Nasza Beata

Nasza Beata

Beata Szydło
Beata Szydło / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI

Gdy Mateusz Morawiecki zaognił spór z Izraelem o udział Polaków w Holokauście, w PiS mówiono: za czasów Beaty byłoby to niemożliwe. Zbyłaby dziennikarza kilkoma ogólnymi zdaniami, do których nie można by się było przyczepić. Była premier jest dziś wicepremierem i bynajmniej nie odpoczywa. Odbywa intensywne spotkania z sympatykami PiS w terenie.

– Tylko w tym roku była na spotkaniach w Andrychowie, Chrzanowie, Oświęcimiu – wylicza Marek Sowa, poseł Nowoczesnej z tego samego – chrzanowskiego – okręgu, co Szydło. – Ewidentnie rozpoczęła jakąś kampanię. W PiS-ie mówią, że chodzi jej o Europarlament, ale tak intensywne ruchy świadczą o czymś bardziej istotnym.

Cóż by to mogło być?

– Beata Szydło jest zasobem kadrowym, może pełnić każdą rolę, bo schodzi ze sceny niepokonana – powtarzają za JarosławemKaczyńskim politycy Zjednoczonej Prawicy. Stwierdzenie to jest oczywiście przewrotne, bo rzeczona „każda rola” nie obejmuje jak wiadomo szefowej rządu. Ale za to Szydło obsadzono już w roli kandydata na prezydenta Warszawy w tegorocznych wyborach samorządowych, kandydata na europosła w przyszłorocznych wyborach, a nawet na prezydenta Polski w 2025 r. Podobno w tej ostatniej sprawie jest dogadana z Jarosławem Kaczyńskim, choć inna plotka głosi, że prezes PiS obiecał to stanowisko także Zbigniewowi Ziobrze i Mateuszowi Morawieckiemu.

Tak czy inaczej to dopiero 2025 r., a ona sama na razie nie ujawnia swoich planów. Za to stara się nie trafić do wspomnianego zasobu kadrowego, bo mogłaby w nim pozostać. – Chce uniknąć losu Ewy Kopacz, którą media liberalne wynosiły pod niebiosa, a dziś nikt już nawet o niej nie pamięta – tłumaczy polityk Zjednoczonej Prawicy. Szydło nie daje o sobie zapomnieć. Specjalnie dla niej powołano Komitet Społeczny Rady Ministrów, który ma się zajmować szeroko rozumianymi sprawami społecznymi. Organizuje własne konferencje, które potrafią wywołać burzę, tak jak wtedy, gdy ekspremier oznajmiła, iż nie jest wykluczone, że program 500 plus zostanie w niektórych wypadkach (chodziło o samotne matki) rozszerzony na pierwsze dziecko. Członkowie rządu na wyścigi dementowali te informacje, a Szydło jakby zapadła się pod ziemię. – Osiągnęła skutek, przyciągnęła uwagę i mogła na chwilę usunąć się w cień – opowiada polityk z kręgów rządowych.

W PiS można usłyszeć dwie opowieści o przyczynach, dla których Szydło pozostała w rządzie Mateusza Morawieckiego, choć była to zaskakująca decyzja. Pierwsza to taka, że nalegał na to Jarosław Kaczyński, gdy zorientował się, że odwołanie popularnej premier może się odbić negatywnie na notowaniach rządu i spójności obozu Zjednoczonej Prawicy. Bo opór przed jej odwołaniem w szeregach sympatyków PiS faktycznie był bardzo duży. Pani premier była idealnie skrojona na potrzeby prawicowego wyborcy: przykładna żona, matka dwóch synów, z których jeden został księdzem, pracowita, rozsądna, lojalna wobec Jarosława Kaczyńskiego i nigdy nie wychodząca przed szereg. Idealna kobieta prawicy.

Na dodatek, nawet gdy już została premierem, nie zadzierała nosa. Druga wersja wydarzeń brzmi, że Szydło bynajmniej nie pogodziła się z dymisją, a miejsca w rządzie zażądała sama, ponieważ skłonił ją do tego Zbigniew Ziobro, z którym zawarła sojusz jeszcze jako premier. – Ziobro wiedział, że on sam nie ma szans na stanowisko wicepremiera, dlatego namówił Szydło, żeby pozostała w gabinecie i dbała o interesy Solidarnej Polski – opowiada nasz rozmówca. – Stała się mentalnie ziobrystką i dla tego środowiska będzie pracowała.

