Zdobyć Kilimandżaro

Zdobyć Kilimandżaro

Michał Dworczyk
Michał Dworczyk / Źródło: Newspix.pl / Jacek Herok
W PiS trwają poszukiwania najlepszego kandydata do walki o prezydenturę Warszawy. Jeszcze w miniony piątek nic nie było przesądzone.

Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił, że Michał Dworczyk, szef kancelarii premiera, jest poważnym kandydatem do walki o prezydenturę Warszawy, poważniejszym niż Patryk Jaki z Solidarnej Polski, wiele osób było tym zaskoczonych. Owszem, wcześniej mówiono o tym, że premier Mateusz Morawiecki z nieznanych powodów postanowił z wyborów na prezydenta Warszawy uczynić plebiscyt za lub przeciw swojemu rządowi i dlatego wystawia w tych wyborach szefa swojej kancelarii. I ta narracja szybko umarła, bo przeciek o Dworczyku nie został potwierdzony przez nikogo z kierownictwa PiS. Nawet w samorządowym światku stolicy specjalnie nie roztrząsano szans Dworczyka na wygraną. Ale gdy prezes Kaczyński ogłosił, że ma on największe szanse na nominację do tego wyścigu, sytuacja się zmieniła. Ujawnili się przeciwnicy i zwolennicy tej kandydatury, z gotowymi argumentami w ręku. Walka o prezydenturę Warszawy traktowana jest bowiem w PiS jako walka o schedę po Jarosławie Kaczyńskim, a co za tym idzie – o przyszły kształt partii. Ten, kto zdobędzie fotel prezydenta Warszawy, a wraz z nim tysiące posad do rozdzielenia między własnych ludzi, na długie lata ogromnie umocni swoją pozycję w partii. To dlatego kolejne kandydatury przymierzane do tego stanowiska wywołują emocje i prowokują walkę różnych frakcji na przecieki i narracje. Bo bez wątpienia inna będzie partia, gdy górę weźmie Zbigniew Ziobro, a inna – gdy Mateusz Morawiecki.

Od Macierewicza do Morawieckiego

Michał Dworczyk należy do polityków nierzucających się w oczy. Jan Grabiec, rzecznik PO, uważa, że jego kariera oparta była na noszeniu teczek za politycznymi tuzami. To niesprawiedliwa ocena, bo Dworczyk ma bogaty życiorys polityczny. Ten były działacz ZHR, rocznik ’75, ojciec czwórki dzieci uczęszczających do prestiżowej katolickiej szkoły (tej samej, do której chodzą dzieci Romana Giertycha – mówią ze zgrozą politycy PiS) jest typową postacią pozytywistyczną. Lubi pracować u podstaw. Tacy politycy nie są znani szerokiej opinii publicznej, nawet jeżeli mają na koncie sporo osiągnięć.

Politycznie jest związany z Adamem Lipińskim, choć z Dolnym Śląskiem, czyli matecznikiem wpływowego działacza PiS, nie ma nic wspólnego. – Gdy byłem szefem gabinetu politycznego Jarosława Kaczyńskiego, Michał Dworczyk był doradcą premiera i m.in. sekretarzem międzyresortowego zespołu ds. Polonii. Brał udział w pracach nad projektami Karty Polaka. Był pilny i pracowity – zachwala Lipiński. – Odszedł z MON do kancelarii premiera, bo potrzebowaliśmy kogoś mocnego na tym stanowisku i bardzo dobrze się sprawdza. Nie zmienia to faktu, że dla wyborców Dworczyk jest człowiekiem nie do końca opowiedzianym. O Patryku Jakim, jego głównym konkurencie do wyścigu prezydenckiego w stolicy, wiadomo prawie wszystko – o jego charakterze zakapiora z blokowiska, o synku z zespołem Downa, o ojcu zatrudnionym w spółce miejskiej. Wiadomo nawet, że jako wiceminister sprawiedliwości ma kompleks braku wykształcenia prawniczego. Dworczyk to dla elektoratu człowiek zagadka. A to oznacza, że wielu wyborców może usłyszeć jego historię po raz pierwszy dopiero podczas kampanii. Zdaniem niektórych polityków PiS, kilka rzeczy może się im nie spodobać. Po pierwsze, konflikt z prawem, w który obecny szef kancelarii wszedł na początku lat 90., o czym pisaliśmy we „Wprost” w lipcu ub.r.

