Epidemia prodizmu

Epidemia prodizmu

Dodano: 
Chore Włochy chcą leczyć Europę
Chore Włochy chcą leczyć Europę

Dominika Ćosić
z Brukseli

Złośliwi mówią, że gorszym przewodniczącym Komisji Europejskiej od Romano Prodiego był tylko Jacques Santer, który musiał się podać do dymisji po skandalu korupcyjnym. Dziś Prodi, już jako przyszły premier Włoch, postanowił znowu wkroczyć na europejskie proscenium i ożywić "projekt unijny".
W niedawnym wywiadzie dla "Sunday Times" wyraził potrzebę przyspieszenia integracji sześciu państw "twardego jądra" UE. Opowiedział się za "większą harmonizacją" polityki gospodarczej i za reformami, które przyniosą "więcej Europy", z Francją, Niemcami, Włochami, Hiszpanią, a także Belgią i Luksemburgiem na czele tego procesu. W unijnej "grupie trzymającej władzę" nie ma miejsca dla Wielkiej Brytanii, bo "nie zajmuje ona stanowiska proeuropejskiego", ani dla Polski. Za burtą znalazła się też Holandia, która nie dość, że odrzuciła w referendum projekt eurokonstytucji, to jeszcze nie zmienia zdania w tej sprawie, a w dodatku wprowadza "rasistowskie przepisy". Holandia przejęła po Austrii rolę europejskiej czarnej owcy. Ton Europie mają więc nadawać kraje, które same wymagają natychmiastowych reform i których potęga zaczyna się chylić.

Mocarstwo albo śmierć
Recepty na uzdrowienie sytuacji w Europie bywają osobliwe. Francuski politolog Christian Saint-Etienne, prezes l'Institut France Stratégie, w książce "Potęga albo śmierć" proponuje, by UE, działającą bez wspólnych zasad i priorytetów, nazwać "Europą otwartą", i wyodrębnić z niej "jednolitą Europę" czy też, jak się powszechnie mówi, "twardy rdzeń". W jego centrum byłyby Francja i Niemcy - Saint-Etienne proponuje nawet utworzenie federacji reńskiej! - oraz kraje Beneluksu. To one nadawałyby ton reszcie Europy i były liderami w ekonomicznym i politycznym peletonie. Trzeba by tylko przyjąć konstytucję europejską, która usankcjonowałaby od strony prawnej tę sytuację. Saint-Etienne uważa, że tylko w ten sposób Europa mogłaby się stać konkurencyjna wobec USA, Rosji oraz Chin i Indii. "Mamy przed sobą jasny wybór: mocarstwo albo śmierć!" - konkluduje.
Hubert Védrine, były szef francuskiej dyplomacji, dodaje, że właśnie pod wodzą starej unii Europa może się wzmocnić. - Państwa założycielskie są filarami nie tylko europejskiej gospodarki. Poza tym system socjalny i podejście do norm demokratycznych predysponują nas do nadawania kierunku. Jednocześnie bez wzmocnienia roli Brukseli jako centrum decyzyjnego się nie obejdzie - uważa Védrine. Taka właśnie Europa marzy się Prodiemu.

Pacjent zdrowszy od lekarza
-  Nikt nie kwestionuje ojcostwa idei europejskiej, ale problem w tym, że lekarz jest bardziej chory niż pacjent - uważa Frits Bolkestein, były komisarz europejski, twórca dyrektywy usługowej. - Przecież dla każdego jest jasne, że gospodarcza przyszłość należy do państw skandynawskich, Wielkiej Brytanii i modernizujących się nowych państw członkowskich z Polską na czele, do liberalnego, a nie anachronicznego socjalnego modelu gospodarki.
Francja przeżywa największy od lat kryzys wewnętrzny. Ostatnie pół roku pokazało, że francuski system socjalny ani model integracji wewnętrznej się nie sprawdziły. Eurodeputowana Roselyn Bachelot, która w poprzednich wyborach była rzecznikiem kampanii Chiraca, a teraz przeszła do obozu Sarkozy'ego, przyznaje: - Mamy problem z imigrantami, musimy zreformować rolnictwo, przekształcić system socjalny. Tak źle od wielu lat nie było. Niemcy dopiero zaczynają wychodzić z głębokiej recesji, ale na optymizm jeszcze za wcześnie. Belgia jest targana coraz większymi podziałami między uboższą walońską częścią kraju a bogatszą flamandzką, która buntuje się przeciw dofinansowywaniu ubogiego krewnego i chce większej autonomii. Opiekuńczy model państwa przy rosnącej liczbie imigrantów grozi krachem finansowym. Konstrukcja belgijska już wkrótce rozpadnie się jak domek z kart. Włochy są zaś w gospodarczej próżni.
Większość Włochów jest tak zmęczona niestabilną sytuacją wewnętrzną, że kompletnie nie zastanawia się nad przyszłością Europy. Ta kwestia zajmuje jedynie część elit politycznych, ale i tak schodzi na drugi plan w porównaniu z problemem imigrantów. Prodi powinien się skoncentrować na swoim kraju - mówi Jaś Gawroński, eurodeputowany z Włoch. Pstrokata "wielka koalicja" Prodiego, obejmująca partie od komunistycznej po chadeckie, zdaje się rozsypywać jeszcze przed jej utworzeniem. Berlusconi zapewnia, że będzie ona tylko "nawiasem" we włoskiej polityce.
Ambicje Prodiego wręcz wyśmiewa eurodeputowany Antonio Tajani, były szef państwowego radia we Włoszech. - Włochy powinny dalej grać ważną rolę wewnątrz unii, ale bez przesady. Nie do nas należy mówienie innym krajom, co mają robić, i decydowanie za nich. Konstytucja jest ważna, choć nie w obecnej formie, ale na nią przyjdzie czas. Teraz mamy ważniejsze problemy.

