Zakończenie wojny nie musi wcale oznaczać, że politycy, którzy dotychczas wieszali na sobie psy zakrzykną „kochajmy się" i padną sobie w ramiona. To byłoby wręcz niewskazane – bo demokracja, w której wszyscy zgadzają się za wszystkimi jest dyktaturą a w najlepszym wypadku oligarchią. Bez prawdziwej opozycji, która kontestuje działania rządzących system pozbawiony jest wewnętrznej kontroli co oznacza, że z uśmiechem na ustach politycy mogą nas np. okradać dzieląc się zyskami po równo. Dlatego konflikt między PO i PiS, czy pomniejsze konflikty na linii PO-PSL, czy PiS-SLD są potrzebne, bo jeśli partie są skonfliktowane ich przedstawiciele będą nieufnie patrzeć sobie na ręce czekając na potknięcie rywali zaprzyjaźnionym dziennikarzom. Z tego punktu widzenia nawet zaprzyjaźnieni dziennikarze są potrzebni – bo w ramach pluralizmu jedni przyjaźnią się z jednymi, drudzy z drugimi – ergo ostatecznie opinia publiczna wie o grzechach i grzeszkach wszystkich stron konfliktu.
REKLAMA
Dlatego apele o polityczną zgodę są z jednej strony naiwne, a z drugiej niebezpieczne dla demokracji. Konflikt między partiami jest w demokracji wysoce pożądany. Pod warunkiem jednak, że jest konfliktem, a nie wojną w której chodzi o niemal fizyczną likwidację przeciwnika. Bo wojna między partiami jest drugą stroną tego samego medalu co sztuczny pokój. Skoro przeciwnik ma zostać starty z powierzchni ziemi – to znaczy, że strony konfliktu dążą do sytuacji, w której nikt ich nie będzie kontrolował.
Oczywiście w wojnie polsko-polskiej nikt nie traci życia, ale retoryka stosowana przez PO i PiS jest retoryką wykluczenia antagonizującą Polaków w sposób niespotykany od czasów gdy Polska dzieliła się na komunistów oraz całą resztę. Republikanie i Demokraci mogą obrzucać się grudami błota, ale kiedy trzeba głosować nad jakąś ważną ustawą potrafią kierować się swoimi poglądami, a nie tym, że daną ustawę firmują akurat Republikanie albo Demokraci. W polskim Sejmie poseł PO, głosuje „za" pomysłem PiS tylko wtedy gdy pomyli mu się guzik. I vice versa. W związku z czym jeśli PiS jest w opozycji to można mieć pewność, że nawet gdyby Kaczyński wymyślił perpetuum mobile, to PO natychmiast przegłosowałoby zakazanie korzystania z tego wynalazku. I na odwrót – gdyby rządził PiS, a Tusk odnalazłby źródełko młodości, to Ziobro z Kurskim na pewno szybciutko by je zasypali.
Wojna polsko-polska sprawia, że merytoryczna dyskusja między przedstawicielami obu stron jest niemożliwa. Dotyczy to zarówno samych polityków, jak i sympatyków PO i PiS. Cóż bowiem są warte argumenty, nawet najrozsądniejsze, jeśli wypowiada je „sługus Brukseli i zdrajca sprawy polskiej" (tak mniej więcej wygląda sympatyk PO w oczach wyborcy PiS), albo „oszołom i ksenofob zasłuchany w słowa ojca Rydzyka” (tak z kolei widziany jest wyborca PiS oczyma sympatyka PO). W rezultacie zamiast dyskusji, która prowadziłaby do konstruktywnych wniosków, mamy festiwal obelg i inwektyw.
Dlatego przyszły prezydent, umocowany w konstytucji tak, aby znajdował się nieco ponad partyjną polityką powinien wkroczyć między hufce PO i PiS i rozdzielić walczące wojska. Powinien też przypomnieć Polakom, że niezależnie od tego, czy bliżej im do Brukseli, czy do Torunia – wszyscy jadą na jednym wózku. I zwrócić uwagę, że jeśli jedna partia odmawia drugiej prawa do istnienia – wyraża tym samym pogardę dla jej wyborców, których w przypadku PO i PiS liczy się w milionach. To najważniejsze zadanie dla przyszłego prezydenta.
Czy Bronisław Komorowski albo Jarosław Kaczyński są w stanie wcielić się w rolę emisariuszy pokoju. Chciałoby się wierzyć że tak, gdyby nie to, że każdy z nich nosi przy boku miecz mocno wyszczerbiony w wojnie polsko-polskiej. A ich hufce oczekują od nich raczej ostatecznej ofensywy niż zawieszenia broni.
