PiS ma nie lada kłopot. Dotychczas w polskiej polityce obowiązywała zasada wahadła – cztery lata rządzenia zazwyczaj wystarczały by noszeni na rękach politycy zamienili się we wrogów publicznych numer jeden, dzięki czemu ich miejsce bez wysiłku zajmowała dotychczasowa opozycja. Kiedy w 2007 roku po ryzykownym manewrze Jarosława Kaczyńskiego politycy PiS musieli oddać władzę konkurentom z Platformy pocieszali się myślą, że za cztery lata wrócą do opuszczanych gabinetów, na wygodne synekury, do rad nadzorczych etc. etc. Zgodnie z regułą „dziś wy jecie konfitury, a za cztery lata zmiana" najpóźniej w 2010 roku PiS miał powrócić do konsumowania owoców władzy.
REKLAMA
Okazało się jednak, że polska scena polityczna Anno Domini 2010, znacznie różni się od polskiej sceny politycznej Anno Domini 2000. Polakom najwyraźniej znudziły się już igrzyska pod hasłem „oni już byli, teraz my". Rząd PO robi wprawdzie niewiele, ale unika również spektakularnych wpadek, co wystarcza do bezpiecznego trzymania PO na dystans. W dodatku Polacy nie chcą również masowo pokochać Lecha Kaczyńskiego, co stawia pod dużym znakiem zapytania jego drugą kadencję w pałacu prezydenckim. Politykom PiS zajrzało w oczy widmo kolejnych czterech lat w opozycji. Dla Jarosława Kaczyńskiego nie jest to zapewne problem – on planuje politykować do 90-ki, więc ma jeszcze jakieś 30 lat na powrót do władzy. Ale już np. poseł Paweł Poncyljusz czy Zbigniew Girzyński tak długo czekać nie chcą. I tu pojawia się pewien zasadniczy problem.
Partie w warunkach demokracji działają zazwyczaj jak przedsiębiorstwa. Jest prezes, jest rada nadzorcza (zarząd) i są akcjonariusze spółki (członkowie partii). Kiedy spółka nie osiąga takich wyników jakich chcieliby akcjonariusze zbiera się walne zgromadzenie, które wybiera nowy zarząd, ten wybiera nowego prezesa, albo pozostaje przy starym ale poleca mu wdrożenie w życie planu naprawczego. Prezes może się nie zgodzić i wtedy albo przekonuje do siebie akcjonariuszy, albo odchodzi. Wartością jest bowiem przede wszystkim firma (partia), a nie poszczególni ludzie – nawet jeżeli są nie wiadomo jak bardzo charyzmatyczni, zasłużeni, etc. etc.
Partie polskiej prawicy z demokratycznymi regułami funkcjonowania mają jednak mniej więcej tyle wspólnego co odwaga z odważnikiem. Od początku III RP obserwujemy sytuację w której na lewo od prawicy mamy dwie względnie stabilne partie (PSL, SLD), które zaliczyły już kilka zmian przewodniczących a mimo to "trwają i trwają mać" jak mawia wicepremier Pawlak. Tymczasem na prawicy partia istnieje tylko tak długo, jak długo stojący na jej czele wódz-pomazaniec boży jest w stanie przekonywać partyjnych towarzyszy, że kieruje nim jakiś niedostępny dla reszty świata geniusz. Kiedy jednak okazuje się, że dawny król jest nagi, prawicowe towarzystwo zamiast zmienić wodza rozłazi się na wszystkie strony tworząc kilka kanap, z których jedna wyrasta na „nową lepszą prawicę". Po czym cały scenariusz się powtarza. Nie wierzycie? Proszę prześledzić historię takich partii jak PC, ROP, KPN, AWS, czy nawet Unia Wolności.