Seanse Profesora
Kiedy w 1998 r. kierowany przez Romano Prodiego rząd stracił poparcie koalicjanta, Professore - jak nazywają go Włosi - podał się do dymisji i rozważał wycofanie się z polityki. Rok później został jednak wybrany na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Wielka w tym zasługa jego starszego brata Vittorio, który wprowadził go do polityki, a potem jako eurodeputowany (z frakcji liberalnej) z wieloletnim stażem wypromował w brukselskich kuluarach. Drugi raz Prodi znalazł się w opałach, gdy w 2000 r. gazety zaczęły przypominać kulisy procesów prywatyzacyjnych, nad którymi Professore miał kontrolę. Prokuratura jednak niczego mu nie udowodniła. Oczkiem w głowie Prodiego jako szefa Komisji była konstytucja europejska i wizja Europy jako światowego supermocarstwa. - Prodi był przeciętnym szefem Komisji Europejskiej, bo o wiele bardziej od spraw europejskich interesowała go włoska polityka i swoją kadencję potraktował jako okazję do ponownego zaistnienia we włoskim życiu publicznym - twierdzi Antonio Tajani. - Prodi był bezbarwnym szefem KE, miał kilka ciekawych pomysłów, ale na jego niekorzyść działał brak charyzmy i osobowości - uważa Jaś Gawroński.
Choć po wyborach Prodi chce wkroczyć w wielkim stylu na scenę europejską, nad jego głową ponownie gromadzą się ciemne chmury. Brytyjski eurodeputowany Gerard Batten postuluje, by Parlament Europejski zbadał przeszłość Prodiego. Były agent KGB, obecnie ukrywający się w Londynie, twierdzi publicznie, że Prodi przez lata współpracował z sowieckim wywiadem. - Jeżeli ten człowiek jako premier Włoch będzie zasiadał w Radzie Europejskiej, uzyska dostęp do tajnych informacji. Musi więc udowodnić swoją niewinność - mówi "Wprost" Batten. Przypomina, że przed laty, kiedy uprowadzono i zamordowano premiera Aldo Moro, to właśnie Prodi, powołując się na wiedzę z seansu spirytystycznego (!), podał miejsce, w którym ukryte były zwłoki polityka.

Zmiany bez zmian
Wykluczeni przez Prodiego z "grupy trzymającej władzę" Brytyjczycy obserwują unijne dyskusje bez emocji. Według sondaży, 70 proc. z nich sprzeciwia się eurokonstytucji, dlatego Tony Blair nie zaryzykuje przeprowadzenia referendum, tym bardziej że liczba zdeklarowanych eurosceptyków w Wielkiej Brytanii stale rośnie. Dwa lata temu w wyborach do Parlamentu Europejskiego na Independence Party, która chce wystąpienia kraju z UE, głosowało 16 proc. Brytyjczyków. - Nam bycie w unii się nie opłaca, dopłacamy, a profitów mamy niewiele - uważa Derek Clark, eurodeputowany z ramienia Independence Party. Dlatego Londyn opowiada się za poszerzaniem, a nie pogłębianiem unii. - Co to znaczy "demokratyczna centralizacja"? Żadna centralizacja władzy nie jest demokratyczna, chore ambicje kilku polityków doprowadzą nas na skraj przepaści - dodaje Clark.
Prof. Jens Hoff z uniwersytetu w Kopenhadze nie kryje obaw. - Mimo głosów krytyki idea Prodiego ma szanse urzeczywistnienia, podobnego zdania co on są rządy w Berlinie, Brukseli, Madrycie i Paryżu, choć następca Chiraca może zmienić opinię. Jeżeli uda im się przekonać pozostałe kraje, a wiele małych krajów, np. Austria, jest im przychylnych, i z ich pomocą przeforsują najważniejsze postulaty eurokonstytucji, to znajdziemy się na równi pochyłej. Eurokonstytucja proponuje bowiem ograniczenie suwerenności krajów w najważniejszych kwestiach: polityki zagranicznej, obronnej i podatkowej. To niebezpieczna utopia - ostrzega Hoff.
Fiasko dyrektywy usługowej i problemy z otwarciem rynków pracy są gwoździem do trumny europejskiej wspólnoty gospodarczej. Z marzenia o wspólnym rynku zostają wióry. Przeobrażenie tej idei we wspólnotę polityczną to wypaczenie pierwotnego pomysłu, które może grozić powstaniem Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Taką czarną wizję przyszłości europejskiej roztacza Władimir Bukowski. - Unia coraz bardziej upodabnia się do ZSRR, powolna centralizacja władzy, ograniczanie kompetencji rządów krajowych, nawet iście sowiecka korupcja - mówi były sowiecki dysydent.
Jeśli chcemy, by sprawy pozostały jak dotychczas, konieczne będą zmiany - słowa jednego z bohaterów "Lamparta" Giuseppe Tomasiego di Lampedusy wydają się dziś szczególnie aktualne w odniesieniu do UE. Europa musi się stać supermocarstwem - mówił Romano Prodi jeszcze jako przewodniczący Komisji Europejskiej. Lokomotywie, która miałaby poprowadzić UE do tego celu, brakuje jednak pary.
Okładka tygodnika WPROST: 18/2006
Więcej możesz przeczytać w 18/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także