Jarosław Kaczyński to mistrz politycznego dryblingu. Umie wykonywać takie zwody (vide błyskawiczna metamorfoza po kampanii wyborczej), o jakich innym politykom się nie śniło. Potrafi również konstruować skomplikowane akcje ofensywne, w czasie których piłka wędruje po boisku tak szybko, że nawet eksperci w dziedzinie politycznej gry w pewnym momencie nie wiedzą już gdzie jest piłka. Problem w tym, że Kaczyński drybluje tak często i tak intensywnie, że w pewnym momencie zapomina o co toczy się gra. I potyka się o własne nogi.
REKLAMA
Pominięcie w składzie nowych władz partii architektów wyborczego sukcesu Kaczyńskiego – Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła Poncyljusza – to dowód na to, że prezes PiS tak zaplątał się w swoim dryblingu, że pomylił nie tylko bramki, ale wręcz mecze które rozgrywa. Kuchciński, Brudziński czy Ziobro byli dobrym wyborem wtedy, gdy Kaczyński grał o wyborców z LPR-em. Ale tamten mecz już wygrał. Kłopot w tym, że wszystkie kolejne przegrywa.
Obserwując ostatnie zagrania lidera PiS doprawdy trudno zrozumieć, o co gra dzisiaj. Rozkręcanie spirali oskarżeń dotyczących katastrofy w Smoleńsku, którym zajmuje się, po wejściu z ławki rezerwowych, Antoni Macierewicz, to powrót do sytuacji, w której PiS konserwuje swoje trzydziestoprocentowe poparcie, skazując się na rolę wiecznej opozycji. Owszem – wierni fani PiS są zachwyceni faulami Macierewicza i spółki, i radośnie machają szalikami. Problem w tym, że na ich poparcie PiS mógłby liczyć nawet wtedy, gdyby realizował, tak skuteczną w czasie kampanii prezydenckiej strategię nowego otwarcia. Gra toczy się dziś bowiem nie o zagospodarowanie prawego skrzydła – po tym już od dawna hasają wyłącznie PiS-owcy. Dziś chodzi o opanowanie środka pola. Bo być może rajdy Brudzińskiego, Macierewicza, czy wreszcie samego Kaczyńskiego są efektowne, ale bramek z nich nie ma. Zwłaszcza, że najczęściej kończą się faulem.
Po udanej kampanii prezydenckiej PiS znalazł się w wymarzonej sytuacji. Kiedy przez trzy miesiące zaprzestano straceńczych ataków na PO, połączonych z oskarżaniem premiera Donalda Tuska o całe zło tego świata – przyszedł czas na rzetelną refleksję nad dorobkiem rządów Platformy. PO, która dotąd mogła spokojnie bronić swojej bramki przed posuniętą do granic absurdu agresją opozycji – musiała sama zacząć konstruować akcje. I wtedy okazało się, że król jest nagi – w dodatku potrafi brzydko faulować (Palikot), nawet w sytuacji, gdy przeciwnik gra czysto. Stało się to na co PiS czekało od dawna – sondaże się odwróciły. A potem Kaczyński zaczął swój drybling.
Dziś znów PO może spokojnie czekać pod swoją bramką na ataki PiS. I wyprowadzać kontrataki, po których Tusk – niczym Gerd Mueller – spokojnie wbija piłkę do pustej bramki. Bo gra się tak, jak przeciwnik pozwala.
Kaczyński - polski Ronaldinho
2010-07-26 18:13
Jarosław Kaczyński to mistrz politycznego dryblingu.
Umie wykonywać takie zwody (vide błyskawiczna metamorfoza po kampanii
wyborczej), o jakich innym politykom się nie śniło. Potrafi również konstruować
skomplikowane akcje ofensywne, w czasie których piłka wędruje po boisku tak
szybko, że nawet eksperci w dziedzinie politycznej gry w pewnym momencie nie
wiedzą już gdzie jest piłka. Problem w tym, że Kaczyński drybluje tak często i
tak intensywnie, że w pewnym momencie zapomina o co toczy się gra. I potyka się
o własne nogi.
Pominięcie w składzie nowych władz partii architektów
wyborczego sukcesu Kaczyńskiego – Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła
Poncyljusza – to dowód na to, że prezes PiS tak zaplątał się w swoim
dryblingu, że pomylił nie tylko bramki, ale wręcz mecze które rozgrywa.
Kuchciński, Brudziński czy Ziobro byli dobrym wyborem wtedy, gdy Kaczyński grał
o wyborców z LPR-em. Ale tamten mecz już wygrał. Kłopot w tym, że wszystkie
kolejne przegrywa.
Obserwując ostatnie zagrania lidera PiS doprawdy
trudno zrozumieć, o co gra dzisiaj. Rozkręcanie spirali oskarżeń dotyczących
katastrofy w Smoleńsku, którym zajmuje się, po wejściu z ławki rezerwowych,
Antoni Macierewicz, to powrót do sytuacji, w której PiS konserwuje swoje
trzydziestoprocentowe poparcie, skazując się na rolę wiecznej opozycji. Owszem
– wierni fani PiS są zachwyceni faulami Macierewicza i spółki, i radośnie
machają szalikami. Problem w tym, że na ich poparcie PiS mógłby liczyć nawet
wtedy, gdyby realizował, tak skuteczną w czasie kampanii prezydenckiej strategię
nowego otwarcia. Gra toczy się dziś bowiem nie o zagospodarowanie prawego
skrzydła – po tym już od dawna hasają wyłącznie PiS-owcy. Dziś chodzi o
opanowanie środka pola. Bo być może rajdy Brudzińskiego, Macierewicza, czy
wreszcie samego Kaczyńskiego są efektowne, ale bramek z nich nie ma. Zwłaszcza,
że najczęściej kończą się faulem.
Po udanej kampanii prezydenckiej
PiS znalazł się w wymarzonej sytuacji. Kiedy przez trzy miesiące zaprzestano
straceńczych ataków na PO, połączonych z oskarżaniem premiera Donalda Tuska o
całe zło tego świata – przyszedł czas na rzetelną refleksję nad dorobkiem
rządów Platformy. PO, która dotąd mogła spokojnie bronić swojej bramki przed
posuniętą do granic absurdu agresją opozycji – musiała sama zacząć
konstruować akcje. I wtedy okazało się, że król jest nagi – w dodatku
potrafi brzydko faulować (Palikot), nawet w sytuacji, gdy przeciwnik gra czysto.
Stało się to na co PiS czekało od dawna – sondaże się odwróciły. A potem
Kaczyński zaczął swój drybling.
Dziś znów PO może spokojnie czekać
pod swoją bramką na ataki PiS. I wyprowadzać kontrataki, po których Tusk –
niczym Gerd Mueller – spokojnie wbija piłkę do pustej bramki. Bo gra się
tak, jak przeciwnik pozwala.