Zima ludów

Zima ludów

Drżenie ziemi na Bliskim Wschodzie budzi wielki strach. I nie wiadomo tylko, czyj strach jest największy. Izraela? Ameryki? Bliskowschodnich satrapów? A może ich synów jeszcze chwilę temu przekonanych, że przejęcie władzy i stworzenie dynastii jest tylko kwestią czasu.
Samolot już na ciebie czeka" – wołali podczas krwawych zamieszek w  Kairze demonstranci domagający się natychmiastowego ustąpienia prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. Rządzący od 30 lat silną ręką władca odpowiada, że muszą jeszcze poczekać, bo jego natychmiastowe odejście pogrążyłoby ważny arabski kraj, gwarant regionalnej stabilności, w chaosie. Argument wyraźnie nie trafia do tłumu. Tłum domaga się chleba i wolności. Tłum ma dość arabskiego despoty.

W tym samym czasie na drugim brzegu Zatoki Perskiej panuje równie idealny, co  pozorny spokój. Władcy tamtejszych bajecznie bogatych emiratów dalej jakby nigdy nic wznoszą najwyższe budynki świata i rozdają ludności, bezpłatnie lub po subsydiowanych cenach, podstawowe dobra, od wody po  benzynę. Miarą autentyzmu owego spokoju może być szczodrość władców. Bo  skoro szczodrość jest coraz większa, to pewnie jest ona dzieckiem niepokoju, a nie dobroci. Emir Kuwejtu dorzucił w ostatnich dniach poddanym prezent: jednorazową zapomogę wartości 2,5 tysiąca euro dla  każdego z blisko 2,6 mln obywateli, dzieci nie wyłączając. Prezent dla  ludu? Może bardziej lek uspokajający, by lud nie zapatrzył się w  pobratymców z Tunezji i Egiptu. 

Egipt sprywatyzowany

82-letni Hosni Mubarak to jeden z najstarszych zabytków w polityce międzynarodowej. Władzę zdobywał w tej samej epoce co generał Jaruzelski i Ronald Reagan. Syn ubogiego rolnika, absolwent akademii wojskowej, były oficer ze stopniem generała przejął prezydenturę w 1981 r., gdy islamiści zastrzelili prezydenta Anwara Sadata w proteście przeciwko podpisaniu porozumień pokojowych z Izraelem. Mubarak gwarantował stabilność Egiptu, a to jest na Bliskim Wschodzie moneta najcenniejsza. Zachód ma na głowie dość problemów, więc ktoś, kto gwarantuje mu święty spokój w ważnym kawałku świata, jest automatycznie sojusznikiem. Zachód z Ameryką na czele popierał Mubaraka. I dawał wyraz poparciu. Rocznie nawet 1,3 mld dolarów pomocy wojskowej i 700 mln pomocy gospodarczej od  USA. A od Unii Europejskiej nawet więcej.

Transakcja była prosta. Zachód nie musi się zajmować Egiptem, a w zamian Mubarak może robić w Egipcie, co chce. I robił. W kraju, w którym dzienny dochód na mieszkańca nie  przekracza 2 dolarów, osobisty majątek prezydenta szacuje się na 10 mld dolarów. Daje mu to piąte miejsce na przygotowanej przez magazyn „Forbes" liście najbogatszych władców. Majątek całej rodziny oceniono na  40 mld. Młodszy syn prezydenta Gamal ulokował na kontach w szwajcarskich bankach UBS i ACM 17 mld. Starszy syn Alaa jest właścicielem nieruchomości w Los Angeles, Waszyngtonie i Nowym Jorku wartych 8 mld dolarów w Los Angeles. Ma też dwa jachty o wartości 60 mln dolarów. Żona Mubaraka Susan, z majątkiem ocenianym na 3-5 mld dolarów, ma kilka nieruchomości w centrum Londynu, we Frankfurcie, w Madrycie, Paryżu i  Dubaju.

Skąd Mubarakowie wzięli tak ogromne pieniądze? Skąd się dało. Z  nielegalnych kontraktów na broń, z podejrzanych transakcji na rynku nieruchomości w Kairze oraz z inwestycji w infrastrukturę turystyczną w  Hurghadzie i Szarm el-Szejk. Mubarak czerpał też wielomilionowe zyski z  krajowych spółek różnych koncernów zagranicznych, które oddawały mu nawet 50 proc. swoich dochodów. W zamian egipski prezydent pozwalał im wejść na rynki Afryki Północnej.

