Coś bardzo osobistego o imigrantach. „Piżamki z Keleti śnią mi się do dziś”

Coś bardzo osobistego o imigrantach. „Piżamki z Keleti śnią mi się do dziś”

Wrzesień 2015, dworzec Keleti w Budapeszcie
Wrzesień 2015, dworzec Keleti w Budapeszcie / Źródło: Newspix.pl
Nie można mówić, czy pisać o kryzysie humanitarnym, nie mogąc rozmawiać z ludźmi, którzy stają się jego ofiarami. Albo przynajmniej są świadkami tych wydarzeń. Dziś, mimo że pozostaje mi bazować na białoruskich relacjach, przed oczyma mam umierającą na oczach swoich dzieci Irakijkę. Ofiarę nie jednego, ale wielu systemów.

Nigdy nie byłam na wojnie, nie będę porównywać się do dziennikarzy, którzy relacjonowali konflikty zbrojne, a dziś nie mogą zbliżyć się nawet do polsko-białoruskiej granicy, bo minister Kamiński tak boi się przygranicznych „incydentów”, że ich tam nie wpuszcza. „Bronimy granicy, są tam uzbrojeni funkcjonariusze. Nie róbcie z poważnych rzeczy jakiegoś zagadnienia polityczno-medialnego” – powiedział przecież w czasie poniedziałkowej konferencji.

I on, i inni przedstawiciele rządu, odgrywają właśnie oscarowe role, udając troskę m.in. o dziennikarzy, która jest równie absurdalna co fakt, że polskie media bazują dzisiaj na białoruskich przekazach, przerzucanych nam nad zasiekami.

Nie byłam na wojnie, ale w 2015 roku dwukrotnie, z bardzo bliska, śledziłam kryzys migracyjny. Najpierw, gdy we wrześniu dworzec Keleti w Budapeszcie zamienił się w gigantyczny obóz dla imigrantów. W tamtym czasie do stolicy Węgier docierało nawet po kilka tysięcy uchodźców dziennie.

Artykuł został opublikowany w 38/2021 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 5

Czytaj także