Walka na unie

Walka na unie

Ma być największa, najbogatsza, najlepiej rozwinięta i najpotężniejsza. Tak twierdzą niektórzy specjaliści od geopolityki. Ale Unia Europejska jest coraz wyraźniej spychana na boczny tor przez inne międzynarodowe sojusze. Jest ich ponad 20. Choćby Chiny, które wraz z sąsiadami stworzyły monstrualną strefę wolnego handlu. Nawet Rosja formuje wraz z Białorusią i Kazachstanem własny odpowiednik UE.
Prawie czterokrotnie więcej mieszkańców niż wszystkie 27 państw UE, 14 mln km2 powierzchni i produkt krajowy brutto przekraczający 6 bln USD. Tak prezentuje się nowa strefa wolnego handlu utworzona 1 stycznia przez Chiny i 10 państw ze Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej ASEAN (m.in. Indonezję, Singapur i Tajlandię). Większość towarów w handlu wewnątrz strefy zwolniono z opłat celnych, a stawka za import z państw ASEAN do Chin spadła z 9,8 proc. do 0,1 proc. Chiny zasygnalizowały tym samym, że na jednoczeniu wokół siebie sąsiadów zależy im bardziej niż na kontynuowaniu wzajemnych niesnasek.– W ciągu 20-30 lat powstanie w Azji najpotężniejsza unia w dziejach. Strefa wolnego handlu to tylko preludium do unii celnej i walutowej. To, że w przyszłości rozwój gospodarczy będzie zdeterminowany przez kwestie demograficzne, daje Azjatom niezwykłą przewagę, a Zachód stawia na straconej pozycji – przekonuje prof. Krzysztof Rybiński, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej. Dążenie do wspólnego pieniądza stało się jeszcze silniejsze, bo ostatni kryzys ujawnił niestabilność lokalnych walut. Niektóre, jak indyjska rupia, straciły w ciągu pierwszych miesięcy 2008 r. nawet 25 proc. wartości. Do 2013 r. grupa Chiny-ASEAN może powiększyć się m.in. o Japonię, Koreę Południową, Indie i Australię. Japonia i Korea współpracują z ASEAN już od dłuższego czasu, czego przykładem jest utworzenie w maju 2009 r. wspólnego funduszu o wartości 120 mld USD. To lokalna alternatywa dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Do sojuszu może się przyłączyć nawet odwiecznie skonfliktowany z Chinami Tajwan. Prof. Kuo-chun Yeh z tajwańskiego National Chung Cheng University dowodzi, że możliwa jest nawet unia walutowa. Dopiero takie kompleksowe zjednoczenie pomoże załagodzić spory, bo – jak powiedział wybitny XIX-wieczny ekonomista Fryderyk Bastiat – „jeśli towary nie przekroczą granic, zrobią to armie". Na razie zgodnie z zeszłorocznymi umowami tajwańskie granice przekroczą chińskie inwestycje warte 30 mld USD. Na zachętę.

Jaką zachętę da innym krajom powstała 1 stycznia unia między Białorusią, Rosją a Kazachstanem? Te kraje, stanowiące kręgosłup Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej (EwrAzES), zunifikowały na razie jedynie politykę celną. Zapowiadana „przeciwwaga" dla UE ma przyciągnąć kraje byłego Związku Radzieckiego. Na razie jednak chętnych do udziału w projekcie brakuje, pewnie dlatego że sprowadza się on do „antyeuropejskiej" manifestacji politycznej. I tak, mimo podpisania umów celnych z Białorusią, Moskwa wciąż nie umie się z nią porozumieć w sprawie dostaw ropy naftowej. Pomysły Kremla, w stylu obłożenia ropy 100-procentowym cłem albo zawieszenia wcześniej przyznanego Białorusi kredytu w październiku 2009 r., nie stanowią zachęty dla innych. Brak logiki działania, nieprzyjazne systemy podatkowe i masa regulacji sprawiają, że próby ożywienia wzajemnej wymiany handlowej są nieudane. – Wymiana handlowa między krajami EwrAzES jest niewielka, a ponad połowa rosyjskiego handlu wiąże się z Unią Europejską. Te kraje nie są konkurencyjne i obce im jest pojęcie innowacyjności. Także ewentualna unia monetarna między nimi nie będzie korzystna dla żadnej ze stron – uważa prof. Dariusz Rosati, były minister spraw zagranicznych RP.

