Górnicy nie przyjechali po dodatkowe pieniądze. Przyjechali po to, aby rozbić logiczną konstrukcję, na której opiera się zreformowany system emerytalny
Wydarzenia, do których doszło niedawno przed Sejmem, każą zastanowić się nad stabilnością podstaw finansów publicznych Polski. Chodzi przede wszystkim o koncepcję wydatków publicznych, która wiąże ich poziom z realnymi możliwościami gospodarki. Jeśli taka koncepcja istnieje, mniej groźne stają się przedwyborcze targi, polityczne rozgrywki oraz naciski grup interesów. Jeśli takiej koncepcji nie ma - finanse publiczne dryfują i w niekorzystnej sytuacji mogą wpaść na skały.
26 lipca przed Sejmem rozegrał się bój o taką właśnie koncepcję. Jednym z nielicznych pól, na których w Polsce udało się stworzyć logiczny system dostosowany do potrzeb rozwoju gospodarczego, jest system emerytalny. Przybyli do Warszawy górnicy, uzbrojeni w metalowe pręty i petardy, nie przyjechali po to, by walczyć o dodatkowe pieniądze. Przyjechali przede wszystkim po to, aby rozbić logiczną konstrukcję, na której opiera się zreformowany system emerytalny, po to, by ani teraz, ani w przyszłości nie krępował ich finansowych żądań.
Aby zrozumieć, o co rzeczywiście walczyli górnicy, trzeba uświadomić sobie istotę reformy emerytalnej. Wbrew powszechnym poglądom najważniejsze w niej nie było wcale stworzenie instytucji drugiego i trzeciego filaru, a więc inwestowanie części składek. Najważniejszym osiągnięciem reformy było odejście od systemu "zdefiniowanego świadczenia", na rzecz systemu "zdefiniowanej składki". Słowem, stworzenie logicznego mechanizmu, który dostosowuje wysokość świadczeń emerytalnych do możliwości gospodarki.
W tradycyjnym systemie składkowym na wypłatę rent i emerytur przeznaczana jest składka pobierana od osób obecnie pracujących. Najistotniejszy jest jednak sposób, w jaki ustalana jest emerytura. Określa się ją w pewnej proporcji do osiąganych zarobków. Nikogo nie obchodzi to, czy gospodarka jest w stanie taką emeryturę milionom osób wypłacić. Mamy "zdefiniowane świadczenie", czyli wiemy, jak duża emerytura nam się należy, a że nie ma na to pieniędzy - to już zmartwienie rządu! Polska reforma emerytalna spowodowała, że system zmienił się z systemu "zdefiniowanego świadczenia" w system "zdefiniowanej składki". Wiemy, ile pieniędzy odkładamy na nasze konto emerytalne. Pieniądze te są częściowo inwestowane. Najważniejsze jednak jest to, że dopiero w momencie przejścia na emeryturę dowiemy się, jak wiele dochodu zdołał wypracować zgromadzony przez nas kapitał. To będzie właśnie zależało od stanu gospodarki: od jej produktywności, od tego, na ile dobrze zainwestowane są nasze pieniądze. Celem polskiej reformy emerytalnej było więc stworzenie zasady: oszczędzajmy, a nasz poziom życia będzie zależał od tego, jak wiele zgromadzimy kapitału i na ile efektywnie gospodarka będzie go wykorzystywać.
Podstawą tej zasady jest stwierdzenie: świadczenie musi być powiązane z oszczędnościami. Nie ma dochodu, jeśli nie było odprowadzonych składek, i nie ma dochodu wyznaczonego inaczej niż na podstawie skumulowanych oszczędności. Jeśli jakaś grupa zawodowa - np. górnicy - chcą (lub muszą) pracować krócej, na ich kontach emerytalnych zgromadzi się po prostu mniej pieniędzy, a zatem niższe będzie świadczenie. Można temu oczywiście zaradzić, wprowadzając specjalną dodatkową składkę, rodzaj dodatkowego ubezpieczenia dla górników z tytułu krótszego stażu pracy (to zresztą proponował rząd).
Górnikom wcale to jednak nie odpowiadało. Dodatkowa składka? Czy nie prościej jest zażądać, aby górnictwo zostało wyłączone z logiki systemu? Wówczas można zadekretować, że na emeryturę przechodzi się wcześniej, a świadczenie otrzymuje się takie samo jak przy przejściu późniejszym, bo uniezależnia się je od liczby zgromadzonych składek. Co więcej, jeśli uzna się, że świadczenie jest zbyt niskie, nic nie przeszkadza, aby za cztery lata pojechać znów z petardami do Warszawy i wymusić jego wzrost. Bo na tym właśnie polega urok życia w systemie "zdefiniowanego świadczenia", w którym jego wysokość może całkowicie oderwać się od możliwości gospodarki.
