Hipokryci z Brukseli

Hipokryci z Brukseli

Zasada podwójnych standardów szkodzi unii bardziej niż wszyscy eurosceptycy
Unijni politycy udowadniają, że są zdolni do elastyczności głównie wtedy, gdy nie mają innego wyjścia. Przekonuje się o tym polska firma Fakro. Ten istniejący od 1991 r., wyrosły z rodzinnej fabryczki, a dziś znany na całym świecie producent okien wypowiedział wojnę wielkiemu konkurentowi, duńskiej Grupie Velux. Wypowiedział też wojnę całej machinie urzędniczej UE. Szefostwo Veluksa ma powody do obaw: w ciągu kilkunastu lat polskie przedsiębiorstwo zdobyło 17 proc. globalnego rynku i zdążyło zdobyć najbardziej wymagających odbiorców w Europie Zachodniej, Rosji, Chinach czy USA. Przypadek Fakro trafił niedawno na łamy „Financial Timesa", bo firma interweniowała w Komisji Europejskiej o ukrócenie antykonkurencyjnych działań Veluksa. Nowosądecki producent udowodnił, że duński potentat stosuje niedopuszczalny system rabatów i inne zabronione we wspólnocie praktyki monopolistyczne. Komisja Europejska dotychczas jednak nie zajęła stanowiska. W jej oczach problemu jakby nie było. Przypadek to czy reguła?Dwulicowcy europejscy
O opieszałości KE nie ma mowy w odniesieniu do polskich stoczni, którym grozi likwidacja. Choć to prawda, że kolejne polskie rządy niewiele zrobiły w tej sprawie, procedura wobec kolebki „Solidarności" stała się już nie tyle problemem gospodarczym, ile politycznym. Komisja Europejska, jeśli zechce, potrafi się wykazać dużą elastycznością. Trzy lata temu, w okresie poprzedzającym francuskie referendum w sprawie eurokonstytucji, Bruksela mamiła Francuzów na najróżniejsze sposoby, w tym dofinansowaniem importu francuskich bananów sumą 110 mln euro czy przyznaniem dotacji na bilety lotnicze dla studentów i ludzi uboższych, podróżujących z francuskich terytoriów zamorskich na kontynent. Odłożono także do szuflady propozycje dwóch dyrektyw niewygodnych dla Francji: zaostrzenia przepisów dotyczących państwowych subwencji dla przedsiębiorstw oraz uwalniających konkurencję w transporcie miejskim i regionalnym, co groziło strajkami i roznieceniem antyeuropejskich nastrojów nad Sekwaną.
– Jasno widać, że Komisja Europejska nie posługuje się wyłącznie logiką technokratyczną, nieobce jest jej także myślenie polityczne – mówi polski eurodeputowany Bogusław Sonik, który usiłował się wstawiać za stoczniami u przewodniczącego KE José Manuela Barroso i francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego. Równie dwulicowa wydaje się też postawa KE w kwestii ochrony środowiska. Rok temu odpowiedzialny za tę dziedzinę komisarz Stavros Dimas przypuścił (de facto na prośbę polskich aktywistów) frontalny atak na rząd RP za projekt budowy obwodnicy przez dolinę Rospudy chronioną w ramach programu „Natura 2000". Obecnie ten sam komisarz nie widzi żadnego zagrożenia w budowie Gazociągu Północnego. Przeciwnie, nazywa go „jednym z priorytetowych projektów, gwarantujących unii większe bezpieczeństwo energetyczne". Przestrogi renomowanych naukowców z kilku krajów, że niemiecko-rosyjska rura grozi wręcz katastrofą całego ekosystemu Morza Bałtyckiego nie mają w tym wypadku żadnego znaczenia.
Dziś szykuje się kolejne starcie między ekonomią a ekologią. Przygotowywany przez francuską prezydencję tzw. pakiet klimatyczny, w tym ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, może być mocnym uderzeniem dla gospodarek niektórych krajów unii. Przezorni Niemcy przystąpili do ofensywy przeciw niektórym pomysłom, zanim jeszcze zostały sformułowane. We wstępnej fazie projektu przewidywano ograniczenie emisji CO2 przez samochody do 120 g/km, co oznaczałoby, że auta musiałyby spalać najwyżej 5 l benzyny lub 4,5 l oleju napędowego na 100 km. Dla producentów mercedesów, BMW czy audi byłoby to równoznaczne z koniecznością unieruchomienia linii montażowych. Rząd RFN zaczął bombardować Brukselę protestami i gorączkowo szukał sprzymierzeńców dla utrącenia tej idei. W czerwcu kanclerz Merkel przeciągnęła na swoją stronę prezydenta Sarkozy’ego. Po ich spotkaniu w Bawarii ogłoszono, że francuscy przyjaciele „wykazali zrozumienie" dla niemieckich problemów i poparli projekt uzależnienia wydechowych limitów od wielkości aut. Ustalono też wydłużenie okresów przejściowych na dostosowanie się do nowych przepisów. Pod presją Francji i Niemiec unijni urzędnicy muszą zważyć swe dotychczasowe priorytety
i skorygować wcześniejsze plany.

