Pytany o tę wypowiedź Komorowskiego, Tusk powiedział, że "prezydent ma uprawnienia konstytucyjne, które pozwalają mu dwukrotnie być inicjatorem" przy powoływaniu rządu. - W pierwszym i trzecim kroku (opisanych w konstytucji) prezydent ma dużo do powiedzenia, jeśli chodzi o gabinet - przypomniał premier. Zwrócił uwagę, że formalnie to prezydent desygnuje premiera i ministrów.
Szef rządu stwierdził, że wszystko zależy od "smaku, wyczucia obyczaju, tego co wypada, a co nie wypada, w jaki sposób korzystamy z przepisów o charakterze formalnym". Dodał, że prezydent ma prawo korzystać ze swoich uprawnień, tak jak uzna to za stosowne. - Pamiętam, i powiedziałem to prezydentowi Komorowskiemu, że kiedy prezydentem był Lech Kaczyński, kiedy Platforma wygrała wybory, a ja byłem jej przewodniczącym, to prezydent Kaczyński nie kwestionował tego dość świeżego obyczaju (że szef zwycięskiej partii zostaje premierem). Wiem, że nie było to łatwe i proste, też dla ówczesnego prezydenta, ale raczej starał utrwalić się ten obyczaj - mówił Tusk.
Zdaniem premiera, "jeśli jakaś partia wygrywa wybory to powinno być rzeczą naturalną, że jej przewodniczący jest kandydatem na premiera". - Żeby Polacy, wybierając partię, wiedzieli, na kogo stawiają, jeśli chodzi o najważniejszą funkcję wykonawczą - argumentował. Jak powiedział, na miejscu prezydenta uznałby, gdyby inna partia wygrała wybory, że trzeba zacząć od szefa partii. - Nawet jeśli nie nasz ulubieniec jest tym potencjalnym kandydatem - zaznaczył szef rządu.
Tusk zapewnił, że słów Komorowskiego nie odebrał jako skierowanych pod jego adresem. - Dość dobrze znamy swoje wzajemne plany z prezydentem Komorowskim. Warto podkreślać na każdym kroku - zróbmy razem wszystko, aby wyborcy mieli poczucie, że to oni decydują o tym, kto rządzi w Polsce - podkreślił Tusk.
pap, ps