Niesłabnące oklaski

Na razie ciągle jest tak, że gdy Szydło pojawia się na spotkaniach z wyborcami, witają ją rzęsiste oklaski. A że była szefowa rządu do niedawna często spotykała się z ludźmi, można było odnieść wrażenie, że brawa na jej cześć nie milkną. – Te oklaski w końcu staną się jej problemem. Jarosław Kaczyński nie lubi, jak kogoś bardziej oklaskują od niego – konstatuje polityk PiS. Była premier jest lubiana przez wyborców PiS o wiele bardziej niż przez polityków tej partii. W kampanii, mimo pewnej sztywności w mowie i zachowaniu, potrafiła uwieść tłumy. Skutecznie sprzedawała wizerunek zaradnej kobiety, która obiad ugotuje, pomaluje ścianę i jeszcze rządem pokieruje, jak trzeba.

Ale w samym PiS nie miała łatwo. Kobiety jej zazdrościły błyskotliwej kariery. Mówiły, że Szydło za pracę w kampanii wyborczej Andrzeja Dudy i PiS dostała niesamowitą nagrodę w postaci premierostwa. – Nikt przed nią nie został w ten sposób nagrodzony – opowiada polityk dobrze znający obyczaje w PiS. – A ona potrafiła pójść do Jarosława i powiedzieć, że stanowisko premiera jej się należy. Rzeczywiście jej kariera była błyskawiczna. Była działaczką samorządową, burmistrzem Brzeszcz, małej miejscowości nieopodal Oświęcimia. Do dużej polityki wkroczyła raptem 13 lat temu, w 2005 r., gdy za namową Zbigniewa Ziobry, który rządził wówczas w Małopolsce, zapisała się do PiS.

O jej rządach w Brzeszczach krążą sprzeczne opinie. Jedni chwalili ją za zaangażowanie w kulturę i szkolnictwo, inni krytykowali za brak inwestycji i kłopoty finansowe gminy. Bilans musiał jednak wychodzić na plus, skoro Szydło chciały wciągnąć w swoje szeregi i PiS, i PO. O samorządowca ze złą opinią by nie zabiegały.

W Sejmie Szydło nie rzucała się w oczy, ale pięć lat później, po katastrofie smoleńskiej, w której zginęła wiceprzewodnicząca PiS Aleksandra Natalli-Świat, Szydło weszła do ścisłego kierownictwa partii. 2014 r. przejęła po wieloletnim skarbniku finanse partyjne, co było świadectwem ogromnego zaufania prezesa, a rok później, po morderczej kampanii prezydenckiej i parlamentarnej, została premierem, choć zaraz po wyborach rozpoczęły się w partii podchody, by ją tej funkcji pozbawić. Dwa kolejne lata to była nieustanna walka o utrzymanie stanowiska. Stąd taktyczny sojusz z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro. – W elitach partyjnych nie była lubiana, bo nie chciała nic załatwiać – opowiada polityk PiS.

– Ministrowie musieli chodzić sami do prezesa i prezes załatwiał sprawy, które według Szydło były nie do załatwienia. Ale jest i inna opinia w tej sprawie. – Ministrowie nie słuchali jej, bo jest kobietą – mówi posłanka PiS. – Biegali na Nowogrodzką do Jarosława Kaczyńskiego, żeby tam rozstrzygać konflikty, a ją omijali. Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na fakt, że w PiS o najbliższym otoczeniu pani premier mówiono pogardliwie „gang tapirów” albo „gang hełmofonów”, od fryzur jej najbliższych współpracowniczek – Elżbiety Witek, Anny Zalewskiej i Elżbiety Rafalskiej. – Te określenia nie wyszły od opozycji, tylko od naszych kolegów. To był element seksizmu – mówi posłanka PiS. I dodaje: Beatę załatwiły samce. Tymczasem ona w niczym im nie ustępuje, a w wielu sprawach nad nimi góruje. I pewnie dlatego tak z nią walczą. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 11/2018
Więcej możesz przeczytać w 11/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0