W Polsce tylko muzycy klubowi i najmłodsze kapele stawiają na pliki mp3.
Darmowe pliki mp3 są kołem zamachowym karier młodych muzyków
Kiedy dwa lata temu śląscy didżeje - DJ Archi i DJ Quasar - zakładali grupę Clubbasse, nie przypuszczali, że uda im się zaistnieć na polskiej scenie klubowej. Tym bardziej że mieli za sobą kilka projektów muzycznych, które przeszły bez echa. I gdyby nie internet, pewnie tak by pozostało.
Na początek na swojej stronie WWW umieścili kilkudziesięciosekundowe fragmenty utworów i próbowali sprzedawać płyty powielone na komputerowej nagrywarce po 10 zł za sztukę. Chętnych wystarczyło zaledwie na kilkadziesiąt egzemplarzy. Zmieniono więc strategię.
- Doszliśmy do wniosku, że zanim zaczniemy zarabiać na naszej muzyce, najpierw musimy ją rozpropagować - mówi Artur Nomas, czyli DJ Archi.
W serwisie poświęconym mp3 na stronach Wirtualnej Polski umieszczono pełne wersje nagrań, które można było pobierać za darmo. I udało się. Po półtora roku Clubbasse został liderem pod względem liczby ściągniętych utworów ze wspomnianego serwisu, z liczbą ponad 1,5 mln.
- Byłoby więcej, gdyby nie to, że od kilku miesięcy nowe utwory publikujemy już wyłącznie na własnej stronie internetowej - dodaje z nieskrywanym zadowoleniem DJ Archi.
Strona zespołu zyskała taką popularność, że duże reklamy wykupił u muzyków nawet jeden z operatorów telefonii komórkowej. Co ciekawe, 25 proc. odsłon to słuchacze z USA. Przychody, które przynosi internetowa strona zespołu, kwalifikują ją do grona działalności o charakterze non profit. Clubbasse zarabia jednak w inny sposób.
- Dzięki popularności, którą zespół zdobył, promując się w internecie, gra kilkadziesiąt koncertów rocznie - wyjaśnia Jarosław Drążek prowadzący strefę mp3.
Rzeczywiście. Śląska grupa ma już zajęte wszystkie weekendy do końca lutego. To ważne, bo w Polsce koncerty to podstawa finansowego bytu muzyków.
Koniec przygody
Zdaniem Jarosława Polaka, perkusisty T.Love, który wydał niedawno swoją solową płytę, internet to idealny sposób promocji dla młodych muzyków. - To najtańsze medium, które w dodatku łatwo można wykorzystać do promocji - mówi Polak.
I skuteczne. Zwłaszcza że nagranie profesjonalnej płyty i teledysku ze względu na koszty jest poza zasięgiem młodych artystów, o promocji w stacjach radiowych nie wspominając.
Polak, mimo że ma już za sobą 12-letni staż w T.Love, swoje solowe popisy także promował w internecie. Ze względu na nazwisko informacje o jego nagraniach trafiły na główną stronę Wirtualnej Polski.
Podobnie było z artystą o pseudonimie Stasio, kwalifikowanym do nurtu hip-hop. Stanisław Majda, bo tak się nazywa, całą swoją pierwszą płytę umieścił w na swojej stronie internetowej. Nagrał ją w domu. Płyta stała się znana, a teledyski trafiły do telewizji. Kolejną, drugą płytę, wydała już oficjalnie znana wytwórnia.
- Obecnie za darmo można ściągnąć tylko dwa utwory z nowej płyty - przyznaje Stasio.
Także za utwory Polaka trzeba płacić. Darmowej dystrybucji nie przewiduje kontrakt z wytwórnią, chociaż jak przyznaje sam artysta, dwie godziny po premierze pirackie kopie płyty były dostępne w sieci.
Podobną lekcję otrzyma wkrótce Clubbasse. I chyba po raz kolejny zespół będzie musiał zmienić strategię. Do wydania albumu śląskiej grupy przymierza się bowiem legendarna angielska wytwórnia Ministry of Sound.
- To oznacza, że za nasze nowe nagrania trzeba będzie jednak płacić - przyznaje DJ Archi.