Dworczyk ma na koncie skazanie za nielegalne posiadanie materiałów wybuchowych. Był wtedy studentem V roku historii na Uniwersytecie Warszawskim i funkcyjnym działaczem ZHR. W piwnicach bloku przy ul. Solec w Warszawie przechowywał różne znaleziska z II wojny światowej. Policja, która dokonała przeszukania w bloku przy ul. Solec, znalazła m.in. pociski artyleryjskie i trotyl, choć bez elementów inicjujących wybuch. Znajomi Dworczyka mówią, że było to parę łusek z II wojny światowej i nie ma o co robić hałasu. Tak czy inaczej z powodu arsenału Dworczyka wezwano saperów i ewakuowano cały blok. A kolekcjoner militariów i zarazem pirotechnik amator, bo świadkowie zeznawali, że dla rozrywki lubił spowodować w plenerze jakiś mały, niegroźny wybuch. Za nielegalne posiadanie broni palnej oraz amunicji został skazany na półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Dobrowolnie poddał się wtedy karze, a poręczył za niego wówczas m.in. Antoni Macierewicz.

Media szeroko rozpisywały się o historii, gdy Dworczyk 1 marca 2017 r., w dniu Żołnierzy Wyklętych, niespodziewanie został wiceministrem obrony narodowej. Bartosz Kownacki, który również był wiceszefem MON, tyle że od początku urzędowania Macierewicza, zaznacza, że z Michałem Dworczykiem nie miał częstych relacji. – Zajmował się szkoleniem sił zbrojnych i widać było, że jest w to mocno zaangażowany – mówi. Inny z naszych rozmówców dodaje, że Dworczyk, z wykształcenia historyk i zaangażowany działacz ZHR, świetnie czuł się w patriotycznym klimacie MON. Z całą pewnością wszedł do resortu, gdy liczba problemów była już tak duża, że zaczęła przytłaczać kierownictwo. I szybko został medialnym głosem MON. Wykazał się też lojalnością wobec Antoniego Macierewicza. Bronił w mediach jego decyzji. Stał po jego stronie w konflikcie z prezydentem Andrzejem Dudą. A gdy ekspert z podkomisji smoleńskiej Wacław Berczyński wysypał się, że to on utrącił kontrakt na francuskie śmigłowce dla wojska, to właśnie Dworczyk ratował sytuację, twierdząc, iż jest to niemożliwe, bo amerykański profesor nie miał dostępu do tajnych akt przetargu. Mimo więc, że kariera Dworczyka w MON trwała zaledwie dziesięć miesięcy, okazał się znaczącą postacią w ministerstwie. A jednak – jak twierdzą nasi rozmówcy – pod koniec swojej kariery ministerialnej Antoni Macierewicz zabronił mu publicznych wystąpień. – Zorientował się, że Dworczyk stoi już po stronie Morawieckiego – mówi nasz rozmówca z PiS. Bo w obozie Zjednoczonej Prawicy, gdzie nieustannie tropi się spiski i zmieniające się sojusze, można usłyszeć, iż Dworczyk, który w latach 2012-2015 pracował w PKO BP, czyli u przyjaciela Morawieckiego, Zbigniewa Jagiełły, z samego tego tytułu jest człowiekiem premiera. I został umiejętnie podsunięty Jarosławowi Kaczyńskiemu jako kandydat na wiceministra MON, żeby kontrolować, co się dzieje w resorcie Macierewicza. Ten epizod bankowy to – w oczach części PiS – druga plama na wizerunku Dworczyka.

Złe pochodzenie

Od 2002 r., czyli od 16 lat, znajduje się w orbicie wpływów PiS, jednak z racji wieku nie miał szans działać w Porozumieniu Centrum, a więc do twardego jądra partii nie należy. Na dodatek do Prawa i Sprawiedliwości przyszedł z Przymierza Prawicy, a to środowisko budowali politycy, którzy co prawda przez PiS się przewinęli, ale już dawno z niego odeszli, często w atmosferze skandalu. Chodzi np. o Kazimierza Marcinkiewicza, byłego premiera rządu koalicyjnego PiS-Samoobrona-LPR, dziś niewybrednie atakującego Jarosława Kaczyńskiego, Marka Jurka, który założył własną partię, gdy PiS nie poparł wpisania do konstytucji zakazu przerywania ciąży, Michała Kamińskiego, spin doctora, który napisał książkę „Koniec PiS” czy Michała Ujazdowskiego, europosła z listy PiS, a teraz kandydata na prezydenta Wrocławia, wspieranego przez PO. Związki z takim towarzystwem, nawet jeżeli miały miejsce 16 lat temu, dla niektórych działaczy PiS nadal są powodem, by na Dworczyka patrzeć podejrzliwie. I to jest kolejny minus na jego koncie. Ale jest jeszcze jedna, w dodatku najświeższa plama – gdy przez media przetaczała się sprawa premii przyznanych ministrom rządu Beaty Szydło, a premier Morawiecki ogłosił, że za jego rządów żadnych ekstradodatków finansowych nie będzie, Dworczyk podpisał dokumenty o przyznaniu kolejnych nagród ministrów kancelarii: Jacka Sasina, Marka Suskiego i Joanny Kopcińskiej. Szef kancelarii premiera szybko za to przeprosił i powiedział, że było to jego niedopatrzenie. Niestety dla niego sprawa premii ciągle odbija się na notowaniach PiS, a więc koledzy mogą mieć Dworczykowi za złe, że dołożył malutką cegiełkę do tego problemu.

