Prezydencka aukcja

Prezydencka aukcja

W amerykańskich wyborach wygrywa ten, kto wydał najwięcej na kampanię
Dwie rzeczy są ważne w polityce: pierwszą są pieniądze, a drugiej nie pamiętam". Tak mawiał Mark Hanna, autor sukcesu wyborczego prezydenta McKinleya. Był rok 1896. Od tego czasu podjęto wiele prób uregulowania finansów wyborczych. Z tak mizernym skutkiem, że przyjęło się nawet powiedzenie, iż w Ameryce warto znieść wybory i ogłaszać prezydentem tego, kto zebrał największe fundusze na kampanię wyborczą. Bo i tak wygra. Oszczędność z odwołania wyborów, zwłaszcza tych w 2008 r., byłaby ogromna. Kampania, która je poprzedza, już została ogłoszona najdroższą w historii Ameryki. Demokraci zebrali na rzecz swych kandydatów ponad 78 mln dolarów, republikanie, zazwyczaj zamożniejsi - "zaledwie" 53 mln dolarów. Faworyci poszczególnych obozów też zgromadzili już rekordowe budżety. Hillary Clinton ma ponad 26 mln USD, a republikanin Mitt Romney - prawie 21 mln USD. Duża część funduszy pochodzi od najzamożniejszych donatorów, grup nacisku i wielkich korporacji. Ale takie wsparcie otrzymuje się w zamian za pakiet zobowiązań. Teraz, gdy koszty wyborczej reklamy pomnażane są w nieskończoność przez kampanie telewizyjne, kandydat, który dotrze do Białego Domu, będzie takimi zobowiązaniami objuczony jak wielbłąd. Po wyborach w 2000 i 2004 r. rachunek za poparcie Busha wystawiło lobby energetyczne, farmaceutyczne i kompleks industrialno-wojskowy, a nawet farmerzy. Ten rachunek jest spłacany do dziś.

Miękkie i twarde pieniądze
Zdarza się, że mimo przeważających nakładów finansowych kandydat przegrywa, ale rzadko. Na przykład w wyborach do Kongresu w dziewięciu wypadkach na dziesięć zwycięża ten, kto więcej wydał na kampanię. Prawodawcy raz po raz podejmują próby ograniczenia wpływów zamożnych donatorów i grup nacisku, ale mimo że zaczęli już w XIX wieku, a ostatnia ustawa regulująca finansowanie wyborów, tak zwany akt McCaina- Feingolda, została przegłosowana w 2002 r., sposobów na ominięcie restrykcji jest wiele. Na przykład po wprowadzeniu ograniczenia wydatków wyborczych w 1925 r. kandydaci deklarowali po prostu brak wiedzy o sumach, jakie na rzecz kampanii wydali ich zwolennicy.
W dodatku Sąd Najwyższy USA w 1976 r. zadecydował, że wydatki polityczne można zakwalifikować jako "wolność słowa", a zatem próby ukrócenia politycznych inwestycji są - w świetle prawa - ograniczaniem wolności słowa. Najnowsza ustawa McCaina - Feingolda miała uregulować kwestię tak zwanych miękkich pieniędzy. Są to, w odróżnieniu od twardych pieniędzy, czyli datków bezpośrednich dla kandydata w wysokościach regulowanych prawem, pieniądze korporacji lub związków zawodowych przeznaczane pośrednio na pozornie niezależne fundusze zastępcze.
Ustawę - nie bez trudności - wprowadzono, lecz natychmiast znalazły się metody jej obejścia. Na przykład przez obdarowywanie organizacji zwanych 527 (od paragrafu prawa podatkowego). Organizacje te nie należą do sztabu wyborczego kandydata, ale wydają pieniądze tak, by go wesprzeć lub zdezawuować przeciwnika. Związana z obozem Busha grupa pod nazwą Weterani na rzecz Prawdy zainwestowała w ostatnich wyborach w spoty oczerniające senatora Kerry'ego i dość skutecznie zbiła jego notowania. "527" to teoretycznie grupy niezależne, ale rzadko bywają takie w rzeczywistości. Są wehikułem, który pozwala nadal korzystać z miękkich pieniędzy. W wyborach w 2004 r. zgromadziły one około 470 mln dolarów, z czego duża część pochodziła od indywidualnych darczyńców. 46 osób wpłaciło datki powyżej miliona dolarów. Ich głos zapewne bardziej zaważył niż głos maluczkich.

Pieniądze z sieci
Kampanie wyborcze opanowują też Internet. Pionierem "taktyki internetowej" był gubernator Vermont Howard Dean. Starając się o nominację z Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2004 r., Dean zrewolucjonizował system zbierania funduszy. Zwrócił się do internautów. Zmiany zainicjowane przez jego sztab przysporzyły mu zwolenników, popularności i pieniędzy. Monitowanie, nawet wielokrotnie, o wysyłkę niewielkich datków - rzędu 50 lub 100 dolarów - okazało się nadspodziewanie skuteczne. W wyborach w 2004 r. pierwszy raz od wielu lat demokraci zaczęli nadążać za republikanami w zbieraniu funduszy. Internet zmienił polityczną równowagę sił. Uaktywnił mniej zamożnych wyborców. Zaangażował w zbiórki funduszy i polityczne kwesty młodych ludzi, którzy w Ameryce byli do niedawna grupą apatyczną i rzadko uczestniczącą w wyborach. A kwestowanie w sieci okazało się tak skuteczne, że pod koniec kampanii senator Kerry zbierał w ten sposób 3 mln dolarów dziennie.
Badania wskazują, że elektorat internetowy jest bardziej aktywny politycznie: czterokrotnie częściej głosuje i trzykrotnie częściej przeznacza pieniądze na rzecz swego kandydata. Na zbiórce internetowej skupił się w obecnej kampanii senator z Illinois Barack Obama, ubiegający się o nominację demokratów. W marcu 2007 r. MySpace, popularna strona internetowa, ogłosiła, że zorganizuje wirtualne prawybory amerykańskie w styczniu 2008 r. Strona jest odwiedzana miesięcznie przez 65 mln Amerykanów. Miliony małych wpłat na rzecz kandydatów mogą zrównoważyć setki wielkich donacji. Może więc dzięki sieci wyrównają się nieco szanse tych kandydatów, za którymi nie stoją zamożne lobby.
I więcej będzie znaczyć głos wyborców aktywnych, lecz niekoniecznie bogatych. Technologie mogą też wyrównać polityczną wagę poszczególnych stanów. Zamożna i aktywna Kalifornia już wyłożyła ponad 20 mln USD na nadchodzące wybory, a przez pozostałe półtora roku dołoży znacznie więcej, po wyborach zaś upomni się o swoje.