Prawo i pięść
W walce Niemców z brukselskimi urzędnikami dochodzi niekiedy do kuriozalnych sytuacji. Kilka tygodni temu parlamentarzyści Bundestagu odłożyli ad acta bez czytania 47 dokumentów przysłanych z Brukseli. Powodem bojkotu było to, że napisane były w języku francuskim i angielskim. Formalnie niemiecki uznano za jeden z języków roboczych UE, ale urzędnicy wspólnoty niechętnie się nim posługują. Dla chadeckiego szefa Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu Ruprechta Polenza urosło to do rangi „poważnego problemu politycznego". Bruksela tłumaczy się, że „tak było od zawsze", że nie ma pieniędzy na tłumaczenia, a mnożenie wersji językowych stwarza dodatkowe kłopoty z interpretacją zapisów i spowalnia procesy decyzyjne w unii. Niemcy nie dają jednak za wygraną. – Trzeba raz wreszcie położyć kres tej dyskryminacji! – grzmiał z mównicy poseł Bundestagu Michael Link. Parlamentarzyści zgodnie przyjęli uchwałę potępiającą unijną praktykę oraz zobowiązującą kanclerz Merkel do stanowczej interwencji w Brukseli.
Przed uderzaniem pięścią w stół nie wzbraniają się ani Francuzi, ani Anglicy. Ci ostatni wręcz sparaliżowali pracę unii w 2001 r., wetując po kolei wszystkie projekty ustaw. Powodem było nałożenie embarga na brytyjską wołowinę z powodu epidemii tzw. choroby szalonych krów. Za ten protest Londyn nie poniósł żadnych konsekwencji. Na tej samej zasadzie Wielkiej Brytanii udało się do niedawna zachować specjalne ulgi w płatnościach na rzecz wspólnoty, wywalczone jeszcze przez premier Margaret Thatcher. Z kolei Francja, korzystająca z największych dopłat UE dla rolników, od lat blokuje wszelkie próby urynkowienia tego sektora. Choć rolnicze dopłaty pożerają prawie połowę całego budżetu UE, Paryż nie zgadza się dokonanie głębszych reform, co najwyżej zgadza się na małe kroczki, i to za cenę ustępstw Brukseli w innych kwestiach. Gdy na szczycie UE w Berlinie ustalano ramy finansowe Agendy 2000, doszło wręcz do awantur i inwektyw między prezydentem Jacques'em Chirakiem i kanclerzem Gerhardem Schröderem. Pierwszy nie godził się na żadne cięcia, drugi groził zamrożeniem wpłat RFN na konto UE. Ostatecznie pozostało po staremu, z drobnymi zmianami w polityce rolnej na propagandowy użytek. Podobnie rzecz ma się dzisiaj, gdy zbliża się czas rewizji wspólnej polityki rolnej. Paryż już ma pomysły takich zmian, które pozwoliłyby na zachowanie status quo.
Francuzi i Niemcy potrafią znaleźć wspólny język w obronie obustronnych interesów. Tak było na przykład, gdy oba kraje wielokrotnie łamały kryteria stabilności euro. Francusko-niemiecki monolit zmuszał Brukselę do przymykania oka na brak dyscypliny finansowej rządów w Berlinie i Paryżu, choć ich polityka uderzała rykoszetem w państwa zachowujące budżetowe rygory.

