 2 proc. światowego PKB, a NATO – 50 proc. A to w sposób oczywisty przekłada się na wiele elementów.

Na pewno jednym z sensowniejszych kroków z punktu widzenia Putina byłoby uderzenie na mniejsze państwa, gdzie znajduje się mniejszość rosyjska, gdzie byłoby łatwiej działać, można byłoby uruchomić tzw. piątą kolumnę. A to wszystko przy jednoczesnym uderzeniu na lotniska, szlaki komunikacyjne, linie zaopatrzenia. Tak, aby Litwa, Łotwa, Estonia, jeżeli zostałyby zaatakowane, były pozbawione pomocy. Putin nie kieruje się jednak logiką. I nawet gdyby chciał takie działania prowadzić, to nie ma do tego odpowiednich środków.

Strach Polaków nie jest uzasadniony?

Nie należy spodziewać się takiej wojny, którą wyobrażamy sobie na podstawie filmów. Trzeba być świadomym możliwości wystąpienia tzw. działań hybrydowych, działań o charakterze terrorystycznym, uderzeń w infrastrukturę krytyczną. Uwagę należy zwrócić także na działania o charakterze informacyjnym, które mają na celu skłócenie polskiego społeczeństwa. I one są prowadzone już dzisiaj.

Chciałbym uwrażliwić wszystkich, włącznie z uczestnikami sondażu. Należy zdawać sobie sprawę z zagrożenia, ale mamy też czas na odbudowę elementów składających się na nasze bezpieczeństwo. Mamy czas na odbudowę naszej armii, na skoordynowanie ze sobą nowoczesnego sprzętu, który pozyskujemy. Ale też na myślenie o naszym bezpieczeństwie przez cywili. Budujemy nową linię metra, ale czy ktoś pomyślał, żeby jej infrastruktura była przystosowana do tego, by mogła być zaadaptowana na schrony? Na pewnym etapie zabrakło wyobraźni.

Niektórzy chyba faktycznie za dużo naczytali się Francisa Fukuyamy i rzeczywiście uwierzyli, że mamy koniec historii. Mamy czas, który dała nam broniąca się Ukraina. Trzeba go właściwie wykorzystać.

Czytaj też:
Dwa lata wojny w Ukrainie. „Siano we łbie. Dają się wodzić za nos rosyjskiej agenturze”
Czytaj też:
Śmierć Nawalnego. Terlikowski dla „Wprost”: Odpowiedź Zachodu może być tylko jedna