Niewidzialna uwięź
Kłopot z wielkimi grupami interesów finansującymi wybranych kandydatów nie polega wyłącznie na tym, że dostają oni niezasłużone fory. Chodzi o to, że - jak mawiają Amerykanie - do tych prezentów przywiązane są niewidzialne nici. Po wygranych wyborach mąż stanu znajduje się na niewidzialnej uwięzi i w wielu kwestiach musi postępować jak marionetka. A za sznurki mogą pociągać dość szemrani faceci. Największy korporacyjny skandal Ameryki, upadek firmy Enron, przyspieszył wprowadzenie ustawy McCaina - Feingolda. Wyszło bowiem na jaw, że spośród 23 senatorów zasiadających w komisji badającej sprawę Enronu tylko jeden nie był finansowany przez tę firmę lub jej doradcę i audytora - firmę Arthur Andersen. Enron był najbardziej znaczącym fundatorem w kampanii Busha w 2000 r. i zapleczem wiceprezydenta Cheneya. Do klubu firm sponsorujących dołączył też Halliburton, zarządzany dawniej przez Cheneya, oraz Chevron, w którego zarządzie była sekretarz stanu Condoleezza Rice.
W ramach spłacania długu wdzięczności wobec donatorów administracja Busha przeforsowała poza kontrolą opinii publicznej ustawę energetyczną dającą zasłużonym firmom wielkie fory: a to w postaci ulg podatkowych, a to innych regulacji. Wreszcie dostarczyła lukratywnych zamówień. Kiedy Enron upadł, na jaw wyszły nie tylko jego oszustwa finansowe, ale i "przełożenie na prezydenta". Wraz z upadkiem Enronu przepadły też emerytalne oszczędności Amerykanów w wysokości niemal 3 mld dolarów. Zanim Enron upadł, miał na niewidzialnej smyczy wielu polityków. Raport organizacji Public Citizen wykazał, że "polityczne pieniądze Enronu kupiły mu luki prawne, ulgi podatkowe, niedowład wymiaru sprawiedliwości, życzliwość agencji rządowych mających regulować rynek [...] za pieniądze udziałowców". Zarząd Enronu uważał, że od polityków może żądać wszystkiego - w końcu pomógł ich wybrać.
Hillary Clinton, za którą opowiada się większość rekinów przemysłu filmowego i liczni magnaci od nieruchomości oraz wielki Rupert Murdoch (co jest zwrotem w jego poglądach), będzie musiała złożyć tym poplecznikom jakieś obietnice. Jeśli wygra, będzie się musiała z nich wywiązać. Nie wiadomo jeszcze, kto opowie się za Mittem Romneyem. Romney, były gubernator stanu Massachusetts, były prezes firmy konsultingowej Bain & Company, współzałożyciel prywatnej grupy inwestycyjnej Bain Capital, związany też niegdyś z firmą konsultingową Boston Consulting Group, jest najlepiej uposażonym kandydatem republikańskim. Zapewne cieszy się poparciem grup finansowych, z którymi był związany, oraz większości amerykańskich mormonów. Romney sam jest mormonem, co stanowi ewenement wśród znaczących polityków, a co dopiero wśród kandydatów na prezydenta. Sądząc po wynikach kwesty, zamożni mormoni już sponsorują Romneya. Co jednak będzie, jeśli były gubernator zostanie prezydentem i lobby mormonów wymoże na nim całkowitą prohibicję oraz zakaz picia kawy i herbaty w Ameryce, a skrzydło konserwatywne będzie zabiegać o wielożeństwo? Te zamożne grupy nacisku są zdecydowanie niebezpieczne, ale bez nich nie sposób się ubiegać o jakikolwiek urząd.
Tygodnik "The Economist", komentując ostatnie reformy prawa wyborczego i metody jego obchodzenia, zaproponował totalną jawność finansów, wraz ze wskazaniem na wszystkich donatorów. Jeżeli kandydat X otrzymał znaczące sumy od magnatów naftowych lub wytwórców biopaliw, niech tak będzie. Ale niech wyborcy wiedzą, przed kim naprawdę będzie musiał odpowiadać, jeśli wygra.


Datki zebrane przez kandydatów na prezydenta do 31 marca 2007 r.
Barack Obama
Partia Demokratyczna
25,666 mln dolarów
104 tys. wpłat

Hillary Clinton
Partia Demokratyczna
26,041 mln dolarów
70,3 tys. wpłat

Mitt Romney
Partia Republikańska
20,737 mln dolarów
32 tys. wpłat
Okładka tygodnika WPROST: 25/2007
Więcej możesz przeczytać w 25/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Spis treści tygodnika Wprost nr 25/2007 (1278)


ZKDP - Nakład kontrolowany