Górnicy jednak są mądrzy. Wiedzą, że gdyby odwrócić całą reformę emerytalną, pieniędzy mogłoby po prostu zabraknąć. Oni chcą jednak jedynie zmian dla siebie samych. A wówczas, jeśli pieniędzy zabraknie, na emerytury górnicze złożą się po prostu inni.
26 lipca przed Sejmem rozegrał się bój o taką właśnie koncepcję. Jednym z nielicznych pól, na których w Polsce udało się stworzyć logiczny system dostosowany do potrzeb rozwoju gospodarczego, jest system emerytalny. Przybyli do Warszawy górnicy, uzbrojeni w metalowe pręty i petardy, nie przyjechali po to, by walczyć o dodatkowe pieniądze. Przyjechali przede wszystkim po to, aby rozbić logiczną konstrukcję, na której opiera się zreformowany system emerytalny, po to, by ani teraz, ani w przyszłości nie krępował ich finansowych żądań.
Aby zrozumieć, o co rzeczywiście walczyli górnicy, trzeba uświadomić sobie istotę reformy emerytalnej. Wbrew powszechnym poglądom najważniejsze w niej nie było wcale stworzenie instytucji drugiego i trzeciego filaru, a więc inwestowanie części składek. Najważniejszym osiągnięciem reformy było odejście od systemu "zdefiniowanego świadczenia", na rzecz systemu "zdefiniowanej składki". Słowem, stworzenie logicznego mechanizmu, który dostosowuje wysokość świadczeń emerytalnych do możliwości gospodarki.
W tradycyjnym systemie składkowym na wypłatę rent i emerytur przeznaczana jest składka pobierana od osób obecnie pracujących. Najistotniejszy jest jednak sposób, w jaki ustalana jest emerytura. Określa się ją w pewnej proporcji do osiąganych zarobków. Nikogo nie obchodzi to, czy gospodarka jest w stanie taką emeryturę milionom osób wypłacić. Mamy "zdefiniowane świadczenie", czyli wiemy, jak duża emerytura nam się należy, a że nie ma na to pieniędzy - to już zmartwienie rządu! Polska reforma emerytalna spowodowała, że system zmienił się z systemu "zdefiniowanego świadczenia" w system "zdefiniowanej składki". Wiemy, ile pieniędzy odkładamy na nasze konto emerytalne. Pieniądze te są częściowo inwestowane. Najważniejsze jednak jest to, że dopiero w momencie przejścia na emeryturę dowiemy się, jak wiele dochodu zdołał wypracować zgromadzony przez nas kapitał. To będzie właśnie zależało od stanu gospodarki: od jej produktywności, od tego, na ile dobrze zainwestowane są nasze pieniądze. Celem polskiej reformy emerytalnej było więc stworzenie zasady: oszczędzajmy, a nasz poziom życia będzie zależał od tego, jak wiele zgromadzimy kapitału i na ile efektywnie gospodarka będzie go wykorzystywać.
Podstawą tej zasady jest stwierdzenie: świadczenie musi być powiązane z oszczędnościami. Nie ma dochodu, jeśli nie było odprowadzonych składek, i nie ma dochodu wyznaczonego inaczej niż na podstawie skumulowanych oszczędności. Jeśli jakaś grupa zawodowa - np. górnicy - chcą (lub muszą) pracować krócej, na ich kontach emerytalnych zgromadzi się po prostu mniej pieniędzy, a zatem niższe będzie świadczenie. Można temu oczywiście zaradzić, wprowadzając specjalną dodatkową składkę, rodzaj dodatkowego ubezpieczenia dla górników z tytułu krótszego stażu pracy (to zresztą proponował rząd).
Górnikom wcale to jednak nie odpowiadało. Dodatkowa składka? Czy nie prościej jest zażądać, aby górnictwo zostało wyłączone z logiki systemu? Wówczas można zadekretować, że na emeryturę przechodzi się wcześniej, a świadczenie otrzymuje się takie samo jak przy przejściu późniejszym, bo uniezależnia się je od liczby zgromadzonych składek. Co więcej, jeśli uzna się, że świadczenie jest zbyt niskie, nic nie przeszkadza, aby za cztery lata pojechać znów z petardami do Warszawy i wymusić jego wzrost. Bo na tym właśnie polega urok życia w systemie "zdefiniowanego świadczenia", w którym jego wysokość może całkowicie oderwać się od możliwości gospodarki.
Górnicy jednak są mądrzy. Wiedzą, że gdyby odwrócić całą reformę emerytalną, pieniędzy mogłoby po prostu zabraknąć. Oni chcą jednak jedynie zmian dla siebie samych. A wówczas, jeśli pieniędzy zabraknie, na emerytury górnicze złożą się po prostu inni.