Choć tekst ten powstał jeszcze przed zamknięciem urn wyborczych na Węgrzech, jedno jest pewne: w Budapeszcie gra toczy się o coś więcej niż tylko odsunięcie od władzy Viktora Orbána. Węgry stały się dla Donald Trumpa i UE polem bitwy o to, kto obsadza kluczowe stanowiska w państwach członkowskich: Bruksela czy Waszyngton? Co bardziej zapalczywi obserwatorzy dodadzą do tej listy pewnie także Moskwę.
Kolaboracja Viktora Orbána i jego ekipy z Kremlem to fakt potwierdzony przez cały szlam, jaki wylał się do mediów przy okazji kampanii wyborczej na Węgrzech. Uczciwie będzie jednak zaznaczyć, że UE i czołowe rządy europejskie nie tylko od dawna o tym wiedziały, ale także robiły z tego własny użytek, używając orbanowskich Węgier do odwalania brudnej roboty wszędzie tam, gdzie Angeli Merkel czy Olafowi Scholzowi nie wypadało robić tego samym.
To, że Amerykanie obstawiają dziś kogoś takiego jak Orbán, uznając utrzymanie go przy władzy za gwarancję zachowania wpływów w Europie, najlepiej pokazuje, jak nisko upadł sojusz transatlantycki. I nie jest to wyłącznie wina bufonowatego Donalda Trumpa, czerpiącego perwersyjną przyjemność z doprowadzania Europejczyków do szału i obrzydzenia Ameryką.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
