Beznadziejna matka Polka

Beznadziejna matka Polka

Zdobyłam niemal całą dostępną wiedzę na temat wychowania dziecka i dowiedziałam się właśnie, że jestem beznadziejną matką. Podobnie jak inne współczesne Polki.

Zazdroszczę mojej matce. W porównaniu ze mną miała łatwo. Za komuny młode matki miały do dyspozycji jedną, ale za to wszystkowiedzącą książkę pt. „Małe dziecko”. To, czego chciały się dowiedzieć o wychowaniu, było w niej podane w formie prostych, niebudzących wątpliwości zaleceń. Kiedy niemowlę płacze, należy odłożyć je do łóżeczka. Ma się wypłakać i nie przyzwyczajać do noszenia. Inaczej będzie tyranizować matkę. Kiedy zamieni się w starsze dziecko, nie powinno przerywać dorosłym. Musi tak długo siedzieć przy stole, aż zje wszystko z talerza. I w ogóle robić to, co mu się każe. Dzieciak niegrzeczny dostaje klapsa, a kiedy zasłuży, bo wkłada palec do kontaktu, to lanie. No i kiedy jest niegrzeczny, to jest jego wina.

Tak było kiedyś. Teraz to wina matki. Bo teraz wszystko jest odwrotnie. Rodzice mają do dyspozycji poradniki na temat wychowania, podręczniki o rozwoju dziecka, poradnikowe portale internetowe, gazety i poradnie psychologiczne, do których mogą pójść na szkolenie, jeśli wciąż odczuwają bezradność. Wiedza jest tak obszerna i dostępna, że kiedy czterolatek wrzeszczy w sklepie, że chce dinozaura, stanowi żywy dowód na nieudolność matki, która najwyraźniej nie przyłożyła się do lektur i nie wie, jak skutecznie przekonać dziecko, żeby dinozaura nie chciało.

Między bakterią a korporacją


Ja się przyłożyłam. Czytam od dziewięciu lat. Zaczęłam od kalendarza ciąży, tydzień czwarty. I już na wstępie poległam. „Twoje dziecko zyskuje oficjalne miano zarodka” – dowiedziałam się wzruszona na portalu Babyboom. Co za odpowiedzialność! Szukałam więc dalej w internecie. Dowiedziałam się, że: nie wolno mi głaskać kotów (toksoplazmoza, która może się przyczynić do poronienia), jeść tatara ani sadzić kwiatków na balkonie (toksoplazmoza jest też w surowym mięsie i ziemi), serów pleśniowych (bakterie), jeździć w góry (ciśnienie na wysokości powyżej 2 tys. m zagraża ciąży), denerwować się ani chorować. Jakby co, będę miała wyrzuty sumienia do końca życia. Dlatego tamtego lata, kiedy spodziewałam się dziecka, każdą truskawkę myłam oddzielnie, żeby nie zostało na niej nawet jedno ziarenko piasku. Kupiłam dwie książki o rozwoju ciąży i przygotowaniach na nadejście maleństwa. Długo wertowałam, zanim wybrałam, bo na półce w księgarni stało ich kilkanaście. I zaczęłam czytać.

Że ciąża to nie choroba. Że nie powinnam rezygnować z pracy ani z codziennych przyjemności. Że siedząc w domu i tyjąc, zaszkodzę sobie i dziecku. Mam się ruszać, chodzić na basen, zdrowo się odżywiać i pracować jak zwykle. No dobrze, a co z wirusami, bakteriami i stresem, przed którymi przestrzegali mnie inni specjaliści? Czy ktoś widział spokojnego pracownika korporacji? Próbował kupić zdrowe dania w firmowej stołówce? Przetrwał w biurze bez kataru sezon grypowy? To był dla mnie pierwszy znak, że porady z książek, gazet i internetu bywają trudne do zestawienia z życiem. I że gruntowna znajomość materiału może bardziej zdezorientować niż powierzchowna.

Znawcy teorii

Czasami wystarczy, że przez chwilę poobserwuję kogoś na placu zabaw, a bez trudu odgaduję, który poradnik przeczytała matka chłopca z piaskownicy. Na przykład po tym, jak ogłasza dziecku koniec zabawy. – Wolisz pójść do domu na nóżkach czy pojechać na rowerku? – pyta spakowana i gotowa do drogi, podczas gdy dziecko nieprzerwanie oklepuje łopatką wiaderko. Sprytne. Tak właśnie radzą robić Adele Faber i Elaine Mazlish w książce „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Nie narzucać dziecku gotowego rozwiązania, bo będzie protestować, tylko dać mu wybór, stworzyć wrażenie, że zdecydowało samo. Też to stosuję. W książce „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” te same autorki piszą wyraźnie, że chwalić trzeba opisowo, powiedzieć, co dziecko zrobiło, i zaznaczyć, że mi się to podoba. Wtedy dziecko będzie chciało zrobić jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Natomiast same pochwały i zachwyty sprawiają, że mały człowiek osiada na laurach i nie chce mu się już dłużej wysilać. Próbuję to zastosować. – Bardzo podoba mi się twój zamek z piasku, ma dużo wieżyczek, jest duży i ciekawie zbudowany – mówię więc na plaży do czteroletniego synka. I patrzę z wyższością na matkę, która swojemu dziecku po prostu biła brawo, wołając „super”.