 Brak realnej konkurencji ze strony EwrAzES jest jedną z niewielu dobrych wiadomości dla Unii Europejskiej. Gospodarka wspólnoty to atleta, który siłownię zamienił na restaurację McDonald’s. Bilans handlowy UE już od kilku lat jest ujemny – Unia więcej kupuje, niż sprzedaje. Olbrzymi PKB (19 bln USD) kontrastuje ze spadkiem dynamiki jego wzrostu (ok. 0,5 proc. w 2009 r. wobec 3,3 proc. w roku 2006). To efekt złego rozłożenia akcentów – nie doprowadzono do końca integracji ekonomicznej, a już rozpoczęto integrację polityczną.

Kiedy inne wspólnoty za cel stawiają sobie cztery wolności: przepływu dóbr, usług, kapitału i pracy, Unia Europejska robi wszystko, by wyeliminować konkurencję podatkową, stworzyć centralny budżet i poszerzać zakres sprawiedliwej społecznie redystrybucji. – W UE prawdziwie wolny jest jedynie przepływ dóbr, co nie wróży dobrze. Warto się też zastanowić nad tym, w którym kierunku podążać, gdy już wiadomo, że sprawna unia fiskalna raczej nie jest możliwa. Kowalski z Warszawy nie zechce się składać na Jonesa z Londynu i odwrotnie – mówi tygodnikowi „Wprost" Indermit Gill, główny ekonomista Banku Światowego ds. Europy i Azji Środkowej.

Słowo „sprawna" do Unii w obecnym kształcie nie pasuje w ogóle. Sławna strategia lizbońska, która przez ostatnie 10 lat miała przekształcić UE w najsilniejszy region gospodarczy świata, zawiodła. Nie udało się osiągnąć 70-procentowego zatrudnienia w Unii ani wywindować wydatków na naukę i rozwój do poziomu 3 proc. PKB rocznie. Naczelny cel, by rozwijać się dynamiczniej niż USA, nie został osiągnięty. Nie wzięto pod uwagę tego, że w ciągu dekady USA podzieli się gospodarczą siłą z Państwem Środka, co zestawianie UE z samą Ameryką czyni bezużytecznym. Teraz Unia tworzy nową dziesięciolatkę. Premier Hiszpanii José Luis Zapatero wysunął propozycję, by zamienić dobrowolną współpracę gospodarczą na przymusową. Kraje niewykonujące normy byłyby przez Brukselę karane. Gdyby przyjęto tę zasadę, UE stałaby się niewielką i mało istotną gospodarką w porównaniu z unią państw Azji szybciej niż – jak prognozuje Krzysztof Rybiński – za 40 lat.

Konkurentów będziemy mieć znacznie więcej. Początkowy sukces UE dał innym regionom świata motywację do tworzenia unii. Najważniejsze z nich to m.in. Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu (NAFTA), Unia Narodów Południowoamerykańskich (UNASUR) i Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Większość wspólnot prawdziwą siłę zyska dopiero za kilkadziesiąt lat, jednak już teraz wdzierają się na rynki, które należały dotychczas do Europy. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego udział UE w globalnym PKB w 2014 r. spadnie z 30 proc. do 25 proc. Oznacza to, że inne kraje będą miały do zagospodarowania co najmniej dodatkowe 3,6 bln USD rocznie. NAFTA – unia celna USA, Meksyku i Kanady – ma PKB podobne do PKB UE, który jednak nawet podczas kryzysu rośnie szybciej. Siła NAFTA tkwi nie tylko w tym, że ma zharmonizowaną politykę celną, ale i w tym, że skutecznie stymuluje wzajemne inwestycje w krajach członkowskich. Inwestycje Meksyku w USA od 1993 r. do 2005 r. wzrosły aż o 280 proc., a USA w Meksyku o 242 proc. To dwukrotnie więcej niż w krajach nienależących do NAFTA.