Dla Clubbasse zbliża się więc koniec epoki internetowej wolności. Jednak w ich ślady idą kolejni muzycy - baza Wirtualnej Polski liczy już 15 tys. wykonawców!
Kłopoty iplay
W wytwórniach płytowych, i to nie tylko w tych największych, pokutuje przekonanie, że udostępnianie muzyki za darmo w internecie niczemu dobremu nie służy.
- Nie tędy droga. W wypadku znanych artystów taka promocja nie zachęca, lecz tylko zniechęca do kupowania płyt - mówi Sławomir Pietrzak, muzyk i od kilku lat właściciel niezależnej wytwórni SP Records. Jego firma wydaje między innymi płyty Kultu i Kalibra44, stanowczo protestuje przeciwko udostępnianiu internautom muzyki za darmo. Podpisano jednak kontrakt z hiphopowcem DKA, który jest na liście najpopularniejszych artystów w strefie mp3, z liczbą ponad pół miliona ściągnięć.
Upór wytwórni płytowych utrudnia życie firmom, które legalnie chcą zarabiać na sprzedawaniu piosenek w internecie. Nikt z tzw. wielkiej piątki nie handluje w Polsce plikami mp3. Do takiej formy sprzedaży nie zachęcają też wyniki sprzedaży ostatniej płyty Perfectu. Z sieci ściągnięto kilka tysięcy egzemplarzy. To porażka.
Najbliżej podpisania umowy z serwisem muzycznym iplay.pl jest Sony Music Polska. Opóźnienie w sfinalizowaniu transakcji zrzuca na karb trwającej właśnie fuzji z wytwórnią BMG. - Będziemy gotowi za 3-4 tygodnie - zapowiada Włodzimierz Prządka z Sony Music Polska.
Pozostałe firmy z wielkiej piątki - Universal, Warner i Pomaton EMI - tłumaczą się trudnościami technologicznymi. Prawda jest jednak taka, że obawiają się dalszego spadku sprzedaży wydawanych przez nie płyt. Na ich stronach internetowych można za to znaleźć darmowe, pokazowe wersje utworów z albumów, które właśnie ukazały się na rynku. Dla zachęty.
Polskie filie wielkich koncernów jasno dają do zrozumienia, że na razie nie są zainteresowane dystrybucją swoich zasobów przez internet. Efekt jest taki, że należący do Apple sklep iTunes handlujący w USA plikami mp3 ma w bazie milion piosenek, a internauci skorzystali z jego usług już 100 milionów razy.
Polski iplay ma 11 tys. utworów, a o liczbie klientów współwłaściciel firmy Tomasz Szladowski nie chce rozmawiać. - Sytuacja powinna się poprawić. Właśnie podpisujemy umowy z kilkoma wytwórniami. W ciągu miesiąca nasza oferta powiększy się trzykrotnie - zapowiada szef iplay.
O wielkich pieniądzach, które na iTunes zarabia Apple, Szladowski może jedynie pomarzyć. W tym roku obroty jego firmy osiągną kilkaset tysięcy złotych. W przyszłym powinny sięgnąć 1-2 mln zł. Ale nawet to nie oznacza, że iplay zarobi kokosy. Za ściągnięcie utworu z możliwością nagrania na CD polski internauta będzie musiał zapłacić tyle co amerykański klient iTunes, czyli 3-4 zł. Ponad 50 proc. tej sumy zasili konto wytwórni płytowej, kolejne 25 proc. trafi do ZAiKS, a reszta po opodatkowaniu do kieszeni właścicieli portalu.
Ile zarabiają na tym artyści? Z 4 zł, które internauta zapłaci iplay, do kieszeni muzyka trafi kilkadziesiąt groszy. Nawet gdyby jedno nagranie sprzedano po takiej cenie 10 tys. osób, artysta zarobi na tym kilka tysięcy złotych. A na taki ruch właściciele iplay i muzycy będą musieli jeszcze poczekać.
Nastawienie wielkich koncernów do sprzedaży internetowej zmieni się zapewne wtedy, gdy na takim rodzaju dystrybucji zaczną dobrze zarabiać. Nie zmieni to jednak roli internetu jako najtańszego medium, którego właściwości w prosty sposób można wykorzystać do celów promocyjnych. Już teraz - jak twierdzi Jarosław Polak - aby ktoś kupił płytę, musi najpierw pokochać artystę. A internautę można rozkochać znacznie taniej.
