Sprawy ponad 40 pracowników działających w Egipcie
organizacji pozarządowych (NGO), w większości finansowanych przez USA,
trafiły 5 lutego do sądu w Kairze. Rząd egipski oskarża te organizacje o
otrzymywanie nielegalnego finansowanie z
zagranicy. 6 lutego Biały Dom zareagował informując, że naciski Kairu
na grupy prodemokratyczne i organizacje pozarządowe mogą zagrozić relacjom
amerykański-egipskim. Stany Zjednoczone
mogą również ograniczyć pomoc dla Egiptu. - Te kroki mogą mieć poważne konsekwencje dla naszych stosunków oraz naszych programów pomocowych" przeznaczanych dla Egiptu - ostrzegł rzecznik Białego Domu Jay Carney.
REKLAMA
Wśród podejrzanych Amerykanów jest Sam LaHood, szef egipskiego
biura Międzynarodowego Instytutu Republikańskiego z siedzibą w
Waszyngtonie, syn amerykańskiego sekretarza
ds. transportu Raya LaHooda. Poza 19 Amerykanami proces czeka pięciu Serbów, dwóch Niemców i trzech nieegipskich Arabów. Daty procesu jeszcze nie wyznaczono.
Pod koniec
grudnia egipscy prokuratorzy i policjanci przeszukali biura 17
organizacji pozarządowych, szukając dokumentów, które potwierdzałyby, że
są one finansowane z zagranicy. Spośród
tych organizacji trzy mają siedziby w USA: Narodowy Instytut
Demokratyczny (NDI), Międzynarodowy Instytut Republikański i Freedom
House. Zaniepokojenie rewizjami wyraziły
wówczas UE i Stany Zjednoczone. Między Waszyngtonem a Kairem od dawna
trwa spór co do prześladowania przez egipskie władze finansowanych przez
USA ugrupowań prodemokratycznych i
obrony praw człowieka. Wojskowi, którzy objęli tymczasowo władzę po obaleniu Mubaraka,
oskarżają, że protestami przeciwko nim kierują "obce ręce". Często
twierdzą, że
protestujących finansuje zagranica, aby zdestabilizować Egipt.
PAP, arb