Choć NAFTA nie jest tworem idealnym (np. ze względu na politykę imigracyjną USA wykluczony jest swobodny przepływ osób), to towarzyszą jej ambicje stworzenia unii ekonomicznej obydwu Ameryk i odegrania kluczowej roli w integracji handlu na całym globie. Mówiło się nawet o wspólnej walucie – amero. Indermit Gill z Banku Światowego nie przypuszcza, żeby do tego doszło, ale uważa, że NAFTA może się ściślej zintegrować.

Na razie włączenie do NAFTA krajów Ameryki Południowej jest niemożliwe dlatego, że stworzyły one własną olbrzymią unię. Już w 1969 r. na kontynencie powstała Wspólnota Andyjska powołana przez Peru, Chile, Boliwię, Ekwador i Kolumbię. Przetrwała do dziś i wraz ze stworzonym wokół Argentyny i Brazylii Mercosurem stworzyła w 2008 r. UNASUR – organizację mającą połączyć całą Amerykę Łacińską w organizm taki jak Unia Europejska. – Jesteśmy po to, aby spełnić sen Simóna Bolivara. Będziemy mieć jedną walutę, jeden paszport i jeden parlament – mówił o projekcie były prezydent Peru Alejandro Toledo.

Do grona poważnych konkurentów unia UNASUR dołączy późno. – Ameryka Południowa co jakiś czas wstrząsana jest kryzysami gospodarczymi. W latach 90. zawaliła się gospodarka Argentyny, a teraz poważne problemy przeżywa Wenezuela. Potężnym i ważnym krajem pozostaje prowadząca wiarygodną politykę ekonomiczną Brazylia – mówi Krzysztof Rybiński. Gospodarka Brazylii wytwarza ponad połowę PKB UNASUR i rozwija się w tempie do 6 proc. rocznie. Problemem UNASUR jest także to, że narażony jest na wewnętrzne konflikty zbrojne, jak ten z 1995 r., gdy Ekwador napadł na Peru w celu odebrania sąsiadowi bogatych w złoża terytoriów. W regionie pojawiają się też nieprzewidywalni przywódcy, choćby tacy jak wenezuelski Hugo Chávez.

Podobne problemy dotyczą też Afryki. Szanse tamtejszych wspólnot są zależne od decyzji USA i Unii Europejskiej. Zdaniem dr. Tomasza Teluka, prezesa Instytutu Globalizacji, Zachód, bojąc się afrykańskiej konkurencji, umyślnie „robi z niej skansen". Bez dotacji dla rolnictwa UE i NAFTA nie wytrzymałyby konkurencji z tanią żywnością z Afryki. Tymczasem afrykański handel jest minimalny, a konflikty, brak technologii i olbrzymie zadłużenie cofają kontynent o kilkadziesiąt lat. Nadzieją dla Afryki są Indie i Chiny, które wysyłają przedsiębiorców zamiast konwojów humanitarnych i w ostatnich latach zainwestowały tu około 80 mld USD.

Trudno jednoznacznie wskazać „czarnego konia" ekonomicznych wyścigów. Według Krzysztofa Rybińskiego coraz silniejszym graczem jest Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Jeżeli jej członkowie zainwestują pieniądze pozyskiwane z ropy w technologie i instytucje finansowe, będą mogli w przyszłości uniezależnić się od wydobycia surowców i zdominować zewnętrzne gospodarki. Tajemnicą pozostają nadal skutki lansowanej przez GCC bankowości opartej na prawie koranicznym, która czyni system finansowy stabilniejszym, dzięki m.in. zakazowi lichwy. Możliwe, że będzie ona zupełnie nową jakością na skalę całego świata.


Okładka tygodnika WPROST: 5/2010
Więcej możesz przeczytać w 5/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • misza   IP
    a cóż to za magik usunął Alaskę z Unii Amerykańskiej? :)
    • slpl@wp.pl   IP
      Z tego Zapatero to rzeczywiście niezły magik, \"...zamienić dobrowolną współpracę gospodarczą na przymusową. Kraje nie wykonujące normy byłyby przez Brukselę karane.\"
      Potwierdza to koncepcję wyjścia z kryzysu przez państwo federalne, kurde tylko dlaczego znowu do kołchozu i znowu normy i pięciolatki. Mamo ja nie chcę...........
      • konsekwentny   IP
        oby walka na unie nie przerodzila sie w walke \"na piesci\"