Wojna domowa

Wojna domowa

Prezydent i premier rozpoczęli polityczną batalię na śmierć i życie
Marek Migalski
Doktor nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach

Wojna na gesty, wojna na słowa" – to fragment piosenki z kultowego serialu „Wojna domowa". I dzisiaj też w wojnie domowej między prezydentem i premierem o słowa i gesty łatwiej niż o jakieś zasadnicze posunięcia i realne działania.
Czy to znaczy, że nie chodzi o nic poważnego? Że obaj politycy sobie żartują? Że współpraca układa się wyśmienicie? Nic podobnego – to poważny konflikt, rzeczywista wojna domowa, tyle że prowadzona w sferze symboli i nade wszystko słów. Bo to one wygrywają w polityce.Zasieki językowe
Historia batalii prezydenckich w III RP wskazuje na prawidłowość, iż ten, kto wygrywał w obszarze języka, kto narzucił obowiązujący sposób porozumiewania się, główne linie podziału, ten wygrywał. Kandydat panujący w sferze leksykalnej dostawał nagrodę w postaci prezydentury w świecie realnym. To tak jak na prawdziwej wojnie – kto panuje w powietrzu, ten odnosi sukcesy na lądzie.
W 1990 r. to Lech Wałęsa zdominował język debaty publicznej. Jego hasła przyspieszenia, wojny na górze okazały się bardziej pociągające niż hasła i zaklęcia jego przeciwników. Zwłaszcza Tadeusz Mazowiecki okazał się mało sexy – przegrał nawet ze Stanisławem Tymińskim. Wałęsa w swoim języku był bardziej dynamiczny, konstruował plastyczne obrazy, ośmieszał przeciwników (premiera Mazowieckiego porównywał do żółwia).
Pięć lat później Wałęsa znalazł lepszego od siebie przeciwnika – to Aleksander Kwaśniewski zapanował w języku. Jego hasło „Wybierzmy przyszłość" było bardziej świeże i „europejskie" niż hasła dotychczasowego prezydenta o rozliczaniu przeszłości. Lider postkomunistów wiedział, że najsłabszą jego stroną jest właśnie jego przeszłość i dlatego narzucił całej Polsce paradygmat nieistotności przeszłości w ogóle. Wstydząc się własnej przeszłości, zanegował ją i tym samym każdy, kto chciał go o to zapytać, wychodził na smętnego marudę, rozgrzebującego nieważne aspekty minionych dziejów. Kwaśniewski okazał się skuteczniejszy w narzucaniu tematów debaty publicznej i – w połączeniu z innymi swymi zaletami oraz katastrofalnymi błędami konkurentów – zapewnił sobie najwyższy urząd w państwie.
W 2000 r. Kwaśniewski powtórzył sukces – jego hasło „Wspólny dom – Polska" odwoływało się do popularnej tezy o konieczności uśmierzania konfliktów w polityce. Wobec tego każdy, kto chciał realnej konfrontacji ideowej i politycznej, uchodził za zawistnika i awanturnika. Rywale – przede wszystkim Andrzej Olechowski i Marian Krzaklewski – nie potrafili się przebić przez dobrze zastawione zasieki zbudowane z języka koncyliacji, współpracy i wspólnotowości ponad podziałami.
W 2005 r. o prezydenturze także zadecydowała dobrze przygotowana lingwistyka. Narzucony przez PiS podział na Polskę solidarną i liberalną ułatwił osadzenie w fotelu głowy państwa Lecha Kaczyńskiego, a jego głównemu konkurentowi kazał się bezsilnie tłumaczyć z krwiożerczego liberalizmu. Opanowanie sfery języka skutkowało zwycięstwami jak najbardziej realnymi.