Od Afryki do Syberii

Z drugiej strony jego atutem jest zaangażowanie w ZHR i działalność na rzecz Polaków na Wschodzie. W środowisku harcerskim do dzisiaj krążą opowieści, jak to Dworczyk w latach 90. namówił harcerzy z warszawskiego Powiśla, a więc niezbyt zamożnej dzielnicy, by dokonali niemożliwego i zdobyli najwyższy szczyt Afryki. Przez rok chwytali się różnych doraźnych zajęć, żeby zarobić na wyjazd, brakujące pieniądze zdobyli od sponsorów i wyprawa doszła do skutku. Dworczyk zabierał też harcerzy na Syberię, np. do Workuty, żeby pokazać im łagry, w których zmarło tysiące Polaków. Został współzałożycielem fundacji Wolność i Demokracja, która opiekuje się Polakami za granicą i stanowi realną konkurencję dla Wspólnoty Polskiej. Współtworzył hufce harcerskie na Ukrainie przy polskich szkołach i parafiach. Istnieją i pracują do dzisiaj. Miał udział w otwarciu filii Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie. Jego dorobek jest więc naprawdę poważny. Do tego Dworczyk jest zażartym piłsudczykiem, co na pewno w oczach Jarosława Kaczyńskiego jest plusem. Jego kolejny atut to umiejętność porozumiewania się z ludźmi z różnych opcji politycznych. Warszawski samorządowiec Grzegorz Pietruczuk, związany z lewicą, poznał Dworczyka w czasach, gdy zasiadał on w Radzie Warszawy.

– Miałem z nim pozytywne relacje, był merytoryczny, a na dodatek sympatyczny i nieagresywny, stronił od politycznych awantur – mówi Pietruczuk. Jego zdaniem Dworczyk jest bardziej do przełknięcia przez centrowy, a nawet lewicowy, elektorat niż Patryk Jaki. – Dlatego z grona kandydatów PiS mógłby być najgroźniejszym rywalem dla Rafała Trzaskowskiego, kandydata PO – mówi Pietruczuk. Może dlatego Jan Grabiec, rzecznik PO, jest tak krytyczny wobec Dworczyka. – Z tego, co wiem, jest osobą, która nieszczególnie interesuje się samorządem, nie przychodził na lokalne spotkania w swoim okręgu, sprawy lokalne go nie interesowały – mówi Grabiec. Ten zarzut w ustach rzecznika PO brzmi o tyle zabawnie, że Trzaskowski nigdy nie był radnym i w ogóle nie zna się na sprawach samorządowych. Ale Grabiec ma jeszcze jeden argument – notowania w Warszawie Dworczyk ma słabe, bo jest mało rozpoznawalny. – A Patryk Jaki przynajmniej walczy o jakąś sprawę – mówi rzecznik PO. Według Pietruczuka kwestia rozpoznawalności jest drugorzędna. – Dysponując ogromną machiną propagandową, PiS jest w stanie w miesiąc wylansować nieznanego kandydata – mówi warszawski samorządowiec.

Kandydat bez emocji

Ale od badań abstrahować nie można. Z tych zaś wynika, że Dworczyk w elektoracie prawicy nie budzi takich emocji jak Patryk Jaki. – Widziałem wewnętrzne sondaże, z których wynika, że jego kandydatura nie mobilizuje wszystkich naszych wyborców w stolicy – mówi polityk Zjednoczonej Prawicy. – Spośród wyborców, którzy głosowali na PiS i Jacka Sasina, kandydata na prezydenta Warszawy w 2014 r., więcej ludzi gotowych jest zagłosować na Jakiego niż na Dworczyka. Nasz rozmówca dodaje, że gdyby Dworczyk przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, to część wyborców prawicy po prostu zostałaby w domu. Ale Jaki ostatnio też nie jest gigantem sondaży. W ubiegłym tygodniu pojawił się sondaż, wedle którego Rafał Trzaskowski bije kandydata Zjednoczonej Prawicy na głowę. Zwolennicy Jakiego mówią, że będzie gryzł trawę, żeby tylko wygrać wybory na prezydenta Warszawy i to jest jego ogromny atut. Dworczyk niewychylający się raczej ze swoimi emocjami, jest postrzegany jako niechętny walce o prezydenturę stolicy. Ale z takimi ludźmi jak on nigdy nic nie wiadomo. Może Warszawa stanie się jego drugim Kilimandżaro? g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 16/2018
Więcej możesz przeczytać w 16/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także