Jak się komunikujemy?

Jak się komunikujemy?

Czy wysyłamy miliony SMS-ów i e-maili właśnie po to, by nie trzeba było się już spotykać? Technologie, które miały ułatwiać szybką komunikację między ludźmi, sprawiły, że ich użytkownicy nie widzą sensu w bezpośrednich kontaktach. A jeśli do nich dojdzie, to, jak przekonują badacze, wystarczą trzy sekundy, by wyrobili sobie opinię o bliźnim.
Telefony komórkowe, komunikatory internetowe, portale społecznościowe, takie jak Facebook czy podbijający właśnie serca młodych ludzi z całego świata Twitter, rozsmakowują nas w komunikacji typu fast food. Czyli w  rozmowach zwięzłych i dość płytkich. Choć ułatwiają kontakty z innymi ludźmi, bardziej alienują, niż łączą. –  Mieliśmy w czerwcu jubileusz naszego liceum. 90 lat szkoły i wielki zjazd absolwentów – opowiada Ania z Czarnkowa w Wielkopolsce. – Najpierw dzwoniliśmy do siebie, umawialiśmy się na spotkanie. Ale potem się okazało, że właściwie nie ma to sensu, bo jesteśmy na Naszej Klasie i  wszystko o sobie wiemy. No i w końcu nikt na ten zjazd nie pojechał. Portal Nasza Klasa stał się symbolem przemian w obyczajach komunikacyjnych Polaków początku XXI wieku. Ruszył 11 listopada 2006 r. i właściwie od razu przyciągnął miliony zainteresowanych. Idea odtworzenia w świecie wirtualnym rzeczywistości tysięcy klas i grup studenckich okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie dlatego że mogła stać się platformą wymiany myśli i wspomnień, ale obwieszczania sukcesów: auto, dom, małżonek, dzieci, egzotyczne wczasy. Narcystyczna osobowość naszych czasów, którą przed laty zdiagnozował badacz społeczny Christopher Lasch, na Naszej Klasie znalazła przyjazny matecznik. A  każdy przedstawiciel tej wirtualnie wykreowanej klasy średniej ma  oczywiście komputer i dostęp do Internetu.
Najnowsze dane CBOS („Portret internauty", marzec 2009) wskazują, że polskie społeczeństwo przekroczyło właśnie magiczną granicę – ponad połowa Polaków korzysta już z Internetu. Oznacza to, że sieć WWW przestała być medium niszowym i  nabiera charakteru najważniejszego instrumentu organizującego całą komunikację społeczną! W wypadku ludzi poniżej 34. roku życia stał się normą. „Dzieci Neostrady" traktują internetowe łącze w domu jak oczywistość, którą dla ich rodziców był prąd. Brak e-maila jest dziś tym, czym kiedyś był brak zameldowania.
Internauci na całym świecie codziennie wysyłają 210 bln e-maili, czyli 2,4 mld na sekundę
Internet to nie tylko całodobowy sklep, poradnia psychologiczna, salon gier, bank, biuro ogłoszeń i konfesjonał. To także alternatywna rzeczywistość społeczna. Funkcjonujemy w niej tak samo realnie jak w życiu offl ine. Aaron Ben-Ze’ev, szef Centrum Studiów nad Emocjami uniwersytetu w  Hajfi e, przekonuje, że w sieci realizujemy te pragnienia, których nie możemy zaspokoić w życiu analogowym. Internet gwarantuje też dostęp do  potencjalnych partnerów czy partnerek w ilości nieporównywalnej z tym, co może zaoferować jakakolwiek współczesna aglomeracja. Internetowe randkowanie wymaga zaś innych form komunikowania. Do normy należą na  przykład emotikony. Określenie powstałe jako połączenie angielskich słów – „emotional" i „icons" – odnosi się do tworzonych z symboli ASCII sekwencji znaków służących do wyrażania emocji.
