Byliśmy ślepi. Moje dziecko popełniło samobójstwo

Byliśmy ślepi. Moje dziecko popełniło samobójstwo

Dodano:   /  Zmieniono: 224
Staś Fryczkowski popełnił samobójstwo. Powiesił się w swoim pokoju, wieczorem, tuż przed wigilią. Pod wpływem psychozy ponarkotykowej. Miał szesnaście lat. Komponował melancholijne utwory na saksofon, zaczął pisać powieść, właśnie się zakochał. Miał mnóstwo planów na przyszłość. Chciał zaraz po świętach wyruszyć z dziewczyną w podróż autostopem. Dokończyć czytanie Joyce’a. Dotarł już do połowy „Ulissesa”. Chciał skomponować coś takiego, że wszyscy będą płakać. Zaraz po kolacji wigilijnej miał słuchać z tatą płyt. Wybrali je wcześniej. Wciąż leżą obok odtwarzacza.
Staś zaczął systematycznie palić marihuanę jesienią zeszłego roku. Mniej więcej wtedy, kiedy zdał do warszawskiego liceum na Bednarskiej. Dla utalentowanego wrażliwca taka szkoła zdawała się miejscem idealnym – w którym młodego człowieka się słucha, szanuje, ufa mu się. Na początku sięgał po jointa tylko od czasu do czasu. Eksperymentował, sprawdzał, jak działa, jak można po trawie odjechać.

Palił ze szkolnymi kolegami na imprezach. To była zabawa. Palił podczas przerw w lekcjach, na wagarach i po szkole, na długich spacerach, które polubił. Teraz wiadomo dlaczego. W ostatnich tygodniach przed śmiercią palił już właściwie codziennie. To już nie były tylko dziecinne eksperymenty z używkami. Kupował marihuanę pod warszawskim centrum handlowym Arkadia albo na „patelni” przy stacji metra Centrum. Wszystkie dzieciaki w Warszawie wiedzą, że tam towar jest zawsze. Ze zdobyciem trawy nie miał problemów. Żaden nastolatek ich nie ma, bo przecież gandzia jest łatwiej dostępna niż piwo. Nikt nie pyta dzieciaka płacącego dilerowi o dowód osobisty. Za 30-40 zł każdy może mieć blanta.

Po śmierci Stasia prokuratura wszczęła postępowanie. W ostatni piątek zostało umorzone. W przesłanym rodzicom zawiadomieniu jest mowa wyłącznie o tym, że nie stwierdzono udziału osób trzecich. Przyczyny samobójczej śmierci dziecka organów państwowych nie interesują. Nie ma słowa o przeprowadzeniu analizy toksykologicznej ani nawet o badaniu na obecność alkoholu w jego krwi. Dziecko odebrało sobie życie, bo tak chciało. Tyle. Powody? To nie jest sprawa dla prokuratora. Dla kogo więc?

Marta Bratkowska: Nic nie zauważyłaś?

Anna Fryczkowska: Nic. Ani ja, ani mój mąż, ani nikt z rodziny nie widział, co naprawdę dzieje się ze Stasiem. Nie zauważyli także lekarze, do których go prowadzałam. Nauczyciele. Wszyscy byliśmy ślepi. Wierzysz, że czegoś takiego można nie widzieć?

Wierzę…

Ja miesiąc temu bym nie uwierzyła. Twierdziłabym, że każdy, kto zna swoje dziecko, kocha je, przejmuje się nim, ma z nim dobry kontakt, nie może czegoś takiego nie dostrzec. Teraz wiem, że może. Można być blisko, można dużo rozmawiać i nie wiedzieć tego najważniejszego. Widzieć problemy, ale nie rozumieć ich przyczyny. Staś doskonale mnie znał, wiedział, co i w jaki sposób powiedzieć, by mnie uspokoić. Podczas którejś z naszych rozmów, tym razem o narkotykach, powiedział, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami: „Nie martw się, mamo. Nie biorę. Przecież nie jestem idiotą. Nie zmarnuję sobie życia. Przecież ja to wszystko wiem”. Wiedziałam, że jest rozsądny. W miarę dojrzały. Ufałam mu.

Gadaliście jednak o narkotykach, więc czułaś, że to może być problem?

Problem tak, społeczny, ale nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że również nasz. Rozmawialiśmy dużo. O używkach, o narkotykach, o marihuanie, o innych trudnych sprawach, ale ani mnie, ani mojemu mężowi nawet przez myśl nie przeszło, że to wszystko może tak bezpośrednio dotyczyć naszego syna. Bywało, że wyśmiewał moje lęki. Miał ironiczne, zjadliwe poczucie humoru. Denerwował mnie, gdy parodiował mój „matczyny” głos, ale potem zawsze zaczynałam się śmiać, bo mnie tym rozbrajał.