PiS znajduje się w tym momencie blisko punktu krytycznego. Ewentualna klęska Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza jeśli będą jej towarzyszyły porażka w wyborach samorządowych i parlamentarnych doprowadzi do rozpadu partii. Poncyljusze i Girzyńscy utyskując na stracone szanse rozejdą się szukać nowych kanap, a akolici Kaczyńskiego w rodzaju Brudzyńskiego będą powtarzać że jest super, bo w następnych wyborach… Dlaczego jednak rosnąca gromadka niezadowolonych zamiast doprowadzić do próby sił z Jarosławem Kaczyńskim woli narzekać na Twitterze, albo po cichu szeptać po kątach, że „Dorn miał trochę racji"? To wynik grzechu pierworodnego prawicowych partii, który polega na budowaniu ugrupowania od góry. Najpierw był Jarosław Kaczyński, a dopiero później PiS i kiedy partia była na fali nikt nie myślał o tym, żeby autorską partię charyzmatycznego prezesa nieco odpersonalizować i zinstytucjonalizować. A kiedy zaczęło się psuć jest na to za późno. Poncyljusz może narzekać na Kaczyńskiego, ale partii bez niego sobie nie wyobraża, bo gdyby było inaczej to skrzyknąłby niezadowolonych i rzuciłby prezesowi wyzwanie.
Piszę o PiS ale mam też złą wiadomość dla zacierających ręce miłośników Platformy Obywatelskiej. PO znajduje się w analogicznej sytuacji, z tą różnicą że dziś jest na fali. W końcu przyjdą jednak porażki. I co wtedy? I wtedy okaże się, że PO od PiS różni naprawdę niewiele. Tak jak PiS jest nierealne bez Kaczyńskiego, tak PO nie może istnieć bez Tuska. I za 10 lat obie partie staną się równie egzotycznym wspomnieniem jak AWS czy Unia Wolności. I jedyne co się nie zmieni to Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, którzy w kolejnych odsłonach PC i KLD znów będą charyzmatycznymi wodzami.
PiS jak AWS, PO jak UW?
2010-03-09 12:32
PiS ma nie lada kłopot. Dotychczas w polskiej polityce
obowiązywała zasada wahadła – cztery lata rządzenia zazwyczaj wystarczały
by noszeni na rękach politycy zamienili się we wrogów publicznych numer jeden,
dzięki czemu ich miejsce bez wysiłku zajmowała dotychczasowa opozycja. Kiedy w
2007 roku po ryzykownym manewrze Jarosława Kaczyńskiego politycy PiS musieli
oddać władzę konkurentom z Platformy pocieszali się myślą, że za cztery lata
wrócą do opuszczanych gabinetów, na wygodne synekury, do rad nadzorczych etc.
etc. Zgodnie z regułą „dziś wy jecie konfitury, a za cztery lata
zmiana" najpóźniej w 2010 roku PiS miał powrócić do konsumowania owoców
władzy.
Okazało się jednak, że polska scena polityczna Anno Domini
2010, znacznie różni się od polskiej sceny politycznej Anno Domini 2000. Polakom
najwyraźniej znudziły się już igrzyska pod hasłem „oni już byli, teraz
my". Rząd PO robi wprawdzie niewiele, ale unika również spektakularnych
wpadek, co wystarcza do bezpiecznego trzymania PO na dystans. W dodatku Polacy
nie chcą również masowo pokochać Lecha Kaczyńskiego, co stawia pod dużym znakiem
zapytania jego drugą kadencję w pałacu prezydenckim. Politykom PiS zajrzało w
oczy widmo kolejnych czterech lat w opozycji. Dla Jarosława Kaczyńskiego nie
jest to zapewne problem – on planuje politykować do 90-ki, więc ma jeszcze
jakieś 30 lat na powrót do władzy. Ale już np. poseł Paweł Poncyljusz czy
Zbigniew Girzyński tak długo czekać nie chcą. I tu pojawia się pewien zasadniczy
problem.
