Ciekawie było patrzeć, jak w Gabinecie Owalnym Białego Domu niemiecki kanclerz Friedrich Merz pokornie przyjmował razy wymierzane Europie przez Donalda Trumpa. Merz krzywił się i grymasił, gdy prezydent USA nazwał Angele Merkel fatalną szefową niemieckiego rządu i pastwił się nad Hiszpanią, której lewicowy premier odmówił USA dostępu do baz NATO w jego kraju. Merz nie powiedział prawie nic. Rozmowa w cztery oczy z Trumpem trwała ponoć także tylko 20 minut.
Jedyne, co potem zrobiło na światowych i niemieckich mediach wrażenie, to oświadczenie Merza, że Niemcy nie będą odwoływać się do prawa międzynarodowego w stosunku do reżimów, które same go nie przestrzegają. Dla kraju, który dotąd stawiał handel z reżimami ponad wszystko i bronił go zawsze pod pretekstem ochrony prawa międzynarodowego, takie oświadczenie to prawdziwie kopernikański przewrót.
Merz uznał, że Niemcom nie opłaca się stawiać USA w obronie Iranu, który jeszcze kilka lat temu był jednym z najbardziej obiecujących kierunków ekspansji niemieckiego eksportu. Czy w zamian za to poparcie USA Merz uzyskał od Białego Domu weksel na reprezentowanie całej Europy? Tego nie wiemy i pewnie szybko się nie dowiemy. Zwłaszcza, że reakcje innych europejskich sojuszników na działania USA wobec Iranu nie są takie same jak niemieckie.
Czytaj też:
Friedrich Merz – ostatnia nadzieja Europy? „Unia potrzebuje niemieckiego przywództwa”
Rywalizujący z Merzem o przywództwo w Europie prezydent Francji Emanuel Macron skorzystał z okazji, jaką stwarza wojna z Iranem, na swój własny sposób.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