Cesarz gbur
Można się domyślać, że i dzisiaj sztaby obu głównych partii, ale także doradcy prezydenta i premiera, siedzą nad mapami językowymi i obmyślają plany otoczenia i zniszczenia na nich przeciwnika. Czy możemy odgadnąć, jakie są to plany? Po części tak. Ludzie z otoczenia Donalda Tuska starają się przedstawić obecnego prezydenta jako zamkniętego w murach pałacowych gbura. Nie unikają żadnej okazji do obarczenia Lecha Kaczyńskiego za każdy konflikt. Ma on uchodzić w oczach obywateli na obrażalskiego, pełnego pretensji do całego świata, pozbawionego poczucia humoru, wyobcowanego satrapę. Wydatki kancelarii głowy państwa są pokazywane jako zbytki, przejawy luksusu, ostentacja w sprawowaniu urzędu. Prezydent ma być – w zamyśle kreujących ten obraz – otoczony chmarą nieudolnych doradców, armią ochroniarzy, pazernych współpracowników. Istny cesarz z książki Ryszarda Kapuścińskiego.
Eksponuje się wpadki prezydenta, bo należy przykryć to, że jest on profesorem prawa, co mogłoby być trudne do przelicytowania (zwłaszcza dla Tuska – magistra historii). Podkreśla się jego słabą znajomość języka angielskiego, kwestionując w ten sposób możliwość prowadzenia przez niego skutecznej polityki zagranicznej (jakby obecny premier był poliglotą, a na świecie nie istnieli tłumacze). No i wreszcie podkreśla się silną zależność prezydenta od jego brata, a tym samym brak politycznej niezależności.
Czy jest to całkowicie nieprawdziwy obraz? Dla Lecha Kaczyńskiego i jego zwolenników, niestety, nie. Są w nim trafne obserwacje, choć przedstawione w karykaturalnych proporcjach. Ale o to w takich zabiegach chodzi – nie można kształtować całkowicie oderwanego i nieprawdziwego obrazu, bo wówczas nikogo się nie przekona. Kto chce walczyć z Lechem Wałęsą, nie może go oskarżać o zaniedbywanie spraw kraju ze względu na zbyt częste wizyty w rodzinnej bibliotece. Można go najwyżej oskarżyć o trwonienie czasu w Internecie albo na grze w ping-ponga, bo w przesiadywanie w bibliotece nikt by nie uwierzył. Tak jak bojować z Jarosławem Kaczyńskim nie można za pomocą oskarżeń o hulaszczy tryb życia.

Naiwny Donek kontra Donald Cyniczny
Ale i w otoczeniu prezydenta widać już pracę nad dyskredytacją jego głównego konkurenta w 2010 r. Dzięki zabiegom speców od marketingu i sztuczek wszelakich spod znaku Michała Kamińskiego i Adama Bielana Tusk ma być postrzegany jako polityk uległy potężnym siłom zagranicznym, zwłaszcza w Rosji i Niemczech, a w najlepszym razie jako ktoś dziecięco naiwny i nierozumiejący brutalności współczesnego świata.
Ale prezentowana ma być też inna twarz premiera – brutalnego gracza na krajowej scenie politycznej, współpracującego z postkomunistami, prowokującego konflikty z głową państwa. Oba te obrazy Tuska są wzajemnie sprzeczne i w przyszłości trzeba się będzie chyba jednak zdecydować, czy lepiej postawić na kreowanie image’u głupkowatego, ulegającego silniejszym chłopczyka z prowincji, czy też cynicznego i bezwzględnego w zaspakajaniu swych politycznych ambicji killera z Pomorza.
Bez względu na to, jaki kształt osobowościowy premiera ostatecznie zostanie wybrany, będzie na pewno uzupełniany o inne negatywne stereotypy i cechy. Już dziś przeciwnicy podkreślają jego uzależnienie od medialnej oprawy czy brak tytanicznego zapału do pracy. Eksponowany jest brak doświadczenia w zarządzaniu instytucjami państwowymi i brak zrozumienia dla machiny biurokratycznej, jaką jest państwo. Słabością jest także otaczanie się ludźmi raczej niezagrażającymi swoim formatem dominacji Tuska w partii i rządzie.
Wzajemny ostrzał już się zaczął i będzie się nasilać wraz ze zbliżaniem się daty wyborów prezydenckich. A słowa to broń naprawdę śmiertelna!
Powiedzieli po Radzie Gabinetowej
Prezydent o premierze

Usłyszałem same ogólniki. Zdenerwowanie i agresja premiera to nie jest dobry sygnał. Mam nadzieję, że to przejściowe
Premier o prezydencie
Prezydent był trochę naburmuszony. Chcieliśmy rozmawiać o ustawach, a Lech Kaczyński zadał tylko pytania i zaraz przerwał spotkanie. Jeśli tak miałyby wyglądać te spotkania, to rządowi zostanie mniej czasu na pracę

Okładka tygodnika WPROST: 4/2008
Więcej możesz przeczytać w 4/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także