Partie w warunkach demokracji działają zazwyczaj jak
przedsiębiorstwa. Jest prezes, jest rada nadzorcza (zarząd) i są akcjonariusze
spółki (członkowie partii). Kiedy spółka nie osiąga takich wyników jakich
chcieliby akcjonariusze zbiera się walne zgromadzenie, które wybiera nowy
zarząd, ten wybiera nowego prezesa, albo pozostaje przy starym ale poleca mu
wdrożenie w życie planu naprawczego. Prezes może się nie zgodzić i wtedy albo
przekonuje do siebie akcjonariuszy, albo odchodzi. Wartością jest bowiem przede
wszystkim firma (partia), a nie poszczególni ludzie – nawet jeżeli są nie
wiadomo jak bardzo charyzmatyczni, zasłużeni, etc. etc.
Partie polskiej
prawicy z demokratycznymi regułami funkcjonowania mają jednak mniej więcej tyle
wspólnego co odwaga z odważnikiem. Od początku III RP obserwujemy sytuację w
której na lewo od prawicy mamy dwie względnie stabilne partie (PSL, SLD), które
zaliczyły już kilka zmian przewodniczących a mimo to "trwają i trwają
mać" jak mawia wicepremier Pawlak. Tymczasem na prawicy partia istnieje
tylko tak długo, jak długo stojący na jej czele wódz-pomazaniec boży jest w
stanie przekonywać partyjnych towarzyszy, że kieruje nim jakiś niedostępny dla
reszty świata geniusz. Kiedy jednak okazuje się, że dawny król jest nagi,
prawicowe towarzystwo zamiast zmienić wodza rozłazi się na wszystkie strony
tworząc kilka kanap, z których jedna wyrasta na „nową lepszą
prawicę". Po czym cały scenariusz się powtarza. Nie wierzycie? Proszę
prześledzić historię takich partii jak PC, ROP, KPN, AWS, czy nawet Unia
Wolności.
PiS znajduje się w tym momencie blisko punktu
krytycznego. Ewentualna klęska Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza jeśli będą jej
towarzyszyły porażka w wyborach samorządowych i parlamentarnych doprowadzi do
rozpadu partii. Poncyljusze i Girzyńscy utyskując na stracone szanse rozejdą się
szukać nowych kanap, a akolici Kaczyńskiego w rodzaju Brudzyńskiego będą
powtarzać że jest super, bo w następnych wyborach… Dlaczego jednak rosnąca
gromadka niezadowolonych zamiast doprowadzić do próby sił z Jarosławem
Kaczyńskim woli narzekać na Twitterze, albo po cichu szeptać po kątach, że
„Dorn miał trochę racji"? To wynik grzechu pierworodnego prawicowych
partii, który polega na budowaniu ugrupowania od góry. Najpierw był Jarosław
Kaczyński, a dopiero później PiS i kiedy partia była na fali nikt nie myślał o
tym, żeby autorską partię charyzmatycznego prezesa nieco odpersonalizować i
zinstytucjonalizować. A kiedy zaczęło się psuć jest na to za późno. Poncyljusz
może narzekać na Kaczyńskiego, ale partii bez niego sobie nie wyobraża, bo gdyby
było inaczej to skrzyknąłby niezadowolonych i rzuciłby prezesowi wyzwanie.
Piszę o PiS ale mam też złą wiadomość dla zacierających ręce miłośników
Platformy Obywatelskiej. PO znajduje się w analogicznej sytuacji, z tą różnicą
że dziś jest na fali. W końcu przyjdą jednak porażki. I co wtedy? I wtedy okaże
się, że PO od PiS różni naprawdę niewiele. Tak jak PiS jest nierealne bez
Kaczyńskiego, tak PO nie może istnieć bez Tuska. I za 10 lat obie partie staną
się równie egzotycznym wspomnieniem jak AWS czy Unia Wolności. I jedyne co się
nie zmieni to Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, którzy w kolejnych odsłonach PC
i KLD znów będą charyzmatycznymi wodzami.