Śmierć w inkubatorze

Śmierć w inkubatorze

Dodano: 
Klebsiella pneumoniae doskonale czuje się na naszych szpitalnych oddziałach intensywnego zagrożenia
W Polsce ukrywa się wiele przypadków zakażeń szpitalnych i nie informuje o nich odpowiednich służb, a w rezultacie dochodzi do takich tragedii, jak w łódzkiej lecznicy - alarmuje Stefan Kuroczycki-Saniutycz, wojewódzki inspektor sanitarny w Białymstoku. Inspektorzy sanitarni wykryli aż dziewiętnaście wypadków zakażenia bakteriami Klebsiella pneumoniae na oddziale noworodkowym szpitala im. Madurowicza w Łodzi. Pod koniec ubiegłego roku z tego powodu zmarło tam czworo dzieci. W Szpitalu Wojewódzkim w Suwałkach klebsiellą była zarażona sanitariuszka, w Elblągu i Iławie jej nosicielami okazały się dwie osoby z personelu medycznego. Na Dolnym Śląsku bakterie znaleziono na fartuchu jednego pracownika oraz na błonie śluzowej nosa i jamy ustnej pięciu innych.

Z dużej chmury, jaka zebrała się nad oddziałami noworodkowymi, mały deszcz - ironizują dyrektorzy kontrolowanych placówek. O niektórych zakażeniach - na przykład w szpitalu w Zabrzu, gdzie zmarło dwoje dzieci - sanepid dowiedział się z prasy! Wydaje się, że Klebsiella pneumoniae doskonale czuje się na naszych szpitalnych oddziałach... intensywnego zagrożenia.

Zabójcze bakterie
- Niemal na wszystkich polskich oddziałach patologii noworodków naruszane są zasady zwalczania zakażeń szpitalnych, głównie z powodu oszczędności i braku pieniędzy - przyznaje dr Paweł Grzesiowski z Narodowe-go Instytutu Zdrowia Publicznego w Warszawie. Jednocześnie ciągle przybywa dzieci, które po urodzeniu wymagają długiej hospitalizacji.
Aż 30-40 proc. zgonów noworodków jest spowodowanych zakażeniem - wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia. Zaledwie około 2 proc. z tych dzieci umiera na zwykłych oddziałach noworodkowych, gdzie większość z nich przebywa trzy, cztery dni. Najwięcej zgonów notuje się na oddziałach intensywnej terapii. Trafiają tam noworodki poważnie chore, z osłabioną odpornością, urodzone przedwcześnie (przed 32. tygodniem ciąży) albo z niską masą ciała (ważące mniej niż 1500 g). Podczas kilku- albo nawet kilkunastotygodniowego pobytu, w trakcie licznych zabiegów, co najmniej 25 proc. dzieci zostaje zakażonych bakteriami szpitalnymi. To polskie dane. W USA na takich oddziałach zarażanych jest nimi od 12 do 32 proc. noworodków.
Atakujące układ pokarmowy pałeczki klebsielli bytują na skórze prawie połowy pacjentów szpitali! Przy zaniedbaniach w organizacji pracy i nieprzestrzeganiu podstawowych zasad higieny oraz obowiązku sterylizacji sprzętu medycznego te bakterie mogą wniknąć do organizmu i spowodować groźne zakażenia. - W Polsce mamy więcej niż w innych krajach trudnych do leczenia wypadków infekcji, wywołanych bakteriami Gram-ujemnymi, takimi jak klebsiella - przyznaje prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii.
W Polsce co trzeci zgon wcześniaka jest spowodowany opornymi na antybiotyki szczepami mikrobów. To te bakterie są przyczyną połowy wszystkich zakażeń wewnątrzszpitalnych. Najbardziej niebezpieczna jest właśnie klebsiella: powoduje śmierć od 40 do 90 proc. zarażonych nią noworodków!