Kiedy po jego śmierci gorączkowo zaczęliśmy przeglądać jego rzeczy, komputer, telefon, żeby znaleźć odpowiedź na pytania„dlaczego?”, nagle odkryliśmy coś, w co trudno było uwierzyć. Coś, co było integralną częścią jego życia, a o której nie mieliśmy pojęcia. Okazało się, że Staś przynajmniej od kilku miesięcy palił trawę oraz trawę z domieszkami. Po szkole. Na imprezach. Na wyjazdach. Z kolegami na mieście. U kolegów. Na spacerach, często mówił, że idzie się przejść, żeby coś przemyśleć. Palił coraz więcej i coraz częściej, ostatnio praktycznie codziennie. A ja nigdy niczego nie wyczułam,nie zauważyłam. Nikt z nas nie zauważył. Tylko jego pies, Pulpet… Bo nagle zrozumieliśmy, dlaczego pies tak się ostatnio dziwnie zachowywał. Bo on warczał czasem na Stasia, jakby się go bał. Czasem, kiedy Stasiek wracał z miasta czy ze szkoły. Czasem w nocy, gdy wychodził ze swojego pokoju. Myślimy teraz, że to działo się pewnie wtedy, gdy Staś był pod wpływem.

Niemożliwe, Staś palił w domu?

Też.

Trawa ma charakterystyczny zapach…

Znam zapach marihuany. Nigdy nikt z nas nie wyczuł go w pokoju Stasia. A przecież z zapisków wiemy, że palił nocami, na balkonie przy swoim pokoju. Nasza sypialnia ma okna na drugą stronę budynku… Palił jednocześnie z kolegami, każdy u siebie, przed swoim komputerem lub telefonem, opisywali sobie doznania. Godziny trzecia, czwarta nad ranem. Ja wieczorem zaglądałam do Stasia, żegnałam się z nim, prosiłam, żeby nie czytał długo i zaraz gasił światło. Gasił. Kiedy zasypialiśmy, włączał komputer, skręcał jointa i się zaczynało…

Coś cię jednak niepokoiło. Na tyle, że szukałaś pomocy dla Stasia u specjalistów.

Stasiek od jakiegoś czasu miał kłopoty z sobą. Nie wierzył w siebie, każda zła ocena w szkole, był w I klasie liceum, załamywała go. Uciekał w to, w czym był dobry: w muzykę. Grał na saksofonie, na pianinie, chodził do ogniska muzycznego. Komponował. Pisał opowiadania i wiersze, był w tym świetny. Ale też ciągle narzekał, że nie widzi sensu w życiu. Myślałam, że jest po prostu przeciążony, że ma trudności adaptacyjne. Dużo spał, rano nie można go było dobudzić, wiecznie zmęczony, lubił zamykać się w swoim pokoju i słuchać muzyki, dużo czasu spędzał przed komputerem. Ale dużo też wychodził do ludzi, spotykał się z kolegami, z koleżankami, czasem przychodzili do niego, czasem on szedł do kogoś, kiedy indziej znowu widywali się na mieście. Całkiem dużo czasu spędzał też z nami. Czasem zachowywał się jak zwykły, dowcipny, wesoły nastolatek, często jednak miewał spadki nastroju. Kiedy pojawiły się stany lękowe, bardzo się przestraszyliśmy, więc zaprowadziłam go do specjalistów. Do przychodni psychiatryczno- psychologicznej specjalizującej się w leczeniu dzieci i nastolatków. Pani doktor powiedziała, że to prawdopodobnie depresja ze stanami lękowymi.

Psychiatra nie pytała was o narkotyki? Nie kazała zrobić testów?

Nie. Nie pojawiło się w ogóle takie podejrzenie. Zapisała antydepresanty, które miały również działanie przeciwlękowe. Skierowała go też na psychoterapię, ale Staś poszedł tam tylko kilka razy. Twierdził, że to bez sensu, bo nie będzie rozmawiał z obcym facetem o sobie. Za to z nami rozmawiał codziennie. O wszystkim. O tym, że się zakochał. O muzyce, której słucha. O pisarzach, których właśnie odkrył. O sensie życia i o tym, że chce być filozofem. Albo pisarzem. Albo mnichem.

Widziałam nastolatków na pogrzebie Stasia. Byli wstrząśnięci. Płakali.

Mam nadzieję, że przynajmniej część z nich zastanowi się przed sięgnięciem po pierwszego czy kolejnego skręta. Ale chwilami też tracę tę wiarę i boję się, że po pogrzebie poszli do kogoś, żeby sobie z tego smutku zajarać.

Więcej na ten temat będzie można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który  już od niedzielnego wieczora będzie  dostępny w formie e-wydania.

Najnowszy numer "Wprost" jest też dostępny na Facebooku.

+
 224

Czytaj także