Prorok Obama

Prorok Obama

Syn Kenijczyka i Amerykanki ma pojednać czerwoną Amerykę z niebieską
Gdy kilka lat temu spotkałam Obamę, był początkującym, ale bardzo popularnym senatorem z Illinois. Możni i wpływowi kongresmeni chcieli go mieć w swoich komisjach i przedsięwzięciach. Młody senator angażował się w sprawy zagraniczne i milion innych, ale znalazł też czas na akcje na rzecz Darfuru. Jego partnerem został… George Clooney. Razem organizowali akcje, które miały zwrócić uwagę na tragedię Darfuru. Zaprosili więc na spotkanie nawet dziennikarzy zagranicznych, którymi na co dzień mało kto interesuje się w Waszyngtonie. George Clooney i Barack Obama przyjęli nas w National Press Building. Całą uwagę skradł w pierwszej chwili Clooney. Dopóki nie przemówił Obama. Prawie wszyscy poczuli się, jakby rzucił na nich urok.Telewizja nie oddaje sprawiedliwości urokowi Obamy, tak jak nie oddaje jego charyzmy i politycznej powagi, którą Amerykanie nazywają „gravitas". Miarą owych talentów może być to, że choć jest teraz jednym z głównych kandydatów prezydenckich, to na scenie narodowej zaistniał ledwie cztery lata temu, występując na konwencji wyborczej demokratów. Bohaterem wieczoru miał być John Kerry, którego demokraci nominowali właśnie na swego kandydata w wyborach prezydenckich 2004. Ale gwiazdą został Obama. Jego exposé przyćmiło Kerry’ego i skłoniło komentatorów do stwierdzenia, że na tak wielki talent polityczny oni, dojrzali dziennikarze, trafiają raz, może dwa razy w życiu. Cztery lata później Obama przedzierzgnął się z senatora debiutanta w lidera wyścigu do urzędu prezydenta. Nie jest to jeszcze przesądzone, ale już prawdopodobne: Obama może zostać pierwszym czarnoskórym prezydentem USA. Nawet spora grupa republikanów (8-10 proc.) gotowa jest oddać głos na niego.

Kolory polityki
Kampania wyborcza Obamy jest dobrze zorganizowana, a jego sztab potrafi zebrać ponad milion dolarów dziennie. Ale to wszystko nie tłumaczy jego sukcesu. Wszak Obama jest mulatem, ma arabskie drugie imię – Hussein, jest dzieckiem Amerykanki i Kenijczyka z plemienia Luo, wychowanym na Hawajach i w Indonezji. Gdy przychodzi do wyborów prezydenckich, Amerykanie chętnie wracają do swoich uprzedzeń – rasa, kolor, religia mają ogromne znaczenie. Wystarczy być katolikiem, by mieć nikłe szanse na poparcie tradycyjnego elektoratu. Sukces Obamy, który otarł się o świat islamu, jest tym bardziej zdumiewający. Doris Lessing, laureatka literackiego Nobla, powiedziała nawet, że jeśli Obama zostanie prezydentem, zostanie zamordowany przez jakichś rasistowskich szaleńców. Waszyngtońska plotka głosiła kilka lat temu, że to z obawy przed zamachami Colin Powell nie wystartował w wyborach prezydenckich. A po sukcesach w dowodzeniu operacją „pustynna burza" cieszył się prawie 80-procentowym poparciem. Polityka, dla pewnej grupy Amerykanów, ma wciąż swoje zakazane kolory. Dla skrajnych konserwatystów zakazany jest właściwie każdy poza białym.
Obama nie zyskał też automatycznie poparcia czarnego elektoratu. Dla wielu czarnych Amerykanów jest on „zbyt biały", bo nie doświadczył nigdy życia w czarnym getcie, a jego doświadczenie jest fundamentalnie różne od przedstawicieli afroamerykańskiej under-class. Jego ojciec był czarnym Kenijczykiem, ale zrobił doktorat na amerykańskiej uczelni, a jego przodkowie nie byli niewolnikami. Barack przebija się ze swym politycznym przesłaniem przez bariery przesądów rasowych, klasowych i kulturowych. Ma jednak odwagę i wolę, by przesłanie to było przede wszystkim mantrą pogodzenia i zjednoczenia skłóconych obozów Ameryki.

