Syndrom odstawienia

Syndrom odstawienia

Byli posłowie nie radzą sobie poza Sejmem
Piotr Gadzinowski miał problem nawet ze skasowaniem biletu w autobusie. Po prostu w czasie jego wieloletniego posłowania zmieniły się kasowniki. Andrzej Lepper dopiero po utracie mandatu odkrył, że w wielu polskich miastach istnieją multipleksy. Po przegranych wyborach byłym posłom trudno odnaleźć się w rzeczywistości. A tak zwany syndrom odstawienia od bezpiecznego sejmowego życia powoduje spadek aktywności, problemy ze znalezieniem pracy i z organizacją dnia. – Gdy było już jasne, że nie dostałam się do Sejmu, zadzwonił pewien były parlamentarzysta i powiedział, że teraz się zacznie – wspomina Katarzyna Piekarska, posłanka SLD w minionej kadencji Sejmu. – Gdy spytałam, co ma na myśli, odpowiedział: łzy, smutek, psychiczny dołek...Politycy bez zawodu
− Po dziesięciu latach posłowania nie potrafiłem skasować biletu, bo przez dziesięć lat jeździłem za friko. A samo przestawienie się z kalendarza sejmowego na nowy rytm pracy było trudne i dziwne – wspomina Piotr Gadzinowski, polityk SLD, który w ostatnich wyborach nie dostał się do Sejmu. – Po wyborczej porażce napisałem w blogu, że zajmę się teraz seksem i pisaniem. Na razie realizuję głównie drugą część planu − przyznaje. Gadzinowski przygotowuje podręcznik poświęcony kontaktom biznesowym z przedsiębiorcami z Chin. Pisze też powieść rozgrywającą się na przełomie lat 80. i 90., a także scenariusz serialu telewizyjnego, którego akcja ma się rozgrywać w parlamencie.
Krzysztof Bosak, były poseł LPR, otworzył w Warszawie przy ulicy Nowogrodzkiej klub dyskusyjny o profilu konserwatywno-liberalnym. Z kolei Artur Zawisza, były poseł PiS, a później Prawicy Rzeczypospolitej, rozpoczął własną działalność gospodarczą: Artur Zawisza Dobre Rady. – Rady dotyczą głównie zarządzania przedsiębiorstwem. Pierwsze trzy propozycje biznesowe dostałem w poniedziałek po wyborach – chwali się Zawisza.
Mirosława Kątna, psycholog, była posłanka SDPL, twierdzi, że polityczną emeryturę najgorzej znoszą ci byli parlamentarzyści, którzy wcześniej nie mieli konkretnego zawodu, takiego jak lekarz, adwokat czy inżynier. Zawisza jest z wykształcenia filozofem, a Bosak poszedł do polityki już na studiach. Z kolei większość byłych posłów Samoobrony przed pójściem do polityki pracowała w zawodach nie wymagających wysokich kwalifikacji, o niskim prestiżu społecznym. Posłowanie bardzo podniosło ich zawodowe aspiracje, ale nie kwalifikacje. Dlatego pracy nie znalazła jeszcze na przykład Danuta Hojarska. Krzysztof Filipek co prawda rozpoczął już działalność gospodarczą, ale „nie została jeszcze rozkręcona". Pracy nie znalazła też relatywnie dobrze jak na Samoobronę wykształcona Sandra Lewandowska – myśli o otwarciu firmy „zajmującej się ochroną środowiska".
– Posłowie poczuli marmury i przywileje, a teraz, gdy po sześciu latach się to skończyło, nadeszła rozpacz i rozczarowanie. A ja przestrzegałem: pamiętajcie, że różnie w polityce bywa – mówi Andrzej Lepper, były wicepremier, szef Samoobrony. Lepper twierdzi, że dobrze pamięta czasy, gdy „podczas kampanii spało się w terenie po ludziach albo w samochodach różnych marek, niekoniecznie najlepszych". – Większym szokiem niż utrata przywilejów była dla mnie pierwsza w życiu, bo wcześniej nie było na to czasu, wizyta w kinowym multipleksie. To jest prawdziwy XXI wiek – dodaje były wicepremier.

Niemile widziani
– Odejście z aktywnej polityki jest stresem porównywalnym z utratą pracy – mówi Marek Balicki, poseł LiD, były minister zdrowia, z zawodu lekarza psychiatra. Stres jest tym większy, że w Polsce byłych polityków niechętnie się zatrudnia. Janusz Dobrosz, były wicemarszałek Sejmu z LPR, twierdzi, że to dlatego, iż politycy są bardzo niepokorni i ostentacyjnie ideowi. Zdaniem Dobrosza, z tego powodu problemy ze znalezieniem pracy miała Janina Kraus, była posłanka KPN, doktor nauk humanistycznych. Byli posłowie narzekają, że państwo nic nie robi, by ułatwić byłym politykom miękkie lądowanie, nawet gdy mają kłopoty z powodów losowych. Jak były prezes PSL Roman Bartoszcze. Gdy w 1993 r. odchodził z Sejmu, był po wylewie. Dopiero interwencja posłów u premiera sprawiła, że przyznano mu wcześniejszą emeryturę.
Polskie państwo nie ułatwia miękkiego lądowania nawet byłym premierom, co w Europie jest ewenementem. − Pieniądze na prowadzenie biura i zatrudnienie asystenta ma większość moich europejskich kolegów, będących byłymi premierami. Tymczasem ja, gdybym nie miał zaczepienia akademickiego, byłbym bezrobotny. I nie tylko dlatego, że odchodziłem z rządu w atmosferze skandalu wywołanego oskarżeniami Andrzeja Milczanowskiego. Przecież problem ze znalezieniem swojego miejsca na rynku miał też choćby Leszek Miller – mówi „Wprost" Józef Oleksy. Oleksy przestrzega, że jeśli państwo nic z tym problemem nie zrobi, politycy będą próbowali się zabezpieczyć finansowo. Nie zawsze w legalny sposób.
Gerhard Schröder,
były kanclerz Niemiec, po odejściu z polityki w 2005 r. objął stanowisko w radzie nadzorczej konsorcjum budującego gazociąg północny.
W wielkim biznesie działa też były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair.
Za pół miliona funtów rocznie doradza amerykańskiemu bankowi inwestycyjnemu JP Morgan.
John Major po odejściu ze stanowiska szefa brytyjskiego rządu dostał posadę w The Carlyle Group.
The Carlyle Group korzysta też z doradztwa George’a Busha seniora, byłego prezydenta USA.
José María Aznar, były premier Hiszpanii, od czerwca 2006 r. jest członkiem rady dyrektorów koncernu Ruperta Murdocha News Corporation.



Okładka tygodnika WPROST: 10/2008
Więcej możesz przeczytać w 10/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także