Migalski jest atakowany z różnych stron. Poseł Dera wypomina mu np. że… nie jest członkiem partii, co w jakiejś mierze tłumaczy alergiczne reakcje PiS na krytykę ze strony mediów. Wszak dziennikarze też nie są członkami PiS, ba – nie zasiadają z ramienia tej partii ani w parlamencie, ani w europarlamencie, ani nawet w żadnej radzie nadzorczej – więc tym bardziej krytykować nie powinni. Z kolei Ryszard Czarnecki wypomina Migalskiemu na swoim blogu, że kiedy PiS wystawiał go w wyborach do europarlamentu to wtedy partii nie krytykował. Ergo – jak raz się z nami związałeś, to siedź cicho i podążaj za liderem na krawędź przepaści, a nawet kilka kroków dalej.
REKLAMA
Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki postawę Migalskiego ocenia szef klubu parlamentarnego PiS Mariusz Błaszczak. Zauważa on z przekąsem, że Migalski się zapomniał i znów wciela się w rolę komentatora politycznego, a nie polityka. Cóż to w praktyce oznacza? Ano Błaszczak mówi, ni mniej ni więcej, że polityk w odróżnieniu od komentatora nie może recenzować własnej partii – może za wyjątkiem sytuacji gdyby był jednocześnie jej prezesem. Tym samym czołowy polityk PiS przyznaje, że partia nie jest miejscem na debatę, polemikę, czy jakieś tam nudne spory ideologiczne. Partia to wódz i kierunek marszu – a rolą posła jest maszerowanie urozmaicane co jakiś czas wojowniczymi okrzykami pod adresem przeciwników.
Casus Migalskiego wiele mówi o stanie polskiej demokracji. I wbrew pozorom nie jest to tylko problem PiS. Gdyby PO przegrała wybory prezydenckie – być może dziś dyskutowalibyśmy o casusie Palikota, który opublikowałby na swoim blogu jakiś list otwarty do Donalda Tuska, a politycy Platformy ustawiliby się w kolejce do potępienia tej inicjatywy. Problem polega bowiem na tym, że dyskusja w polskich partiach ogranicza się do bardziej i mniej entuzjastycznej afirmacji lidera. Krytykować wodza można tylko w kuluarach, po cichu i najlepiej pod zmienionym nazwiskiem. Jeśli ktoś chce wywołać poważną dyskusję na temat przyszłości swojej partii – to kończy jak Ludwik Dorn czy Jan Maria Rokita – na aucie.
Dopóki partia wygrywa strategia ta się sprawdza – politycy mogą wiwatować, że kapitan jest nieomylny w wyborze kursu. Sytuacja zmienia się jednak gdy nagle okazuje się – jak dziś w przypadku PiS – że kapitan kieruje swój statek wprost na górę lodową. A politycy zamiast wyrwać mu stery wypychają za burtę tego który pierwszy krzyknie „zginiemy".
A przecież jeśli król jest nagi – trzeba mu to wreszcie uświadomić. Choćby po to, żeby się nie przeziębił.
Zakazana debata o nagości króla
2010-08-24 21:50
Migalski jest atakowany z różnych stron. Poseł Dera
wypomina mu np. że… nie jest członkiem partii, co w jakiejś mierze
tłumaczy alergiczne reakcje PiS na krytykę ze strony mediów. Wszak dziennikarze
też nie są członkami PiS, ba – nie zasiadają z ramienia tej partii ani w
parlamencie, ani w europarlamencie, ani nawet w żadnej radzie nadzorczej –
więc tym bardziej krytykować nie powinni. Z kolei Ryszard Czarnecki wypomina
Migalskiemu na swoim blogu, że kiedy PiS wystawiał go w wyborach do
europarlamentu to wtedy partii nie krytykował. Ergo – jak raz się z nami
związałeś, to siedź cicho i podążaj za liderem na krawędź przepaści, a nawet
kilka kroków dalej.
Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki postawę
Migalskiego ocenia szef klubu parlamentarnego PiS Mariusz Błaszczak. Zauważa on
z przekąsem, że Migalski się zapomniał i znów wciela się w rolę komentatora
politycznego, a nie polityka. Cóż to w praktyce oznacza? Ano Błaszczak mówi, ni
mniej ni więcej, że polityk w odróżnieniu od komentatora nie może recenzować
własnej partii – może za wyjątkiem sytuacji gdyby był jednocześnie jej
prezesem. Tym samym czołowy polityk PiS przyznaje, że partia nie jest miejscem
na debatę, polemikę, czy jakieś tam nudne spory ideologiczne. Partia to wódz i
kierunek marszu – a rolą posła jest maszerowanie urozmaicane co jakiś czas
wojowniczymi okrzykami pod adresem przeciwników.
Casus Migalskiego
wiele mówi o stanie polskiej demokracji. I wbrew pozorom nie jest to tylko
problem PiS. Gdyby PO przegrała wybory prezydenckie – być może dziś
dyskutowalibyśmy o casusie Palikota, który opublikowałby na swoim blogu jakiś
list otwarty do Donalda Tuska, a politycy Platformy ustawiliby się w kolejce do
potępienia tej inicjatywy. Problem polega bowiem na tym, że dyskusja w polskich
partiach ogranicza się do bardziej i mniej entuzjastycznej afirmacji lidera.
Krytykować wodza można tylko w kuluarach, po cichu i najlepiej pod zmienionym
nazwiskiem. Jeśli ktoś chce wywołać poważną dyskusję na temat przyszłości swojej
partii – to kończy jak Ludwik Dorn czy Jan Maria Rokita – na aucie.
Dopóki partia wygrywa strategia ta się sprawdza – politycy
mogą wiwatować, że kapitan jest nieomylny w wyborze kursu. Sytuacja zmienia się
jednak gdy nagle okazuje się – jak dziś w przypadku PiS – że kapitan
kieruje swój statek wprost na górę lodową. A politycy zamiast wyrwać mu stery
wypychają za burtę tego który pierwszy krzyknie „zginiemy".
A przecież jeśli król jest nagi – trzeba mu to wreszcie uświadomić.
Choćby po to, żeby się nie przeziębił.