Zadanie dla prezydenta
2010-06-09 14:46
Zakończenie wojny nie musi wcale oznaczać, że
politycy, którzy dotychczas wieszali na sobie psy zakrzykną „kochajmy
się" i padną sobie w ramiona. To byłoby wręcz niewskazane – bo
demokracja, w której wszyscy zgadzają się za wszystkimi jest dyktaturą a w
najlepszym wypadku oligarchią. Bez prawdziwej opozycji, która kontestuje
działania rządzących system pozbawiony jest wewnętrznej kontroli co oznacza, że
z uśmiechem na ustach politycy mogą nas np. okradać dzieląc się zyskami po
równo. Dlatego konflikt między PO i PiS, czy pomniejsze konflikty na linii
PO-PSL, czy PiS-SLD są potrzebne, bo jeśli partie są skonfliktowane ich
przedstawiciele będą nieufnie patrzeć sobie na ręce czekając na potknięcie
rywali zaprzyjaźnionym dziennikarzom. Z tego punktu widzenia nawet
zaprzyjaźnieni dziennikarze są potrzebni – bo w ramach pluralizmu jedni
przyjaźnią się z jednymi, drudzy z drugimi – ergo ostatecznie opinia
publiczna wie o grzechach i grzeszkach wszystkich stron konfliktu.
Dlatego apele o polityczną zgodę są z jednej strony naiwne, a z drugiej
niebezpieczne dla demokracji. Konflikt między partiami jest w demokracji wysoce
pożądany. Pod warunkiem jednak, że jest konfliktem, a nie wojną w której chodzi
o niemal fizyczną likwidację przeciwnika. Bo wojna między partiami jest drugą
stroną tego samego medalu co sztuczny pokój. Skoro przeciwnik ma zostać starty z
powierzchni ziemi – to znaczy, że strony konfliktu dążą do sytuacji, w
której nikt ich nie będzie kontrolował.
Oczywiście w wojnie
polsko-polskiej nikt nie traci życia, ale retoryka stosowana przez PO i PiS jest
retoryką wykluczenia antagonizującą Polaków w sposób niespotykany od czasów gdy
Polska dzieliła się na komunistów oraz całą resztę. Republikanie i Demokraci
mogą obrzucać się grudami błota, ale kiedy trzeba głosować nad jakąś ważną
ustawą potrafią kierować się swoimi poglądami, a nie tym, że daną ustawę firmują
akurat Republikanie albo Demokraci. W polskim Sejmie poseł PO, głosuje
„za" pomysłem PiS tylko wtedy gdy pomyli mu się guzik. I vice versa.
W związku z czym jeśli PiS jest w opozycji to można mieć pewność, że nawet gdyby
Kaczyński wymyślił perpetuum mobile, to PO natychmiast przegłosowałoby zakazanie
korzystania z tego wynalazku. I na odwrót – gdyby rządził PiS, a Tusk
odnalazłby źródełko młodości, to Ziobro z Kurskim na pewno szybciutko by je
zasypali.
Wojna polsko-polska sprawia, że merytoryczna dyskusja
między przedstawicielami obu stron jest niemożliwa. Dotyczy to zarówno samych
polityków, jak i sympatyków PO i PiS. Cóż bowiem są warte argumenty, nawet
najrozsądniejsze, jeśli wypowiada je „sługus Brukseli i zdrajca sprawy
polskiej" (tak mniej więcej wygląda sympatyk PO w oczach wyborcy PiS), albo
„oszołom i ksenofob zasłuchany w słowa ojca Rydzyka” (tak z kolei
widziany jest wyborca PiS oczyma sympatyka PO). W rezultacie zamiast dyskusji,
która prowadziłaby do konstruktywnych wniosków, mamy festiwal obelg i
inwektyw.
Dlatego przyszły prezydent, umocowany w konstytucji tak,
aby znajdował się nieco ponad partyjną polityką powinien wkroczyć między hufce
PO i PiS i rozdzielić walczące wojska. Powinien też przypomnieć Polakom, że
niezależnie od tego, czy bliżej im do Brukseli, czy do Torunia – wszyscy
jadą na jednym wózku. I zwrócić uwagę, że jeśli jedna partia odmawia drugiej
prawa do istnienia – wyraża tym samym pogardę dla jej wyborców, których w
przypadku PO i PiS liczy się w milionach. To najważniejsze zadanie dla
przyszłego prezydenta.
Czy Bronisław Komorowski albo Jarosław
Kaczyński są w stanie wcielić się w rolę emisariuszy pokoju. Chciałoby się
wierzyć że tak, gdyby nie to, że każdy z nich nosi przy boku miecz mocno
wyszczerbiony w wojnie polsko-polskiej. A ich hufce oczekują od nich raczej
ostatecznej ofensywy niż zawieszenia broni.