„Mam schizofrenię. Jej epizod jest jak wybuch wulkanu, potrafi wszystko rozwalić”

„Mam schizofrenię. Jej epizod jest jak wybuch wulkanu, potrafi wszystko rozwalić”

Aleksandra Młynarczyk-Gemza
Aleksandra Młynarczyk-Gemza Źródło:Michał Lichtański
Od ciotki usłyszałam, że książka się jej nie podobała. Przypuszczam, że odnalazła siebie w jednej z bohaterek. Inna ciotka podobno zadzwoniła do tej pierwszej z płaczem. Mówiła, że nie wiedziała, że tak to wygląda, że w rodzinie jest coś takiego jak schizofrenia – wyznaje Aleksandra Młynarczyk-Gemza, artystka, która w książce „Zapiski wariatki” opisała swoje życie ze schizofrenią.
Aleksandra Młynarczyk-Gemza jest absolwentką Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie oraz Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W swoich pracach nawiązuje do body artu, sztuki kobiet oraz abject artu. Za sprawą swojego debiutu prozatorskiego, czyli książki „Zapiski wariatki”, 35-latka dokonała publicznego coming outu, wyznała, że od czasów liceum cierpi na schizofrenię.

Wiktor Krajewski: Schizofrenia to temat tabu. Ty jednak odważyłaś się głośno powiedzieć o tym, że schizofrenia dotyczy ciebie i wydałaś książkę pt. „Zapiski wariatki”. Zanim książka ujrzała światło dzienne, ukrywałaś to, z czym borykasz się w swoim życiu?

Aleksandra Młynarczyk-Gemza: Gdy miałam pierwszy epizod, mieszkałam na wsi. Rodzice poprosili mnie, żebym nie mówiła sąsiadom, co się ze mną dzieje. Trafiłam do szpitala, a matka z ojcem wszelkie pytania o mnie zbywali krótką odpowiedzią, że gdzieś wyjechałam. Generalnie było wiadomo, że wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie powinno. Chyba długo żyłam z przekonaniem, że naprawdę nie wolno mi wyjawiać innym informacji o tym, że mam schizofrenię.

Oczywiście czułam przyzwolenie, żeby pewnym osobom dać znać, że miałam jakieś kryzysy osobowościowe, psychiczne – mniejsze, większe, depresję, coś takiego jak ataki lękowe, histerię...

Ale nie schizofrenię?

No, nie. Wydaje się, że jest to za duży kaliber, by sobie pozwolić na wyjście do ludzi z taką informacją. Odniosłam wrażenie, że lekarze też trochę próbowali mnie asekurować w temacie choroby. Kiedy w wypisach ze szpitala pojawiała się informacja, co zostało u mnie zdiagnozowane, psychiatra od razu zaznaczał, żebym się nie przejmowała.

„Pani Aleksandro, dajemy na wyrost diagnozę, żeby pani miała refundowane leki, ewentualnie inne świadczenia zdrowotne”, słyszałam.

Źródło: Wprost

Ponadto w magazynie