Faszyści pod Tatrami

Faszyści pod Tatrami

Dodano:   /  Zmieniono: 
Werdykt wyborców zdestabilizował sytuację polityczną na Słowacji. Powód do niepokoju mają zarówno partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej, jak i Unia Europejska.

Od wyborów parlamentarnych na Słowacji minął już ponad tydzień, a bratysławski świat polityki nadal trwa w szoku. To, co miało być rutynowym potwierdzeniem dominacji rządzącej do tej pory partii Smer (Kierunek) premiera Roberta Ficy, okazało się procesem rozsadzającym nagle cały porządek polityczny u naszych południowych sąsiadów. Całkowite rozjechanie się prognoz przedwyborczych na Słowacji pokazuje, że kłopoty z wiarygodnością sondaży mamy nie tylko w Polsce. Według badań ośrodków sondażowych stabilną większość (być może umożliwiającą nawet samodzielne rządzenie) miał otrzymać Smer, któremu wróżono zdobycie grubo ponad jednej trzeciej głosów. Gdyby to nie wystarczyło, Fico dobrałby sobie koalicjanta i rządził dalej w przekonaniu, że wyborcy nie widzą alternatywy dla jego wizji.


Straszenie nie popłaca


Główną taktyką kierownictwa Smeru było ciągłe straszenie Słowaków falą uchodźców. Okazało się to nawet skuteczne, tyle że część zaniepokojonych wyborców zwróciła się niespodzianie wprost ku skrajnej prawicy. W ten sposób doszło do największego zaskoczenia, czyli zdobycia prawie 9 proc. głosów przez ekstremistyczną, otwarcie rasistowską partię Nasza Słowacja Mariana Kotleby, której wcześniej nie wróżono nawet wejścia do parlamentu.
Paradujący w stroju przypominającym mundur faszystowskiej Gwardii Hlinki z czasów wojny Kotleba nie jest nowicjuszem na słowackiej scenie politycznej – jego ugrupowanie uzyskało dobry wynik już w czasie wyborów samorządowych w kraju bańskobystrzyckim w 2013 r., a on sam został żupanem (wojewodą) w Bańskiej Bystrzycy. Wszyscy pocieszali się, że to była pojedyncza wpadka. Teraz widać, że nie całkiem. Cieszyć się może tylko partia słowackich nacjonalistów (SNS), która również weszła do parlamentu, ale na tle polityka oskarżanego o wręcz faszystowskie ciągoty wygląda na całkiem umiarkowaną. Fatalnie wybrana taktyka walki wyborczej dała Smerowi zaledwie 28 proc. głosów – tak złego wyniku nie przewidział nikt. Dodatkowo to cios dla samego Ficy, który traktował ostatnie wybory trochę jak referendum na temat swojej roli przywódczej. Wyniki innych partii też okazały się odległe od prognoz – liberalna Wolność i Solidarność (SaS) miała dostać 3 proc. głosów, a dostała 12. Nic nie znacząca partia Zwykli Ludzie i Niezależne Jednostki (OĽaNO-NOVA) skończyła na trzecim miejscu – 11 proc. Wspólna węgiersko-słowacka partia Most-Hid uzyskała 6,5 proc. Chadecka KDH w ogóle nie weszła do parlamentu, w którym znalazło się za to populistyczne ugrupowanie Jesteśmy Rodziną Borisa Kollára, mało znanego polityka podejrzewanego o kontakty z bratysławskim półświatkiem, o którym na pewno wiadomo tylko tyle, że ma dziewięcioro dzieci z ośmioma partnerkami. W czarnej dziurze polityki zniknęła zapewne już na zawsze SDKÚ-DS, partia byłych premierów Mikuláša Dzurindy i Ivety Radičovéj.


Rząd nie do sklecenia


Ostatecznie do rozdrobnionego parlamentu weszło osiem partii reprezentujących całe spektrum polityczne. W tych warunkach utworzenie nowego rządu będzie drogą przez mękę. Słowaccy analitycy układają najróżniejsze kombinacje, z których w żaden sposób nie wychodzi stabilny rząd. Właściwie jedynym pozytywnym elementem tych rozważań jest przekonanie, że z Kotlebą, człowiekiem używającym faszystowskiego pozdrowienia „Na stráž!“, nikt nie wejdzie w żadną koalicję.

Gorzej, że z Robertem Ficą także mało kto chce współpracować. Wprawdzie prezydent Andrej Kiska już powierzył mu misję stworzenia nowego gabinetu, ale po wszystkich przymiarkach okazuje się, że w 150-osobowym parlamencie szefowi Smeru brak 12 „szabel”. Nie lepiej wygląda szansa na stworzenie trwałej koalicji sześciu partii centrowych i populistycznych. To twór bardziej teoretyczny niż zdolny do funkcjonowania (doświadczenia wielopartyjnej prawicowej koalicji pod wodzą Dzurindy z lat 1998- 2006 pokazują, że na Słowacji wychodzi to kiepsko). Niektórzy uważają, że rządząca dotychczas partia mogłaby przekonać do siebie część innych ugrupowań pod warunkiem, że z pola widzenia zniknąłby sam Fico. Ale ten znany uparciuch o wielkich ambicjach nie zgodzi się na rolę biernego obserwatora polityki.


Partner mniej wiarygodny


Najbardziej prawdopodobną perspektywą wydają się żmudne (i niestety raczej bezowocne) rozmowy koalicyjne, po których prezydent Kiska zmuszony będzie powołać jakiś gabinet „techniczny”. Nie uczyni to ze Słowacji wiarygodnego partnera ani dla Grupy Wyszehradzkiej, ani dla Unii Europejskiej.
Perspektywa wpadnięcia Bratysławy w trwały, wewnętrzny wir polityczny to przede wszystkim problem dla grupy V4, która w ostatnich miesiącach próbowała tchnąć nowego ducha w przygasającą od kilku lat współpracę środkowoeuropejską. Polskę, Węgry, Czechy i Słowację zjednoczył opór przeciwko unijnym planom rozdzielania obowiązkowych kontyngentów uchodźców. Pojawiły się też plany wspólnych inicjatyw infrastrukturalnych – jak choćby budowy trasy Via Carpatia, czy wojskowych – czego przykładem stało się powołanie wspólnego batalionu „wyszehradzkiego”. Bez aktywnego udziału państwa leżącego w samym środku grupy V4 rozwijanie tej współpracy będzie jednak trudne. Zamieszanie polityczne w Bratysławie nie jest też dobrą wiadomością dla Brukseli.

Wprawdzie to niezbyt duże państwo nie jest kluczowym graczem na naszym kontynencie, ale tak się składa, że akurat w drugiej połowie bieżącego roku obejmie rotacyjną prezydencję Unii Europejskiej. Tymczasem nie można wykluczyć, że fiasko tworzenia rządu spowoduje ostatecznie konieczność rozpisania nowych wyborów właśnie w tym czasie. Byłby to zarówno prestiżowy cios dla Słowacji, jak i ból głowy dla przywódców UE, która ma dziś wystarczająco dużo problemów, by nie dokładać do nich kryzysu rządowego w kraju sprawującym – przynajmniej formalnie – funkcję kontynentalnego koordynatora. Wszyscy dobrze pamiętają jeszcze fatalny okres unijnego przewodnictwa czeskiego w 2009 r., które wskutek upadku rządu Mirka Topolanka i przedterminowych wyborów zapisało się jako „droga po grudzie”. Na samą myśl o możliwej powtórce tego scenariusza wielu ludziom w Brukseli włos jeży się na głowie.

Więcej możesz przeczytać w 11/2016 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także