Po raz pierwszy zastosował je w 1982 r. Scott E. Fahlman. Kolejni internauci wymyślili tysiące nowych „buziek". Zadowolenie to :–), smutek :–( , a znak zapisany jako (:–* oznacza pocałunek. Znaki te zresztą dalej są upraszczane i obecnie pocałunek to już tylko :*. Emotikon może występować samodzielnie, ale  często jest uzupełnieniem jakiegoś zdania. „Dostałam róże od Krzysia" to  pozbawiony emocji komunikat. „Dostałam róże od Krzysia :–)))" przekazuje treść pełną pozytywnych emocji. Aby odczytać „buźkę" należy przechylić głowę w lewo. Inna konwencja obowiązuje w emotikonach japońskich, które są odczytywane pionowo. Odpowiednikiem uśmieszku :–) w Japonii jest więc (ˆ–ˆ). Komunikacja elektroniczna – czat, IRC, e-mail – doprowadziła do  wytworzenia specyficznego stylu przekazywania informacji. Powstał nowy, globalny język. Język mający najwięcej użytkowników na świecie (szacuje się, że w 2008 r. istniało 1,4 mld kont pocztowych, które należały do 1,3 mld ludzi). Ten transgraniczny język nazywa się różnie: netspeak, netlish, netlingo (ten ma już opracowany osobny słownik), cyberspeak, wired style. Czasem mówi się także o tzw. weblish – hybrydzie, która zajęła miejsce angielskiego opartego na  normie słownika Webstera. Nie ma tu właściwie żadnej gramatyki, wszystko opiera się na skrótach i uproszczeniach wykorzystujących podstawowe anglojęzyczne słowa oraz zwroty. „4GV ME" znaczy „wybacz mi", „CU L8R" to formuła wyrażająca „do zobaczenia”. Cyberjęzyk pozwala na wymianę zdań między osobami z różnych kontynentów, formuła tego nośnika informacji jest wszak na tyle prosta, że można ją opanować niemal natychmiast. I o to chodzi.
Weblish znajdziemy także w polskim Internecie. Pewne jego elementy są uniwersalne, wiążą się bowiem z terminologią komputerową, która genetycznie jest anglojęzyczna. Mimo wielu prób spolszczenie większości tych terminów (Internet, blog, czat, e-mail, spam itd.) miało efekt komiczny, czego przykładem choćby „click" tłumaczony jako „ciapnięcie" bądź „mlaskanie", czy „interface" jako „międzymordzie". To rzecz w  rozwoju języka zwyczajna, że zapożyczanie terminów specjalistycznych ani go nie zubaża, ani nie osłabia. Tym bardziej że część specjalistycznej terminologii bardzo szybko się naturalizuje i traktowana jest jako „nasza" (np. wyraz komputer).
Znaczącą cechą rodzimego Internetu jest za  to daleko posunięta transformacja języka polskiego. Cechą nowej internetowej polszczyzny jest zanik znaków diakrytycznych, czyli popularnych „ogonków". Blogerzy i e-korespondenci zarzucili ich używanie nie tylko ze względu na wygodę. Widzieć trzeba w tym zjawisku nie  nonszalancję dla norm językowych, ale raczej nową stylistykę. Powstaje już nawet „bezogonkowa" poezja cybernetyczna. Jednym z jej propagatorów jest Roman Bromboszcz wykorzystujący w twórczości rozmaite możliwości tech- nologii digitalnych; jeden z jego utworów, zatytułowany „four.values" to zwykła, czarna plansza, którą ożywia dopiero czytelnik, posługujący się komputerową myszą.
Oprócz odrzucenia znaków diakrytycznych mamy w języku internetowym całą masę akronimów: polskich, jak ATSD – „a tak swoją drogą", oraz anglojęzycznych, np. WTF – „o co, do cholery, chodzi?". Chcąc powiedzieć „dziękuję", można użyć skrótu THX (od „thanks") albo napisać bardziej swojsko „dzięki", „dzięks" czy hybrydyczne „dzięk ju". Zamiast „ku” stosowane jest „q” (aqq, qjon), w  miejsce „ks” pojawia się „x” (xiądz, xiążka), „oo” zastępuje „ó” (spokooj, sposoop). Do tego dochodzą jeszcze określenia nawiązujące wprost do zasad działania komputera: „rozłącz się” można wyrazić skrótem „A+C+D”, odwołującym się do klawiszy Alt, Control i Delete, których równoczesne wciśnięcie zamyka aplikację bądź resetuje komputer.
Językoznawcy zwracają uwagę, że język Internetu to werbalizm zapisany, czyli szczególne połączenie potocznego języka mówionego z językiem pisanym. Język internetowy nie ma  brzmienia, najczęściej nie wypowiadamy tutaj słów na głos, zatem jest uboższy o komponent dźwiękowy, tak przecież istotny w rozmowach offline. Pojawiającą się potrzebę innej formy ekspresji w pewnym stopniu przejęły właśnie emotikony. Ale nieprzejednanym strażnikom poprawności językowej teraźniejszy język sieci jawi się jako barbarzyński, a  nierzadko prostacki. Nawet jeśli nowe komunikatory doprowadziły do  odrodzenia się sztuki komunikacji przez pismo, to tego typu epistolografia ma coraz mniej wspólnego z listami, które pisali nasi przodkowie. O ile dużą popularnością cieszą się antologie korespondencji – Sobieski i Marysieńka, Miłosz, Czapski, Iwaszkiewicz, Giedroyc – o  tyle trudno sobie wyobrazić publikację pełnych emotikonów króciutkich e-listów. Problemem byłaby nie tylko ich doraźna forma, ale i brak głębszych, bardziej uniwersalnych tematów.
