Babiš i polska kiełbasa

Babiš i polska kiełbasa

Niemal z każdej polskiej gazety i portalu można się teraz dowiedzieć, że Andrej Babiš – wielki zwycięzca czeskich wyborów, to ten sam, który odmówił skosztowania polskiej kiełbasy, komentując to słynnym: „Já nejím ty vaše sračky”. Trudno się zresztą dziwić medialnej popularności tej anegdoty, bo jest soczysta, a jej bohater pewnie zostanie nowym czeskim premierem.

Rzecz działa się w 2013 r., w popularnym telewizyjnym programie, a Babiš był jeszcze tylko oligarchą, który właśnie założył Akcję Niezadowolonych Obywateli (ANO) i postanowił spróbować sił w zbliżających się wtedy wyborach. Był to czas, kiedy liczni politycy czescy i słowaccy przekonywali wyborców do niekupowania polskiej żywności w imię tzw. patriotyzmu gospodarczego. Babiš miał po temu szczególny motyw, bo zarówno polskie jedzenie, jak i polska chemia są konkurencyjne dla jego własnych interesów.

Ale przyszły czeski premier ma złość na polski biznes jeszcze z innego powodu. W czasach rządu Leszka Millera polski Orlen dogadał się z Babišem co do stworzenia sojuszu przy prywatyzacji czeskiego koncernu naftowego Unipetrol. Babiš zrezygnował z konkurowania z Orlenem przy tamtej prywatyzacji w zamian za obietnicę, iż Polacy po dokonaniu zakupu podzielą się z nim łupami. Ale rząd Millera upadł, a wraz z nim upadł także prezes Zbigniew Wróbel, który podejmował te zobowiązania. Nowy szef Orlenu Igor Chalupec doszedł do wniosku, że jego firmie bardziej opłaci się zapłacić potężne kary umowne niźli dzielić się z Babišem korzystnymi czeskimi nabytkami. Nie bez racji Babiš uznał więc, że przez Polaków został wystrychnięty na dudka. I nie tylko wszczął kampanię propagandową przeciw obecności polskich firm nad Wełtawą, ale także uruchomił przeciw Orlenowi liczne procesy sądowe. Procesy owe ciągnęły się przez wiele lat i dopiero ostatnio czeski Trybunał Konstytucyjny definitywnie odrzucił pretensje Babiša. Praworządne czeskie sądy uznały, że skoro Babiš wziął odszkodowanie, to nie ma powodu do dalszych roszczeń.

Nie ma wątpliwości, że Babiš nie przepada za polskim biznesem i traktuje go jako groźną konkurencję. Z uczciwie rynkowego punktu widzenia nie 

ma w tym w końcu niczego godnego potępienia. Babiš bił się po prostu o interesy własnej firmy. Ale żyjemy w czasach, w których nawrót ekonomicznych protekcjonizmów jest coraz wyraźniejszy. A najbardziej aktualnym tego świadectwem jest przeforsowanie przez Francuzów nowej europejskiej dyrektywy pracowniczej, która ma utrudnić życie „obcym” firmom działającym na rynku usług krajów najbogatszych. Skoro francuskie TIR-y czy firmy budowlane przegrywają konkurencję z tańszymi i lepszymi usługami polskimi, to nic prostszego niźli tak skonstruować przepisy, aby Polakom jakoś utrudnić życie. Co prawda Babiš nie jest jeszcze formalnie premierem Czech i nie ma nawet stuprocentowej pewności, że nim będzie, bo w dość ekscentrycznym (delikatnie mówiąc) nowym czeskim parlamencie trudno będzie zbudować jakąś rządową większość. Tym niemniej znaczący jest fakt, że w kilka dni po wygranych przez Babiša wyborach Czechy (a wraz z nimi Słowacja) odmówiły poparcia Polsce właśnie wtedy, gdy stawką w unijnej grze był interes polskich firm.

Można się więc spodziewać, że czeska polityka pójdzie teraz w stronę „egoizmu ekonomicznego”. Co w żadnym razie nie oznacza katastrofy dla polskiego biznesu na czeskim rynku. Znamienne, że eksport polskiej żywności nad Wełtawę wzrósł w ostatnich latach na przekór idiosynkrazjom Babiša. I to w tym czasie, gdy jako wicepremier i minister finansów odpowiadał on za czeską politykę gospodarczą. Zresztą odkąd w Polsce nastał czas Mateusza Morawieckiego, także nasza polityka nie kryje się z intencją forsowania „narodowego” podejścia do gospodarki. A sam Morawiecki uprawia nie gorszą od Babiša propagandę przeciw kapitałowi zagranicznemu w naszym kraju. Z perspektywy interesów coraz bardziej ekspansywnego w świecie polskiego biznesu można wątpić w sensowność takiej promocji „patriotyzmu gospodarczego”. Babiš jest przecież w jakimś sensie czeską wersją Morawieckiego. Zatem jego polityczną niechęć do polskiej kiełbasy wypada traktować jako rzecz zwyczajną i zrozumiałą. Nawet jeśli jest to kiełbasa daleko smaczniejsza od tej, którą robią Czesi.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2017
Więcej możesz przeczytać w 44/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0