Tusk wszechmogący

Tusk wszechmogący

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tomasz Lis (fot. M. Warda & D. Kaszuba/WhiteSmoke Studio) 
W erze nowożytnej czyli po PRL-owskiej żaden polityk nie miał w Polsce tyle władzy co Donald Tusk. Wkrótce ta władza może być jeszcze większa. Z niekoniecznie pożądanymi tego skutkami. I dla Polski, i dla samego Tuska.
Premier miał chyba ostatnio niezłą zabawę. Bez jakiegokolwiek wysiłku zabawił się przez tydzień z mediami, opozycją i opinią publiczną, narzucając wszystkim decydujący dla losów Polski temat debaty – dopalacze. Kosztowało go to mniej więcej tyle energii co pstryknięcie palcami. Tu żaden dopalacz nie był potrzebny. Goliat ruszył na pojedynek z Dawidem o równie delikatnym co twarz nazwisku – Bratko. Nie bagatelizuję problemu dopalaczy, mam tylko nadzieję, że za chwilę wskutek efektownej akcji dzieciaki nie będą brały do nosa i w żyłę jakiegoś dużo gorszego świństwa. Zobaczymy.

Nie po raz pierwszy Donald Tusk pokazał narodowi aż tak wielką pasję. Poprzednio uczynił to, wywalając ministra sprawiedliwości za to, że zabójca Krzysztofa Olewnika miał czelność popełnić samobójstwo. A jeszcze później zaprezentował ją, deklarując, że będzie kastrował, oczywiście chemicznie, pedofilów. Pasja premiera za każdym razem przynosi realne owoce. W pierwszym przypadku ministrem sprawiedliwości został kompetentny i charyzmatyczny Andrzej Czuma. W drugim rozpoczęła się operacja chemicznego kastrowania złoczyńców, która zapewne trwa, bo na razie, może dlatego, że minęły dopiero dwa lata, żaden nie został jeszcze wykastrowany. Ale nie kpijmy. Emocjonalne zaangażowanie premiera naprawdę robi wrażenie. I przecież tak jak nam się bardzo podobało, gdy nazywał pedofilów zwyrodnialcami, zboczeńcami i indywiduami, tak podoba nam się, gdy twardo zapowiada, że indywidua od dopalaczy „dopadnie".

W Polsce można by rozwiązać kilka nierozwiązywalnych na razie problemów, gdyby tylko szef rządu podszedł do nich z podobnym zaangażowaniem. Gdyby tak na przykład dopadł rosnący błyskawicznie dług. Albo gdyby dopadł zatrudnionych w wielkich miastach KRUS-owców. Albo gdyby dopadł wyłudzających renty inwalidzkie. No dobra, nie wszystko od razu. Może premier ich kiedyś dopadnie. Na razie wypowiedział śmiertelną wojnę panu Bratce. A że problem dopalaczy dostrzegł pod dwóch latach, zupełnie przez przypadek w dniu kongresu Palikotowego ruchu? Nie czepiajmy się.

Powtarzam: nie bagatelizuję ani problemu pedofilii, ani sprawy dopalaczy. Martwi mnie tylko ta polityczna maniera, z którą Donald Tusk zabiera się do problemów jednak drugorzędnych, zwykle ignorując te absolutnie kluczowe. Ja wiem, to jest całkiem sprytne – zdefiniować grę, jej reguły, jej czas oraz wybrać boisko, na którym gra się toczy, odwracając uwagę widzów od tego, co ważne. Podrzucić ludowi jakiegoś prostego wroga, który nadaje się do powszechnego nienawidzenia i w którego obronie nikt nie stanie. Tusk naprawdę jest w tym świetny. Jest jak genialny surfer, który potrafi zgrabnie unosić się na fali, a na dodatek czasem nawet umie falę wygenerować. A potem mamy ten jednak dość marny teatrzyk – mocne słowa, rzucanie gromów, publiczne groźby, szef rządu ramię w ramię z zatrwożonymi rodzicami. Dzieciom owych rodziców dobrych uniwersytetów to nie da, rodzicom godnych emerytur to nie zapewni, ale na moment, na kilka dni zbuduje się ta wspólnota współodczuwania, współtrwogi i współnienawiści. Kolejny tydzień z głowy. A do wyborów już tylko roczek.

Co jutro? Może premier dopadnie producentów alkoholu? Albo papierosów? Bo alkohol i nikotyna z pewnością mają na koncie imponującą liczbę śmiertelnych ofiar. Nie, tu żadnej akcji dopadania kogokolwiek nie będzie. Przecież ze sprzedaży tej trucizny jest akcyza, dzięki której jeszcze przez jakiś czas będzie można uniknąć cięć, a więc decyzji niepopularnych. Bo – i to jest kwestia kluczowa – możemy się po naszym rządzie spodziewać różnych rzeczy. Ale z całą pewnością nie podejmie on żadnej niepopularnej decyzji. Cel PO jest prosty. PO-pularność. A PO-pularność wymaga PO-pulizmu i PO-zorów.

Trudno mieć do Tuska pretensje o to, że szef głównej partii opozycyjnej postanowił zlikwidować Tuskowi opozycję. Premier jest tu wierny podstawowej regule polityki – nie przeszkadzaj swemu wrogowi, który jest na prostej drodze do autodestrukcji. Sęk w tym, że gołym okiem widać, jak deprawująca dla szefa rządu i dla rządu jest bezprecedensowa słabość i wręcz kabaretowa bezradność opozycji.

Problem Tuska polega na tym, że politycznym talentem i polityczną sprawnością o dwie albo o trzy głowy przerasta dziś całą konkurencję. Problem także w tym, że widzi to albo czuje większość wyborców. A niby dlaczegóż miałyby to być problemy? – powie ktoś. Cóż, aż żal pomyśleć, ile naprawdę dobrego mógłby zrobić Donald Tusk, ile prawdziwych, a nie pozornych problemów mógłby rozwiązać, gdyby przez cały czas nie musiał się ścigać wyłącznie z sobą.