Bliskowschodnia norma

Szokujące? Wyłącznie dla kogoś, kto nie wie, że faraoński styl Mubaraka absolutnie nie odbiegał od normy panującej w regionie.

Majątek króla Arabii Saudyjskiej Abdullaha bin Abdulaziziego, siedzącego na  największych w świecie zasobach ropy naftowej, szacowany jest na 21 mld dolarów. Państwo, surowo rządzone od XVIII w. przez wahabicką dynastię Saudów, jest dziś jedną z nielicznych na świecie monarchii absolutnych. Konstytucja nie została tam uchwalona, lecz nadana w 1991 r. przez króla, któremu nikt nie ma prawa się sprzeciwić. Zgodnie z tamtejszymi surowymi obyczajami kobiety muszą nosić szaty okrywające ciało od szyi aż po kostki. O polityce decyduje imponująco liczna rodzina królewska, która obsiadła wszystkie najważniejsze urzędy na wszystkich szczeblach władzy. Grupa wpływowych członków rządzącego klanu to kilkanaście tysięcy osób. Pytany o wszechobecną w Arabii Saudyjskiej korupcję jeden ze znamienitych przedstawicieli panującego rodu książę Bandar bin Sultan odpowiedział z imponującą szczerością: „Jeśli zbudowanie tego kraju kosztowało 400 mld dolarów, z czego my sprzeniewierzyliśmy 50 mld, to co z tego?".

Saudowie nawołują do wstrzemięźliwości. Oczywiście poddanych, bo przecież nie siebie. W 2002 r. poprzednik obecnego monarchy król Abdul Aziz al-Saud zafundował całej rodzinie wakacje na hiszpańskiej Costa del Sol. Podróżowano kilkoma samolotami, wynajęto 300 luksusowych apartamentów oraz liczne wille. Sam król zamieszkał w pałacu będącym repliką Białego Domu. Koszty królewskiej wycieczki szacowano na 300 mln dolarów. Trzy lata wcześniej na wakacyjne zakupy u hiszpańskich jubilerów wydano 90 mln euro. Wydatki na jubilerów, hotele, restauracje, kwiaciarzy sięgały 6 mln euro dziennie. Świeże kwiaty do pałacu królewskiego kosztowały każdego dnia 1,5 tys. euro.

Nieposkromione i z entuzjazmem manifestowane bogactwo pociąga także władców Kuwejtu czy Dubaju, którzy chcą zainteresować świat ekscentryczną architekturą czy sztucznymi wyspami na morzu. Ich kraje oglądane z tej perspektywy sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z XXII wieku, ale jednocześnie jakby fundamentem władzy w nich było prawo wywodzące się ze  średniowiecza. Doświadcza tego ten i ów zachodni turysta czy biznesmen, który poważy się np. na pocałunek na plaży, za co w najlepszym razie może grozić kara chłosty. Kuwejt jest od 1756 r. pod władzą szczęśliwie panującej dynastii as-Sabah. Dubajem rządzi od 1803 r. rodzina Al-Maktum. Czy przy PKB na obywatela grubo powyżej 30 tys. dolarów na  głowę władcy obu państw mogą się bać, że ludzie podniosą głowy? Pewnie nie, bo dlaczego żyjący dostanie mieszkańcy Dubaju czy Kuwejtu mieliby pójść śladem zdesperowanych biedaków z Egiptu? Mogliby to uczynić, tylko gdyby na serio zaczęło im przeszkadzać rozpasanie władców.

Nic jednak na  to nie wskazuje. Tym bardziej że ofiarami rozpasania władców są na ogół inni. Premier Dubaju Mohammed bin Raszid al-Maktum, zapalony miłośnik sztuki i wyścigów konnych, zachęcał na przykład do porwań i uwięzienia tysięcy chłopców przeznaczonych do roli dżokejów. Ale nie z Dubaju, lecz z Pakistanu, Sudanu, Mauretanii i Bangladeszu. Problem szybko rozwiązano. Wystarczyło odesłać uprowadzonych chłopców do krajów ojczystych i okrasić przesyłkę kilkoma milionami dolarów.