Umywanie rąk
Inspektorzy sanitarni uważają, że do tego rodzaju zakażeń nie powinno dochodzić, jeśli respektuje się zasady zapobiegania infekcjom szpitalnym i ich zwalczania - personel medyczny często myje ręce, a sprzęt jest właściwie sterylizowany. Jaskrawym przykładem zaniedbań jest szpital w Oklahoma City, w którym zmarło szesnaścioro wcześniaków. Okazało się, że zaraziły je pielęgniarki "hodujące" pod długimi paznokciami chorobotwórcze bakterie!
Przyczyną aż 80 proc. zakażeń szpitalnych są brudne ręce personelu medycznego. Na dłoniach lekarzy i pielęgniarek może bytować nawet 130 szczepów bakterii, takich jak gronkowce, paciorkowce, Escherichia coli i klebsiella. Większość pracowników medycznych myje i dezynfekuje dłonie jedynie w połowie zalecanych wypadków. Najrzadziej do wskazań stosują się ordynatorzy, bo - jak tłumaczą - brakuje im czasu. Stykają się z tak wieloma pacjentami, że w ciągu zaledwie godziny musieliby myć ręce przeciętnie czterdzieści razy - przed każdym badaniem i po nim.
Pielęgniarka podczas dyżuru na oddziale intensywnej terapii podchodzi do jednego dziecka aż dwadzieścia razy. Przechodząc do kolejnego, powinna przez dwie minuty myć i dezynfekować ręce. Przy każdym wcześniaku i noworodku o niskiej masie ciała musi w ciągu dnia wykonać prawie dwieście czynności pielęgnacyjnych i leczniczych. Rękawiczki jednorazowego użytku nie zastąpią higieny rąk. Nie chronią przed bakteriami, bo w trakcie zabiegów aż jedna czwarta zostaje przedziurawiona.

Ostatnia podróż noworodka
- Nie może być tak, że na nocnym dyżurze tylko dwie lub trzy pielęgniarki podają leki, karmią i zmieniają pieluchy dwadzieściorgu dzieciom - mówi dr Paweł Grzesiowski. W Polsce jest za mało zarówno oddziałów intensywnej opieki nad noworodkami, jak i wysoko kwalifikowanych pielęgniarek, których szkolenie trwa pięć lat. Tylko kilkanaście oddziałów odpowiada standardom przyjętym w Unii Europejskiej. Brakuje sprzętu jednorazowego użytku, a materiały wielokrotnego użytku w większości szpitali nie są wyjaławiane w centralnych sterylizatorniach, w których powinny się odbywać wszystkie etapy odkażania sprzętu.
Błędem w sztuce lekarskiej jest przewożenie chorych noworodków z jednego ośrodka do drugiego na badania i leczenie. Wcześniaki nie powinny opuszczać swego oddziału, tymczasem często są przenoszone na inny, bo w całym kraju jest zaledwie kilka centrów opieki nad noworodkiem (w tym dwa w Warszawie). Dzieci ze szpitala im. Madurowicza w Łodzi pośpiesznie przetransportowano do kilku innych placówek w kraju. To złamanie podstawowej zasady zwalczania zakażeń, jaką jest izolowanie ich ogniska! Niektóre maluchy przeniesione z łódzkiego szpitala - jak wykazały badania specjalistów z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - były zakażone klebsiellą, więc zagrażały dzieciom w innych ośrodkach.
Noworodków z niedowagą i wadami wrodzonymi rodzi się w Polsce dwa razy więcej niż w wielu krajach Unii Europejskiej. Na przykład w Finlandii stanowią one zaledwie 4 proc. przychodzących na świat dzieci, a w Holandii jedynie 3 proc. Wiele z nich mogłoby uniknąć zakażenia, gdyby kobietom w ciąży wykonywano proste badania kontrolne. Przed porodem za pomocą tzw. posiewu bakteriologicznego wykrywane są niebezpieczne bakterie zagrażające dziecku po urodzeniu. Żeby zapobiec groźnej infekcji, wystarczy podać noworodkowi odpowiedni antybiotyk. Badania kosztują znacznie mniej niż leczenie dziecka na oddziałach intensywnej terapii.


Pałeczki najwyższego ryzyka
Bakterie Gram-ujemne, takie jak Klebsiella pneumoniae, powodują najgroźniejsze zakażenie szpitalne noworodków. Te drobnoustroje są nierzadko oporne na leki, gdyż wytwarzają enzymy rozkładające większość antybiotyków. Powodują tylko 4-6 proc. wszystkich zakażeń szpitalnych, ale to one są najczęstszą przyczyną zgonów.
Okładka tygodnika WPROST: 5/2003
Więcej możesz przeczytać w 5/2003 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także