Dwie miary
Gdy w 2000 r. do koalicji rządowej nad Dunajem weszła Austriacka Partia Wolnościowa (FPÖ) Jörga Haidera, przewodząca w UE Portugalia ogłosiła w imieniu wspólnoty polityczną izolację Wiednia. Sankcje polegające na zamrożeniu stosunków i niedopuszczaniu Wiednia do głosu w sprawach Europy trwały osiem miesięcy. Gdy we Francji w wyborach regionalnych zwyciężali pobratymcy Haidera, skupieni wokół prawicowego populisty Jeana-Marii Le Pena, Bruksela milczała. Sprawę zostawiono do rozwiązania samym Francuzom. Inaczej rzecz ma się w odniesieniu do słabszych Włoch. Ilekroć Silvio Berlusconi sięga po władzę, Rzym bywa głośno oskarżany o lekceważenie demokracji. Parlament Europejski zastanawiał się też poważnie nad zbojkotowaniem słowackiej koalicji lewicowców ze SMER i ksenofobów z SNS. Skończyło się jedynie na połajankach Brukseli, gdyż Bratysława obiecała, że nie zablokuje wymiany rodzimej waluty na euro. Żadnej reakcji nie było też wobec Węgier po ujawnieniu kontrowersyjnych wypowiedzi socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsánya i rozkołysanej na tym tle fali starć demonstrantów z policją. Zachowawcza postawa polityków UE wobec wydarzeń w Budapeszcie była nagrodą za to, że Węgry, uchodzące za bezproblemowego prymusa spośród nowych członków unii, nigdy nie podważają brukselskiej nieomylności.

Ujeżdżanie słabych
– Większych i silniejszych traktuje się z respektem, na mniejszych i słabeuszach można ujeżdżać do woli – mówi irlandzki polityk Anthony Coughlan. Jego kraj znalazł się pod pręgierzem unijnych polityków, którzy przy okazji problemów z przyjęciem eurotraktatu biją wszelkie rekordy hipokryzji. Kiedy trzy lata temu obywatele Francji i Holandii odrzucili pierwszą wersję eurokonstytucji, we wspólnocie zapanował okres refleksji. Uznano, że jej tekst trzeba zmienić, choćby pozornie, i sprawę zacząć od początku. Gdy „nie" eurokonstytucji po liftingu powiedzieli Irlandczycy, na Dublin posypały się gromy. Niemiecki eurodeputowany Martin Schulz, któremu swego czasu premier Berlusconi proponował zagranie w filmach roli kapo, domagał się zawieszenia wyspiarzy w prawach członkowskich, a nawet wykluczenia ze wspólnoty. Przewodząca w UE Francja, która wcześniej przyczyniła się do wyrzucenia eurokonstytucji do kosza, stawia Irlandię pod ścianą: do październikowego szczytu UE politycy w Dublinie muszą znaleźć sposób na przepchnięcie traktatu lizbońskiego.
W brukselskich kuluarach toczy się równolegle dyskusja, czym można by kupić Irlandczyków. Jeszcze wczoraj ograniczenie liczby komisarzy było traktatową zasadą nie do ruszenia, dziś przebąkuje się o możliwościach „okresowego odstępstwa" i zwiększenia tego gremium. Irlandia zyskałaby dzięki temu swego przedstawiciela na najwyższych piętrach Brukseli.
Unijna polityka podwójnych standardów to jednak kij, który ma dwa końce. W efekcie bardziej szkodzi samej unii niż wszyscy eurosceptycy. Utwierdza bowiem w przekonaniu, że wspólnota dzieli się na równych i równiejszych. Do Polski, która początkowo na fali radości z „powrotu do Europy" godziła się na wszystko, co wymyślali unijni politycy i wpływowe kraje wspólnoty, zaczęło docierać, że w relacjach wewnątrz UE trzeba umieć walczyć o swoje. Postawa prezydenta Kaczyńskiego w sprawie podpisania traktatu lizbońskiego wpisuje się w tę logikę. Choć nikt nie chce tego oficjalnie powiedzieć, właśnie dzięki takiemu stanowisku popartemu zakulisowymi działaniami dyplomatycznymi Polska może więcej ugrać, niż stracić.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2008
Więcej możesz przeczytać w 30/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • K Ujazdowska IP
    Wielka szkoda, ze Polska nie potrafi zaistniec w grupie wielu panstw ktorych interesy nie sa zbiezne. Reprezentowanie i negocjowanie w interesie swego kraju winien czynic kazdy polityk, szkoda ze prezydent Kaczynski nalezy do tak malego grona. I niewazne czy go lubimy czy nie. Typowo, czesc Polakow woli go atakowac zamiast dostrzec, ze np Niemcy tez nie podpisali traktatu.
    Oby trzezwy umysl wygral kiedys z zabobonem

    Czytaj także