Lew, król pustyni

Godne Nerona upodobanie do teatralnego przepychu oraz politycznej bezwzględności demonstruje niepodzielnie rządzący od ponad 40 lat Libią Rais, Muammar Kadafi. Niby formalnie zrezygnował z funkcji głowy państwa, narzucił jednak krajowi system „islamskiego socjalizmu" i  demokracji bezpośredniej, opartej na „komitetach ludowych”, co w  praktyce sprowadza się do systemu totalitarnego. Antyustrojowe wystąpienia były wielokrotnie bezwzględnie tłumione, a przywódcy opozycji mordowani, także za granicą. Libijski „lew pustyni”, który mianował się też „królem królów”, mógł spokojnie oddawać się swoim kaprysom.

Z ujawnionych przez WikiLeaks dokumentów amerykańskiego ambasadora w Trypolisie Gene’a Crutza wyłania się obraz Kadafiego jako absolutnego egomaniaka, totalnego hipochondryka i kuriozalnego narcyza, z graniczącą z obłędem pieczołowitością troszczącego się o własne ciało i stosującego botoks. „Lew pustyni" nie jest wyłącznie tępym zupakiem i  dzierżymordą. Potrafi być smakoszem i estetą – jest też zapalonym miłośnikiem wyścigów konnych, traci głowę dla flamenco albo dla pewnej blondwłosej pielęgniarki z Ukrainy. W podróżach, prócz rzeczonej ukraińskiej piękności, towarzyszy mu 40-osobowy korpus ochroniarzy złożony z kobiet, podobno wyłącznie dziewic, które osobiście dobiera. Dzięki dochodom z ropy naftowej PKB słabo zaludnionego kraju należy do najwyższych w Afryce, mimo że tylko niewielka część pieniędzy trafia do 6,5 mln obywateli. Bezrobocie sięga w Libii 30 proc., elementarnych praw obywatelskich pozbawionych jest niemal 100 proc.

I znowu, w sąsiedztwie nikogo to nie dziwi, bo wokół jest jeszcze gorzej. Zeszłoroczny raport fundacji Freedom House badającej przestrzeganie praw człowieka na świecie wymieniał 47 najbardziej despotycznych reżimów torturujących własnych obywateli i stanowiących zagrożenie dla sąsiadów. Wśród 10 najgorszych znalazły się Libia, dyktatura formalnie laicka, choć nieporównywalna z klasycznymi dyktaturami zachodnimi, dyktatura islamska Sudan, skorumpowany reżim Gwinei Równikowej, najbezwzględniej tłumiący prawa człowieka w Afryce, oraz policyjne państwo – Erytrea – i  państwo bezprawia – Somalia.

Poddani się budzą

Tunezyjski obrońca praw człowieka Moncef Marzouki w wydanej jeszcze przed rozruchami w Tunezji książce „Dyktatorzy w zawieszeniu" przewiduje, że obecne stulecie będzie „wiekiem rewolucji arabskiej”. –  Arabskich i afrykańskich dyktatorów cechuje bezmierna niedojrzałość i  megalomania – mówi Marzouki. – Rządzone przez nich satrapie stają się coraz bardziej anachroniczne. Potrzebują kontroli serc i ducha za  pośrednictwem propagandy oraz władzy nad społeczeństwem za pomocą systemu jednopartyjnego. Te dwa filary rozpadają się na naszych oczach.

Zdesperowani i sfrustrowani przestali milczeć. Nie tylko w Tunezji i  Egipcie. Przeciwnicy reżimu wezwali do zorganizowania w piątek i sobotę w Damaszku i Aleppo w Syrii Dnia Gniewu przeciwko pogarszającym się warunkom życia. Zażądali też zniesienia trwającego od 1962 r. w Syrii stanu wyjątkowego. Do demonstracji doszło ostatnio zarówno w Sudanie, jak i w Maroku. Co dalej? Klucza do przyszłości regionu nie trzyma już Mubarak. Trzyma go teraz Sfinks. Jak wiadomo, miał on dla przechodniów zagadkę. Dziś nie wiadomo jednak, jaka jest na nią odpowiedź. Prawdę mówiąc, sprecyzowana nie jest nawet treść samej zagadki.

Okładka tygodnika WPROST: 6/2011
Więcej możesz przeczytać w 6/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0