Przywoływane wyżej przykłady mogą wywoływać wrażenie jednolitości i automatyzmu języka polskich internautów. Zasadnicze jego rysy – emotikony, akronimy, uproszczenia, brak przecinków i znaków diakrytycznych – rzeczywiście są podobne, nie  ma jednak mowy o jednym obowiązującym kodzie. Dla osoby niezaznajomionej z tym typem kodowania, większość wpisów na czatach byłaby zwyczajnie niezrozumiała. Co więcej, różne są także kody stosowane przez użytkowników i moderatorów konkretnego czatu – fanów RPG, rowerzystów ekstremalnych czy konsumentów pornografi i. Mamy tutaj do czynienia z językami środowiskowymi podobnymi w swej genezie do niegdysiejszych żargonów zawodowych (wydany w 1920 r. słownik włosko-niemiecki Rigutini – Bulle wyliczał aż 152 języki specjalistyczne, w tym związane z pracą rymarzy, woskarzy i kowali).
Tym, co różnicuje internetowe kody, jest ponadto rok urodzenia i stopień zaangażowania sieciowego ich użytkowników. Zapewne inaczej porozumiewają się z sobą uczniowie rozprawiający na Gadu-Gadu o serialu „Hannah Montana", a inaczej pracownicy korporacji komentujący w lokalnej sieci decyzje kierownictwa. W każdym z tych wypadków zachodzi obustronny wpływ: zarówno język internetowy modeluje język pozasieciowy, jak i  język offline wpływa na online. Im większy stopień udomowienia sieci, im więcej życiowych spraw rozgrywamy w rzeczywistości wirtualnej, tym bardziej język internetowy staje się językiem codziennym. I odwrotnie. Szacuje się, że internauci na całym świecie codziennie wysyłają 210 bln e-maili, co daje 2,4 mld wiadomości na sekundę! To prawdziwa bomba informacyjna, choć w postaci, jakiej nie wyobrażali sobie raczej futurolodzy.
Polski badacz kultury Roch Sulima przekonuje, że przesycony symbolami cyberjęzyk jest elementem „kultury klawiatur", na którą składają się także intuicyjne przyciski w windach czy sprzęcie RTV. Z  przeprowadzonych na zlecenie UNESCO badań sprawności językowej wynika, że co trzeci nastolatek w krajach najwyżej rozwiniętych sprawniej posługuje się klawiaturą niż staroświeckim długopisem. W sposób oczywisty narzędzie wpływa w tym wypadku na styl komunikacji. W pewnym sensie emotikony raczej ukrywają emocje, niż je  rzeczywiście przekazują, są przecież mniej zobowiązujące, traktowane często z przymrużeniem oka jako część internetowej (n)etykiety. Tym samym dotknęliśmy w istocie sedna komunikacyjnej rewolucji społeczeństwa sieci: ważniejsza od sensu i treści staje się szybkość przekazu, narzędzie komunikacji jest ważniejsze od komunikatu. Szczerość i  głębokość relacji zastąpiona zostaje przez natychmiastowość.
Doskonale widać to na przykładzie komunikacji opartej na telefonach komórkowych. Pierwsza fala masowej telefonizacji naszego kraju –  zapoczątkowana w 1996 r. przez przejście na telefonię elektroniczną i  pojawienie się małych aparatów – przeorała obyczaje i zbiorową mentalność. Nie ma już dzisiaj tematów „nie na telefon", nie ma miejsc i  pór, które wykluczałyby wysłanie SMS-a. Sfera prywatna stała się częścią sfery publicznej: ileż to razy zdarzało się nam słuchać intymnej rozmowy prowadzonej przez osobę idącą obok, jadącą tym samym wagonem czy stojącą za nami w kolejce?