Kiedy dwa lata temu śląscy didżeje - DJ Archi i DJ Quasar - zakładali grupę Clubbasse, nie przypuszczali, że uda im się zaistnieć na polskiej scenie klubowej. Tym bardziej że mieli za sobą kilka projektów muzycznych, które przeszły bez echa. I gdyby nie internet, pewnie tak by pozostało.
Na początek na swojej stronie WWW umieścili kilkudziesięciosekundowe fragmenty utworów i próbowali sprzedawać płyty powielone na komputerowej nagrywarce po 10 zł za sztukę. Chętnych wystarczyło zaledwie na kilkadziesiąt egzemplarzy. Zmieniono więc strategię.
- Doszliśmy do wniosku, że zanim zaczniemy zarabiać na naszej muzyce, najpierw musimy ją rozpropagować - mówi Artur Nomas, czyli DJ Archi.
W serwisie poświęconym mp3 na stronach Wirtualnej Polski umieszczono pełne wersje nagrań, które można było pobierać za darmo. I udało się. Po półtora roku Clubbasse został liderem pod względem liczby ściągniętych utworów ze wspomnianego serwisu, z liczbą ponad 1,5 mln.
- Byłoby więcej, gdyby nie to, że od kilku miesięcy nowe utwory publikujemy już wyłącznie na własnej stronie internetowej - dodaje z nieskrywanym zadowoleniem DJ Archi.
Strona zespołu zyskała taką popularność, że duże reklamy wykupił u muzyków nawet jeden z operatorów telefonii komórkowej. Co ciekawe, 25 proc. odsłon to słuchacze z USA. Przychody, które przynosi internetowa strona zespołu, kwalifikują ją do grona działalności o charakterze non profit. Clubbasse zarabia jednak w inny sposób.
- Dzięki popularności, którą zespół zdobył, promując się w internecie, gra kilkadziesiąt koncertów rocznie - wyjaśnia Jarosław Drążek prowadzący strefę mp3.
Rzeczywiście. Śląska grupa ma już zajęte wszystkie weekendy do końca lutego. To ważne, bo w Polsce koncerty to podstawa finansowego bytu muzyków.
Koniec przygody
Zdaniem Jarosława Polaka, perkusisty T.Love, który wydał niedawno swoją solową płytę, internet to idealny sposób promocji dla młodych muzyków. - To najtańsze medium, które w dodatku łatwo można wykorzystać do promocji - mówi Polak.
I skuteczne. Zwłaszcza że nagranie profesjonalnej płyty i teledysku ze względu na koszty jest poza zasięgiem młodych artystów, o promocji w stacjach radiowych nie wspominając.
Polak, mimo że ma już za sobą 12-letni staż w T.Love, swoje solowe popisy także promował w internecie. Ze względu na nazwisko informacje o jego nagraniach trafiły na główną stronę Wirtualnej Polski.
Podobnie było z artystą o pseudonimie Stasio, kwalifikowanym do nurtu hip-hop. Stanisław Majda, bo tak się nazywa, całą swoją pierwszą płytę umieścił w na swojej stronie internetowej. Nagrał ją w domu. Płyta stała się znana, a teledyski trafiły do telewizji. Kolejną, drugą płytę, wydała już oficjalnie znana wytwórnia.
- Obecnie za darmo można ściągnąć tylko dwa utwory z nowej płyty - przyznaje Stasio.
Także za utwory Polaka trzeba płacić. Darmowej dystrybucji nie przewiduje kontrakt z wytwórnią, chociaż jak przyznaje sam artysta, dwie godziny po premierze pirackie kopie płyty były dostępne w sieci.
Podobną lekcję otrzyma wkrótce Clubbasse. I chyba po raz kolejny zespół będzie musiał zmienić strategię. Do wydania albumu śląskiej grupy przymierza się bowiem legendarna angielska wytwórnia Ministry of Sound.
- To oznacza, że za nasze nowe nagrania trzeba będzie jednak płacić - przyznaje DJ Archi.
Dla Clubbasse zbliża się więc koniec epoki internetowej wolności. Jednak w ich ślady idą kolejni muzycy - baza Wirtualnej Polski liczy już 15 tys. wykonawców!