Charyzma i instynkt
– Ma zmysł, który mówi mu, co ma znaczenie historyczne i co jest Ameryce potrzebne w jej relacjach ze światem – uważa prof. Zbigniew Brzeziński, który w sierpniu 2007 r. ogłosił swe poparcie dla senatora z Illionis. „[Obama] zdaje sobie sprawę, że wyzwaniem jest [...] wyznaczenie nowego kierunku [w polityce zagranicznej] i stworzenie nowej definicji roli, jaką Ameryka ma odegrać w świecie" – powiedział Brzeziński w wywiadzie dla telewizji Bloomberga. W lutym 2008 r. Obama poinformował, że profesor zostaje jego doradcą do spraw zagranicznych.
Brzeziński nie jest jedynym spośród słynnych politycznych guru, którzy w Obamie widzą materiał na wyśmienitego przywódcę, umiejącego dostrzec i rozwiązać najważniejsze problemy epoki, mimo zarzutów, że jest politykiem niedoświadczonym. Znacznie dziwniejsze jest to, iż republikańscy komentatorzy zastanawiają się, jak to jest, że oni, którzy reagują alergicznie na cały establishment demokratów, nienawidzą Hillary Clinton jeszcze bardziej niż jej męża, nie mogą się oprzeć urokowi Obamy, ani odmówić mu owego politycznego „gravitas".
Na czym polega fenomen Obamy? Max Weber, niemiecki politolog i socjolog, twierdził, że nowoczesna demokracja jest „demokracją masową". Czynnikiem decydującym o sukcesie wyborczym polityka, aspirującego do roli przywódcy, jest więc głównie umiejętność zjednania sobie poparcia wśród „mas", które tworzą anonimowi, często niewyrobieni politycznie wyborcy, na co dzień pozostający na obrzeżu bieżącego życia politycznego. Demokratyczne wybory, według Webera, są zatem jedynie plebiscytem masowej popularności przywódcy. „Masy” mogą łatwo ulegać wpływom demagogów i partyjnych manipulatorów. Na korzyść polityka przemawia niewątpliwie umiejętność porywania tłumów i zjednywania sobie sympatii wśród mas. W porównaniu z Hillary Clinton więcej takich atutów ma Obama, który łatwiej nawiązuje kontakt z wyborcami i nie robi wrażenia demagoga. Jego umiejętność poruszania tych niewyrobionych politycznie, często apatycznych tłumów tłumaczy raczej to, że bardziej niż jakikolwiek inny kandydat w tegorocznych wyborach ogłosił się piewcą zmiany, która ma polegać przede wszystkim na pojednaniu „czerwonej” (republikańskiej) i „niebieskiej” (demokratycznej) Ameryki. Wola zawarcia pokoju w agresywnej wojnie między politycznymi frakcjami, między konserwatystami a liberałami, między Ameryką prowincjonalną a Ameryką metropolii, czyni z Obamy polityka, który najlepiej odpowiada na społeczne zamówienie.
Po latach rządów Busha, które te podziały i wykluczenia pogłębiły tak bardzo, iż zanikła niemal umiejętność współpracy polityków różnych opcji, Amerykanie mają takiej polityki dosyć. Instynkt Obamy pomógł mu rozpoznać oczekiwania, lęki i bolączki wyborców. Jego charyzma, na miarę proroka, pozwala mu reklamować swój program jako idealne remedium.

Pora na outsidera
Politolog Michael Barone z konserwatywnego think tanku American Enterprise Institute napisał niedawno, że „mniej więcej co 16 lat Amerykanie nużą się istniejącym porządkiem politycznym; nastaje wtedy głód zmiany i gotowość na rządy ousiderów". Takimi outsiderami byli, według Barone’a, Jimmy Carter i Ronald Reagan. A słynny liberalny filozof Guy Sorman napisał w swej książce „Made in USA" (z 2004 r.), że zarówno system polityczny, jak i mentalność Amerykanów, raz po raz faworyzują outsiderów, stają się oni bowiem antidotum na dominację jakiejś klasy politycznej. – Kiedy Europejczycy i Amerykanie mówią o demokracji, nie mówią dokładnie o tym samym – twierdzi Sorman. Dla amerykańskiego wyborcy anomalią jest tworzenie się politycznej superklasy, czegoś w rodzaju waszyngtońskiej arystokracji, której członkowie sprawują na zmianę najważniejsze urzędy. To, co leży w naturze procesów politycznych starej Europy, budzi w Ameryce podejrzliwość. Dlatego raz po raz dają szansę politykowi bez świadectwa dobrego urodzenia czy politycznych koneksji.
Fenomen Obamy, choć jest to polityk egzotyczny, o międzynarodowym pochodzeniu i krótkim politycznym CV, jest par excellence amerykański. Lepiej niż wszelkie analizy polityczne tłumaczą go westerny o samotnym rewolwerowcu znikąd, który pojawia się w miasteczku, by zaprowadzić porządek. Jeszcze lepiej, jeśli wydaje się prorokiem.


OBAMA OD MARZEŃ
Barack Hussein Obama urodził na 4 sierpnia 1961 r.
Dzieciństwo spędził w Honolulu na Hawajach oraz w Dżakarcie w Indonezji
Absolwent Columbia University i Harvardu; specjalizacje: stosunki międzynarodowe i prawo; wykładowca prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Chicago;
Pierwszy czarnoskóry redaktor naczelny „Harvard Law Review"; autor dwu bestsellerów; pierwszy: „Odziedziczone marzenia", ukazał się niedawno w Polsce
W 2005 r. brytyjska gazeta „New Statesman" nazwała go „jednym z 10 ludzi, którzy mogą zmienić świat", a w 2007 r. przez tygodnik „Time” uznany za jednego z najbardziej wpływowych ludzi świata
senator stanu Illinois


Okładka tygodnika WPROST: 11/2008
Więcej możesz przeczytać w 11/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także