Komórka zmieniła nasze czucie świata do tego stopnia, że niemal nikt nie  wyłącza swojego aparatu, by nie wzbudzić zaniepokojenia bliskich. To, że  ktoś jest poza siecią, może świadczyć, że przytrafiło się coś złego. Poza niezaprzeczalną wygodą komórka przyniosła także syndrom ciągłej dostępności. Odpowiedzią na impuls musi być kolejny impuls. Statystyki pokazują, że każdy SMS niemal natychmiast generuje ruch w sieci. 57 proc. zbadanych przez firmę Ericsson Polaków od razu odpowiada na  wiadomość, 17 proc. oddzwania, a 11 proc. odpowiada na oba sposoby. Podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia, między 23 a 26 grudnia, Polacy wysłali ponad miliard SMS-ów. Z punktu widzenia badacza kultury istotniejsze od liczb jest pytanie o  jakość takiej komunikacji. Skrótowy, ikoniczny styl komunikowania musi mieć ograniczenia. Jak oświadczyć się przy użyciu emotikonów? Czy możliwe jest zakomunikowanie SMS-em o śmierci bliskiej osoby? A jeśli tak, to co przekazujemy – emocje czy tylko ich graficzny emblemat? Może miliard świątecznych SMS-ów podtrzymuje jedynie iluzję tego, że myślimy o innych i że świętujemy wspólnie? Większość z nich to przecież już gotowe rymowane formułki, bez pytań o prawdziwe życie i uczucia. Czy płonące znicze i czarne wstęgi rozsyłane masowo po śmierci Jana Pawła II komunikowały autentyczne emocje, czy klonowały zbiorowy odruch? A może stał za tym wszystkim cyniczny operator sieci?
Nastawienie na szybkość i skrótowość komunikacji komórkowej oddziałuje także na rozmowy prowadzone bez telefonu. Wymagamy zwięzłości: od  pedagogów, polityków, dziennikarzy, członków rodziny. Najlepiej by było, gdyby przekazywane komunikaty przypominały slogany reklamowe –  były krótkie, atrakcyjne, a także, nie zapominajmy, odwoływały się do  emocjonalności, nie do rozumu. Warto zauważyć, że taką formę przyjmują różnego typu informacje wyświetlane w większości kanałów telewizyjnych na pasku u dołu ekranu. Z formalnego punktu widzenia jednozdaniowy news jest właśnie SMS-em, często zresztą z literówkami. Gdy telewizja decyduje się na pokazywanie SMS-ów przekazywanych przez widzów – jak ostatnio podczas ceremonii żałobnej po śmierci Jacksona – na ekranie mamy festiwal naruszeń oficjalnej normy językowej. W tym kontekście zrozumiałe są narzekania nauczycieli, którzy załamują ręce nad językowymi umiejętnościami swoich uczniów. Napisanie wypracowania, które jest znacznie obszerniejsze niż SMS-owe 1000 znaków i winno zawierać zdania wielokrotnie złożone, a nie tylko równoważniki, dla wielu młodych osób staje się zadaniem niewykonalnym.
Ale w ogóle dłuższe wypowiedzi i  rozmowy zdają się tracić rację bytu. Przeciętny amerykański nastolatek rozmawia ze swoimi rodzicami tylko przez 15 minut dziennie, przez 4  godziny wpatrując się w ekran telewizora lub komputera. W Polsce jest podobnie. Pytanie o najważniejszego wychowawcę młodych ludzi jest w  świetle tych danych jedynie retoryczne. Badacze dodają, że te kwadransowe rozmowy dotyczą codziennych błahostek: wyrzucenia śmieci, spaceru z psem, spraw szkolnych. Tendencja do ograniczania i skracania czasu bezpośrednich kontaktów będzie się w przyszłości pogłębiać.
Dzieci wychowywane dzisiaj na jednominutowych bajkach do czytania przed snem uznają komunikację typu fast food za coś normalnego. Dla wielu osób jest to jednak tendencja co najmniej niepokojąca. Stąd taka popularność komunikacji społecznej jako kierunku studiów czy tematu warsztatów. Jest się o co martwić, gdyż dzisiejsze rozważania o komunikacji sprowadzają się często do strategii manipulacji, technik wywierania wpływu na innych i tworzenia własnego wizerunku. Jeśli ajatollahowie public relations głoszą, że wrażenie, jakie wywieramy na innej osobie, powstaje w  pierwszych trzech sekundach kontaktu, to unieważniają tym samym sens jakiegokolwiek dalszego komunikowania się. Skoro trzy sekundy decydują o  wszystkim, to po co się silić na więcej?




Okładka tygodnika WPROST: 30/2009
Więcej możesz przeczytać w 30/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Feyd IP
    210 biliony? to daje kilkadziesiąt milionów otrzymanych emaili rocznie na osobę

    Czytaj także