Problem w tym, że dobre rady nie zawsze się sprawdzają. – Ubrałaś się? – wołam do ośmioletniej córki. Jest godz. 7.30, za dziesięć minut musimy wychodzić do szkoły. Na stole stygnie parówka (z poradników wiem, że niezdrowa, ale z życia wiem, że jak córka mówi, że ją zje, nie ma sensu dyskutować), a córka wciąż siedzi zamknięta w pokoju. Wołam więc drugi raz, ale głośniej: – Ubrałaś się? Znowu cisza. Jak się spóźni, nauczycielka będzie miała pretensje do mnie, więc jestem żywotnie zainteresowana punktualnym przybyciem do szkoły. Idę więc sprawdzić, czy się ubrała, okazuje się, że siedzi przy biurku i rysuje laurkę dla koleżanki z klasy. Poradniki powiedziałyby na temat tej sytuacji wiele, ale na pewno nie doradziłyby tego, co właśnie robię: – Ubierzesz się do cholery czy nie? Ile razy mam powtarzać? Czy tobie naprawdę nie przeszkadza to, że się spóźnisz? – krzyczę. Półka z poradnikami dokonuje symbolicznego załamania.

Dlaczego jestem tak beznadziejna, skoro wiem tak dużo? Po co mi te wszystkie książki i portale, skoro w sytuacji stresowej wybucham i krzyczę, zamiast zachęcić dziecko do ubierania, nie naruszając przy tym jego godności i poczucia bezpieczeństwa? Dlaczego zapędzanie córki do odrobienia lekcji wywołuje we mnie chęć rzucania doniczkami o ścianę? Tak, tak, wiem, bo jestem bezsilna. Tylko dlaczego wciąż jestem bezsilna, skoro się tyle naczytałam?

Dziecko jak kibol

Czasami myślę, że jeszcze nigdy macierzyństwo nie było tak trudne jak w dzisiejszych czasach. Kiedy człowiek nie słyszał o psychologii, nie miał świadomości, że zachowanie dziecka tak bardzo zależy od jego zachowania. Owszem, miał zszargane nerwy, ale przynajmniej spokojne sumienie. A ja jedno i drugie mam w strzępach. Wiem, jak wychować szczęśliwe dziecko (pisze o tym John Medina, biolog molekularny zajmujący się rozwojem mózgu), a często traktuję je jak kibola drużyny przeciwnej. No, a potem się zadręczam, bo tyle akurat wiem, że to bardzo źle. – Większość rodziców, którzy przychodzą do mnie ze swoimi dziećmi, jest doskonale wyedukowana w sprawach wychowawczych. Tylko nie umie zastosować tej teorii w życiu – mówi Patrycja Rzepecka, psychoterapeutka dziecięca z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju przy Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. A więc inni też tak mają, nie jestem wyjątkiem!

Awantura o tablet

Mam przed oczami zdjęcie z wakacji. Siedzę sobie w cichej, uroczej kawiarence w muzułmańskiej części Sarajewa. Przede mną mały stoliczek, a na nim tygielek z pachnącą kawą i maleńka filiżanka. Postępuję zgodnie z podręcznikową zasadą, że rodzic też człowiek i też ma prawo do czasu dla siebie. Przez ostatni tydzień dzieci szalały na plaży, choć ja plaży nie lubię, teraz więc będzie przyjemność dla mnie. Na zdjęciu z wakacji widać, jak podręczniki rozmijają się z życiem, obok mnie, oprócz stoliczka z tygielkiem, widać dwójkę moich małych rozwrzeszczanych potworów. Rozmazanych, bo nie dało ich się uchwycić w bezruchu.

Rzucają się głową i całym ciałem na kanapę, na której siedzę, machając w powietrzu nogami, a tygielek, pamiętam to dobrze, trzęsie się wraz z całym stoliczkiem. Ja mam minę, jakbym straciła kogoś bliskiego. A przecież podręcznikowe dzieci powinny wiedzieć, że teraz należy siedzieć spokojnie i dać mamie podelektować się chwilą. Mogłam ich przecież nie zabierać na żadne wakacje, wtedy wypiłabym tę kawę w spokoju, ale wtedy nie byłabym podręcznikową matką. Ani sobą. Nie jest więc tak, że nie stosuję podręcznikowych metod wychowawczych. Ależ stosuję, tylko dzieci nie chcą się im podporządkować! A potem sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i wybucham. Gdzie zatem popełniam błąd? Ja, świadoma współczesna matka, która chce „Kochać i rozumieć” (tytuł książki Ireny Obuchowskiej), bo żyję w czasach, w których właśnie tego się ode mnie wymaga. I która ciągle popada we frustrację, bo udaje jej się raczej kochać, niż rozumieć. – W teoretycznych sytuacjach, które opisują podręczniki, ważne są detale, niuanse – uspokaja mnie nieco Patrycja Rzepecka, psycholożka. – Nawet świetnie oczytany rodzic może ich nie wyłapać – dodaje. Niedawno była u niej kobieta, opowiadała o swej bezsilności związanej z dzieckiem i tabletem. Syn koniecznie chciał zabrać go do szkoły, ona nie chciała się zgodzić. Postawiła granicę (brawo!), powiedziała: „nie”, ale syn wpadł w histerię. Tego podręcznik nie przewidział.