Kłopoty iplay
W wytwórniach płytowych, i to nie tylko w tych największych, pokutuje przekonanie, że udostępnianie muzyki za darmo w internecie niczemu dobremu nie służy.
- Nie tędy droga. W wypadku znanych artystów taka promocja nie zachęca, lecz tylko zniechęca do kupowania płyt - mówi Sławomir Pietrzak, muzyk i od kilku lat właściciel niezależnej wytwórni SP Records. Jego firma wydaje między innymi płyty Kultu i Kalibra44, stanowczo protestuje przeciwko udostępnianiu internautom muzyki za darmo. Podpisano jednak kontrakt z hiphopowcem DKA, który jest na liście najpopularniejszych artystów w strefie mp3, z liczbą ponad pół miliona ściągnięć.
Upór wytwórni płytowych utrudnia życie firmom, które legalnie chcą zarabiać na sprzedawaniu piosenek w internecie. Nikt z tzw. wielkiej piątki nie handluje w Polsce plikami mp3. Do takiej formy sprzedaży nie zachęcają też wyniki sprzedaży ostatniej płyty Perfectu. Z sieci ściągnięto kilka tysięcy egzemplarzy. To porażka.
Najbliżej podpisania umowy z serwisem muzycznym iplay.pl jest Sony Music Polska. Opóźnienie w sfinalizowaniu transakcji zrzuca na karb trwającej właśnie fuzji z wytwórnią BMG. - Będziemy gotowi za 3-4 tygodnie - zapowiada Włodzimierz Prządka z Sony Music Polska.
Pozostałe firmy z wielkiej piątki - Universal, Warner i Pomaton EMI - tłumaczą się trudnościami technologicznymi. Prawda jest jednak taka, że obawiają się dalszego spadku sprzedaży wydawanych przez nie płyt. Na ich stronach internetowych można za to znaleźć darmowe, pokazowe wersje utworów z albumów, które właśnie ukazały się na rynku. Dla zachęty.
Polskie filie wielkich koncernów jasno dają do zrozumienia, że na razie nie są zainteresowane dystrybucją swoich zasobów przez internet. Efekt jest taki, że należący do Apple sklep iTunes handlujący w USA plikami mp3 ma w bazie milion piosenek, a internauci skorzystali z jego usług już 100 milionów razy.
Polski iplay ma 11 tys. utworów, a o liczbie klientów współwłaściciel firmy Tomasz Szladowski nie chce rozmawiać. - Sytuacja powinna się poprawić. Właśnie podpisujemy umowy z kilkoma wytwórniami. W ciągu miesiąca nasza oferta powiększy się trzykrotnie - zapowiada szef iplay.
O wielkich pieniądzach, które na iTunes zarabia Apple, Szladowski może jedynie pomarzyć. W tym roku obroty jego firmy osiągną kilkaset tysięcy złotych. W przyszłym powinny sięgnąć 1-2 mln zł. Ale nawet to nie oznacza, że iplay zarobi kokosy. Za ściągnięcie utworu z możliwością nagrania na CD polski internauta będzie musiał zapłacić tyle co amerykański klient iTunes, czyli 3-4 zł. Ponad 50 proc. tej sumy zasili konto wytwórni płytowej, kolejne 25 proc. trafi do ZAiKS, a reszta po opodatkowaniu do kieszeni właścicieli portalu.
Ile zarabiają na tym artyści? Z 4 zł, które internauta zapłaci iplay, do kieszeni muzyka trafi kilkadziesiąt groszy. Nawet gdyby jedno nagranie sprzedano po takiej cenie 10 tys. osób, artysta zarobi na tym kilka tysięcy złotych. A na taki ruch właściciele iplay i muzycy będą musieli jeszcze poczekać.
Nastawienie wielkich koncernów do sprzedaży internetowej zmieni się zapewne wtedy, gdy na takim rodzaju dystrybucji zaczną dobrze zarabiać. Nie zmieni to jednak roli internetu jako najtańszego medium, którego właściwości w prosty sposób można wykorzystać do celów promocyjnych. Już teraz - jak twierdzi Jarosław Polak - aby ktoś kupił płytę, musi najpierw pokochać artystę. A internautę można rozkochać znacznie taniej.