– A co konkretnie pani powiedziała synowi? – dopytywała Rzepecka. – Że nie i że porozmawiam z tatą – relacjonowała kobieta. Następnie przed terapeutką usiadł syn. Pytany o tę samą sytuację opowiedział: – Mama się zgodziła. Powiedziała, że jeszcze tylko porozmawia z tatą – opowiadał.

– Tej kobiecie wydawało się, że powiedziała „nie”, ale tak naprawdę tylko to pomyślała – opowiada Rzepecka. – Problem komunikacyjny. Bardzo częsty w relacjach rodziców z dziećmi. Wtedy w tym Sarajewie powinnam zatem pewnie usiąść rano przed dziećmi i powiedzieć: – Słuchajcie, mieliście tydzień na plaży, to teraz ja chcę mieć dla siebie pół dnia w tym mieście, które tak bardzo mi się podoba. Za to możemy się umówić, że po obiedzie poszukamy dla was jakiegoś placu zabaw. Czyli przedstawić przewidywalny scenariusz z atrakcją w perspektywie. Tak odczytuję rady z podręczników. Ciekawe, czyby się udało. Bo kiedy wyuczone metody się nie sprawdzają, do głosu dochodzi doświadczenie.

Czyli to, co każdy z nas wyniósł z domu, wzór, który wdrukowali mu rodzice w dawnym, niedzisiejszym procesie wychowania. A że ten wzór często w nas samych budzi opór, popadamy we frustrację. To właśnie w takich sytuacjach kobiety się skarżą: – Nagle w swoich gestach i w głosie usłyszałam własną matkę. O, zgrozo! Straszne, ale potwierdzone naukowo. – Wobec własnych dzieci zachowujemy się tak, jak zachowywano się wobec nas. Wiedza potoczna nakłada się na wiedzę naukową, wielu rodziców nie radzi sobie z odnalezieniem się w natłoku metod, żeby zmienić utrwalone wzory i schematy zachowań – mówi Rzepecka. Stąd popularność warsztatów dla rodziców, dziecięcych grup psychoterapeutycznych oraz treningów coachingowych.

Żyć po francusku

Pocieszające, że na horyzoncie pojawia się już nowy trend. Dowiedziałam się o nim niedawno na kinderbalu, na szóstce sąsiada. Jedna z matek zaproszonych gości opowiadała mi z zapałem o książce, którą właśnie przeczytała. „W Paryżu dzieci nie grymaszą”. Hit ostatniego roku. Książkę napisała Pamela Druckerman, Amerykanka, która zamieszkała w Paryżu. Obserwując tamtejsze matki, porównywała anglosaski i francuski styl wychowania. Ten anglosaski bardziej przypominał nasz, może dlatego, że mamy w księgarniach więcej amerykańskich poradników. Znajoma była zachwycona francuskimi metodami. – Oni tam nie zrywają się w nocy do dziecka, jak zapłacze – opowiadała z wypiekami na twarzy. – Ja wstawałam. Przez dwa lata! A francuskie dzieci przesypiają noce w wieku trzech miesięcy, wyobraź sobie, bo tamte matki rozumieją, że każdy budzi się w nocy i trzeba mu dać znowu zasnąć. Ja tego nie wiedziałam. I byłam jak wrak. A one kwitnące.

Czyli znowu wszystko na odwrót. Teraz już nie należy się przejmować aż tak jedzeniem, nie planować kariery dziecka już w podstawówce, nie zapisywać go na więcej niż jedne zajęcia dodatkowe, nie szukać wszędzie zarazków. Tylko żyć normalnie, po francusku. Może dlatego moi kuzyni z Paryża z takim spokojem piją w niedzielne południe kawę w ogrodzie, wystawiając uśmiechnięte twarze do słońca, podczas gdy ich trzej wyjątkowo rozbiegani synowie bawią się w odległej części domu? I nie przychodzą co trzy minuty, tak jak moje dzieci, by powiedzieć, że chciałyby jeszcze soczku. Coś nie mam szczęścia do tej kawy. No, ale przecież nie odgonię córeczki ani synka, chcę, żeby mieli szczęśliwe dzieciństwo. W końcu jestem matką Polką i poświęcanie się dla dzieci mam zapisane w genach! ■

Okładka tygodnika WPROST: 22/2014
Więcej możesz przeczytać w 22/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0